środa, 16 kwietnia 2014

Nie utoczycie mi ani jednej kropli krwi…


 Tak… Mamy ogromny problem z badaniami Tygryska. Zwłaszcza z pobieraniem krwi! Dziecko nam często choruje. Faszerujemy je antybiotykami, a to nie tędy droga. Równolegle robimy badania. Największy problem mamy z pobieraniem krwi! Wstyd jak …

Ostatnio robiliśmy test na nietolerancje pokarmowe. Test polega na pobraniu kilku kropelek krwi z paluszka. Już w nocy dziecko przeżywało! Mówiło przez sen: „boję się!” Niestety, nie ma innej opcji. Weszłyśmy do gabinetu. Miła pani doktor posmarowała Madzi paluszek pastą ze znieczuleniem. W tym czasie mama poddała się zabiegowi. Tygrysek musiał zobaczyć, na czym to polega! OK.! Mała panna zgodziła się, ale… Pani doktor odwróciła się, aby wziąć wacik i odkazić paluszek i w tym czasie Tygrys skokiem zwinnej pantery znalazł się kilka metrów od nas… Trzy kobiety - stanęłyśmy zaskoczone. Rozpoczął się proces namawiania, aby dziecko zechciało nam podać rączkę. Uuuu… Nic z tego… Tygrys wycofywał nam się do pracowni endoskopowej…

I co teraz??? W głowie szukałam pomysłu, jak zmobilizować Madzię, aby podała nam rączkę. Kiedyś zmobilizowana została cała przychodnia! I przez godzinę trwały negocjacje! Innym razem nastąpiło rozwiązanie siłowe – dwie osoby trzymały Tygrysa, dwie pobierały krew… Rozwiązanie siłowe nie wchodziło w grę. Trzy kobiety nie utrzymają Tygrysa. Negocjacje też nie szły nam prosto! Tygrys poznał gabinet endoskopowy, nawet wyraził chęć zamiany pobrania kilku kropel krwi z paluszka na badanie endoskopowe…

W końcu się udało! Tygrys usiadł mamie na kolanach, wyciągnął rączkę, pani ponownie oczyściła paluszek, ciach – przekłuła… Tygrys wtulił się we mnie, wcierał gile w moją bluzkę… Ale z palca nie chciała się utoczyć ani jedna kropla krwi…
- Madziu, czy piłaś coś dzisiaj??
- Taaak – Zaszlochało dziecko.
Przez dłuższą chwilę masowałyśmy dłoń dziecka, ja masowałam plecki, aby Tygrys się rozluźnił i aby pociekło, choć troszeczkę krwi… W końcu Tygrys zaczął z nami współpracować. Rozluźnił się nieco. Do rureczki wpłynęła długo wyczekiwana kropelka. Ale to było za mało! Tygrysek się tulił, płakał coraz ciszej, uspokajał. W końcu pobieranie krwi zakończyło się sukcesem! Pani przykleiła plasterek, dała kolejny, i już!

Martwi mnie to, że Tygrys nie pozwala personelowi medycznemu zbliżyć się do niego! Każde pobieranie krwi to panika, strach szlochanie, wyrywanie się… Kiedyś tak wrzeszczał, że w uszach dzwoniło! Stosowaliśmy już chyba wszystkie taktyki, oprócz usypiania! Tygrys tak się spina, że rzeczywiście trudno jest mu z otwartej żyły utoczyć, choć probóweczkę! Tłumaczenie, proszenie, zachęcanie nagrodą – nie działa!

Po świętach dalsze badanie… Znowu potrzeba nam kilka kropel krwi… Honorowym krwiodawcą nasz Tygrysek to chyba nigdy nie będzie! Jego hasło – nie utoczycie mi ani jednej kropli krwi – często gości po przekroczeniu progu gabinetu zabiegowego. Jak na razie, z większymi lub mniejszymi problemami udało się nam już jej trochę utoczyć!

Mamy nietolerancję glutenu. Jest podejrzenie o celiakię. Na święta jeszcze mamy potruć dziecko ciastami, potem mamy zrobić test na celiakię, a potem restrykcyjna dieta – bez glutenu, mleka, jajek…

„Zdrowych” i wesołych świąt! Dla wszystkich! Z jajkami, babami drożdżowymi, chlebem!

środa, 19 marca 2014

Zajęcia dodatkowe


Szkoła Tygryska nie zapewniała z początku żadnych zajęć dodatkowych. Wraz z zakończeniem edukacji w przedszkolu skończyła nam się rehabilitacja. W Promyku Słońca mieliśmy komfort. Rehabilitant brał dziecko na ćwiczenia i po zajęciach odprowadzał je do grupy. Zależało nam na zajęciach ruchowych dla dziecka, aby nie zmarnować tego, co wyćwiczyliśmy w przedszkolu. Dodatkowo zmieniła się sytuacja w MDK. W przedszkolach nie było przyzwolenia na dodatkowe zajęcia, więc rodzice masowo zapisywali dzieci na zajęcia w naszym MDK. Wiele prowadzących podzieliło swoje grupy na pół i każda z grup ćwiczy tylko połowę czasu zajęć… To nie odpowiadało żywiołowi naszego dziecka. Bezwzględnie Tygrys musi się wybiegać, wyskakać, jednym słowem wyszaleć.

I tak szaleje…

W poniedziałek zaraz po lekcjach ma język maszyn. Jest to taki program edukacyjny, którym objęte są niektóre klasy w mieście. Teoretycznie po rocznych takich zajęciach dziecko ma poznać ideę programowania maszyn. Patrzę na to sceptycznie. Dla mnie programowanie jest niezmiernie nudne. Co dopiero dla dzieci, a dla temperamentu mojego dziecka to chyba jakieś nieporozumienie. Niemniej są to dodatkowe zajęcia obowiązkowe i nie ma zmiłuj się!

Gdy dzieci się zmęczą „programowaniem” mają kolejne szkolne zajęcia dodatkowe - muzykę. Niby dodatkowe, ale pani na zebraniu powiedziała rodzicom, że traktuje je, jako obowiązkowe. Potem jest dodatkowy angielski…
Po południu prowadzamy Tygryska do Kalamburu na zajęcia teatralne. Tam dziecko uczy się pantomimy, ma zajęcia plastyczne i rytmiczne. O dziwo, te zajęcia Tygrysek uwielbia. W drugim semestrze przepisałam Madzię do starszej grupy. Nie mam pojęcia, co dzieci uczą się z pantomimy?? Zobaczę dopiero na zakończenie roku. Z plastyki przynosi różne dzieła. Gromadzę je, ale powoli nasze mieszkanie robi się okrągłe! Przyjdzie niebawem czas, gdy część z nich będzie musiała zakończyć swój żywot w koszu. Wieczorem z teatru wracamy późno…




We wtorek, jak zawsze Tygrysek musi się zameldować w szkole o ósmej i kończy swoje zajęcia około czternastej trzydzieści… Tym razem dodatkowo szkoła nęci dziecko kółkiem matematycznym i dodatkowym angielskim. W tym samym czasie przewidziana jest dla klasy Tygryska gimnastyka korekcyjna. Szkoda, że żadna z pań nie chce przełożyć swoich zajęć. Madzia uczęszcza raz na kółko matematyczne raz na gimnastykę korekcyjną.
Po południu biegniemy do opery do studium tańca i baletu. Szkołę tę prowadzi dawna solistka baletowa i to widać. Tygrysek i inne dziewczęta dostają tam swoistą szkołę utrzymywania prawidłowej postawy ciała - dosłownie w każdej pozycji. Ponadto mają wyjątkową możliwość nauczenia się elegancji i szyku. Dla rodziców to dodatkowe utrapienie. Szczególnie włosy stanowią problem. Jak którejś panience wysunie się z koczka choćby malutki kosmyk, to panienka wylatuje, dosłownie, wylatuje z zajęć. Jedne dziewczęta się załamują, siadają w szatni i płaczą, innym poprawia się włosy i wracają na salę. Kiedyś Tygrysek wyleciał z zajęć trzy razy. Poprawiłyśmy włosy i wracał do szeregu. Innym razem wezwano mnie po zajęciach na trening z upinania koka Madzi. Pani Maria złapała warkocz Madzi, potrząsnęła nim i wypaliła:
- Dziecko! Po co ci tyle tych włosów! Zetnij je!
Balet klasyczny, to trochę taka musztra dla dziewczynek, niemniej po tych z pozoru monotonnych ćwiczeniach wychodzą panienki, na które miło popatrzyć, zresztą, często zaglądam do sali i nacieszam moje oczy dygającymi dziewusiami ubranymi w piękne kostiumy. W szkole baletowej Madzia jest w grupie ze starszymi koleżankami, jeszcze trochę od nich odstaje, niepoprawnie wykonuje ćwiczenia, ale nabywa ogłady, ćwiczy mięśnie brzuszka, prostuje kręgosłup, próbuje nadążyć za koleżankami i powoli uczy się współistnienia w zespole.




Środa  Znowu o ósmej zaczyna się szkolny kieracik. W tym dniu mamy basen. Ponieważ Madzia obdarzona jest najładniejszymi włosami w klasie i nie ma patentu, aby namówić Tygryska do obcięcia ich, muszę uczestniczyć w zajęciach na basenie i suszyć mojemu dziecku włosy. Mimo mojego wsparcia i tak zawsze na końcu Tygrysek jest gotowy do opuszczenia budynku kąpieliska. Moje obowiązki dają możliwość obserwacji postępów dzieci w nauce pływania. Muszę przyznać, że nauczyciele niezwykle sprawnie uczą dzieci. Niezaprzeczalnie Tygrysek najlepiej pływa w grupie dziewczynek, najwięcej broi i wyczynia najwięcej „cudów” w wodzie. Jest też niezaprzeczalnie „królową” pontonu. Jak już się wdrapie na gumowe koło, to siądzie na nim okrakiem i doskonale się trzyma nogami – to efekt nauki jazdy na koniach. Stanie na rękach na dnie basenu i wykonywanie szpagatu na powierzchni, to chyba efekt ćwiczeń na balecie… Ale nie słuchanie do końca poleceń nauczyciela, pływanie lewa stroną toru, gdy nauczyciel wypluwa sobie gardło, że pływamy prawą lub pływanie „po swojemu” to chyba wynik Tygryskowego widzi mi się!
Teraz mamy przerwę w basenie… Tygrys ma chyba chore zatoki… Jeden basen i zapalenie ucha na następny dzień!
W tym dniu po basenie Tygrysek w szkole po obiedzie biegnie na szachy. No właśnie - szachy – pierwsze dostępne zajęcie dodatkowe w szkole. Dziecko poszło na nie i od razu polubiło… Ja nie gram w szachy, Tygrysek podobno się uczy. Jakie ma na tym polu postępy, to nie wiem. Po południu Tygrysek biegnie na ceramikę do MDK. Jest już na tyle samodzielny, że nie muszę siedzieć przy nim, zresztą Madzia ma tam swoisty klub dyskusyjny i dzieci wspólnie lepiąc doskonale się bawią. Zawsze odbieram dziecko po zajęciach tryskające radością. Co więcej, wracamy z koleżanką Martynką i dziewczynki mają dużo radości z wzajemnego obcowania ze sobą a ja mam możliwość z mamą Martynki wymienić się doświadczeniami odnośnie edukacji naszych dzieci.

Czwartek… We czwartek w szkole Tygrysek ma koło szachowe i gry i zabawy. Ale najważniejszy jest uwielbiany przez Madzię W-F! Po południu rękodzieło artystyczne – papierowe poszukiwania - oraz gimnastykę artystyczną. Kiedyś miałam do załatwienia coś w dyrekcji MDK i na moment zostawiłam Madzię na korytarzu. Ta trafiła do sali naprzeciwko na zajęcia z plastyki i nie było zmiłuj się: „Mamo, ja muszę na to chodzić! Proszę mamo! Zgódź się!”. W ten sposób wpakowałam się jeszcze w papierowe poszukiwania… Pani z pracowni plastycznej jest na tyle dobra, że w środku zajęć wypuszcza Tygryska na gimnastykę, po czym dziecko wraca do pracowni i kończy swoje dzieło. Wieczorem wracamy do domu…

W piątek… W piątek spieszę po dziecko, aby na godzinę drugą Tygrysek był gotów do lekcji gry na skrzypcach. Madzia nie dostała się do szkoły muzycznej, ale nie odpuściła sobie nauki gry na instrumencie! W ten sposób, co piątek między godziną 14 a 15 moje uszy zwijają się w trąbkę a ja uwijam się przy garach, bo po lekcji muszę dać Tygryskowi obiad i na 16 musimy się zameldować w operze na balecie. W piątki przeważnie jest pan Jarek, ulubieniec dziewczynek i uczy małe panny tańca disco. Facet jest niesamowity i bardzo fajne układy poznają młode panny. Czasami daje taki wycisk, że dziewczynki nie mają siły już więcej dokazywać, zmęczone, po zajęciach spieszą do domu. Tygrys jednak nie spieszy. Wracając do domu biega po parku… Co więcej pobija rekordy ile razy biegusiem okrąży fontannę…

W sobotę w południe Madzia biegnie do MDK na tańce ludowe i co niedzielę do południa tato zabiera Tygrysa na lodowisko…

W piątek wieczorem ja padam. Dosłownie padam! Ale Tygrysowi ciągle mało! Niedawno obudził mnie jakiś hałas. Obok mnie nie spał Tygrysek! W dużym pokoju w środku nocy Tygrysek siedzi na fotelu i popija wodę, na stole poniewierają się pistacje… Na drugim fotelu tato łupie orzeszki Madzi … Na ekranie króluje „Różowa Pantera”...
- Co to jest? (Spytałam zaskoczona.)
- Mamo! Bo my z tatą mamy taki tajny nocny klub filmowy! Ty śpij, a my pooglądamy…

Nie mam pojęcia jak często Tygrysek i tato spiskują i w nocy oglądają filmy. Dla mnie to wydawało się niemożliwe, aby dziecko po takim zapakowanym tygodniu miało jeszcze ochotę na dodatkowe atrakcje. Jednak myliłam się. Energia Tygrysa jest niespożyta. Moje dziecko do życia potrzebuje niesamowitej ilości bodźców. Kiedyś jak pędziłyśmy na balet Tygrysek do mnie tak wypalił:

- Mamo, a kiedy będzie karate??? Co z moją szermierką! Obiecałaś! Nawet koni nie ma!

Przystanęłam na ulicy… Ledwo wyrabiam na zakrętach, tydzień przeładowany, ja padam w piątek a dziecku jeszcze mało! Wkurzona wypaliłam:

- I co Madziu! Może jeszcze mamie do du…y wsadzisz miotłę! Ja nie mam już siły tak z tobą biegać! Z końmi to dogadaj się z tatą! A reszta… Reszta będzie jak zrezygnujesz z czegoś. Nie da rady mieć wszystkiego!

- Da radę mamo! Da! Tylko musisz sobie dopalacze wziąć! Nie jeden, tylko cztery!  

Mając tak zapełniony tydzień musimy jeszcze znaleźć czas na naukę. Znajdujemy go wieczorem. Na razie nie mamy większych kłopotów z nauką. Tygrysek, jako jeden z czworga dzieci w klasie napisał wszystkie prace kontrolne powyżej oczekiwań. Sporo chorował, sporo zajęć mu przepadło. Niemniej na semestralnych pokazach teatrze wypadł bez zarzutu. Na tańcach odstaje od grupy, bo jest najmłodszy i go sporo nie było, zresztą trudno jest dotrzymać kroku koleżankom, które są już w czwartej klasie i ćwiczą od kilku lat??

Podziwiam mojego Tygryska, za zaangażowanie, za to, że mu się chce… Bestia jest niesamowicie ambitna. Chce i zdobywać medale na turniejach szachowych, chce błyszczeć na scenie, chce mieć same piątki i tarczę wzorowego ucznia, marzy mu się puchar w zawodach jeździeckich i powoli pracuje, aby zagrać w jakimś konkursie skrzypcowym…

Jednym słowem wszystko chce. Na razie jakoś wszystko ogarniamy, ale powoli ja mam dość i czekam cierpliwie aż moje dziecko zacznie powoli ograniczać swoje zainteresowania. Zastanawiam się, co będzie pierwsze?? Mam nadzieję, że nie nauka, choć Madzia pisze strasznie powoli! Bez błędów, ale powoli!
A tu tym razem ostatnio do tego całego napiętego planu dołączyły jakieś dzwoneczki czy cymbałki… Nie mam pojęcia. Tygrysek wyczaił jakieś dodatkowe zajęcia z muzyki w szkole i się na nie wpakował. One są w piątek. Dla Tygrysa tak nieistotne jest przekazanie mamie informacji, że nie mam możliwości zorientowania się, co to dokładnie jest. Jedynym śladem są karteczki z pięciolinią, na których są popisane dźwięki „sol, do…”, które wklejam do zeszytu nutowego…

Nie wspomnę już o ćwiczeniu nut na skrzypcach, na które mamy mało czasu… I o tym, jak muszę śpiewać „Mam chusteczkę haftowaną” i inne a Tygrysek gra (nie wspomnę jak grają skrzypce, gdy ktoś się na nich uczy!)… O kilku workach, w których mam tu sprzęt na teatr, tu na balet, tu na tańce, tu na gimnastykę… Tu ciasteczka przygotować dla koleżanek, tam pamiętać o termosiku z piciem, tam w ciągu godziny upichcić obiad… I jeszcze czytanie (Tygrys kocha czytanie, jak zacznie to muszę wyrywać książkę – bo nie potrafi przerwać!)… I jeszcze pisanie (z tym mamy problem – bo wolno!)… I jeszcze przygotować wierszyk z dzieckiem, bo chce wystąpić na dniu poezji… I poprzyklejać piórka do wachlarza, bo chce być w szkole na imprezie i zagrać Hankę Ordonównę! I ma być wyszykowany kapelusz i długa sukienka z trenem…Uuuu… I biegam wokół dziecka… I padam wieczorem…
I tyle…

 

poniedziałek, 10 marca 2014

Bajka o Duchu Gór… Dla Tygryska…



 
 
Dawno, dawno temu, gdy na świecie w sprawy żyjących ingerowali bogowie, zdarzyła się taka historia…
W pewnym królestwie u podnóża Karkonoszy żyła królowa, która nie mogła mieć dzieci. Bardzo tęskniła za małymi rączkami, które obejmowałyby jej szyję, pragnęła spojrzeć w ciekawe świata oczy swojego dziecka. Chciała, aby bose stópki czasami wdrapały się do jej łoża i aby mogła je ogrzać ciepłem swojego ciała. Marzyła… Płakała po kątach…
Król także z niecierpliwością wyczekiwał potomka, którego mógłby uczyć wojennego rzemiosła lub przynajmniej zwinnej panny, którą by swatał z synami władców pobliskich krain.
Medycy, znachorzy, zielarze, szamani robili, co w ich mocy, ale to nie przynosiło oczekiwanych rezultatów. W zamku było smutno, cicho a kołyska wciąż pusta…
Pewnego dnia stary astrolog poradził królowej, aby udała się do Ducha Gór, ten spełniał różne prośby okolicznej ludności, może i jej by wysłuchał. Królowa widząc w tym ostatnią deskę ratunku wyruszyła w samotną wędrówkę w góry i poprosić Władcę Gór o pomoc w realizacji jej marzeń.
Błądząc po lesie napotkała starca, który podpierając się kosturem z wielkim wysiłkiem dreptał przed siebie… Królowa spojrzała na jego zużyte odzienie, bose stopy i dziurawy worek na plecach. Przystanęła i zapytała:
- Dzień dobry dziadku! Gdzie wy w takim marnym odzieniu się wybieracie?
- Witaj pni… No cóż, tylko tyle posiadam! Błąkam się to tu to tam… - Odpowiedział łagodnie starzec.
- A jedliście coś dzisiaj??
- Nie…
- Spocznijcie! Zaraz wam coś dam.
Królowa wyjęła chleb, masło, pieczone ptactwo i podała je starcowi.
- Częstujcie się!
- Ale jak mam jeść? Nie mam zębów! Nie mam, czym pogryźć!
Królowa z zapałem pokroiła jadło na malutkie kęski, tak, aby starzec mógł wygodnie spożyć posiłek. Gdy już się najadł, poczęstowała go winem…
- Oooo… Przedni trunek macie! Godny królewskiej piwniczki!
- Ano tak - westchnęła królowa.
Starzec spostrzegł, że posmutniały jej oczy zapytał:
- A czego ty pani szukasz w tych górach i w tym lesie?? Czy nie jesteś zbyt daleko od swoich?? Co sprowadza samotną królową w takie niebezpieczne miejsce??
- Ach dziadku! Jestem królową, jestem nieszczęśliwą królową! Tyle lat oczekuję potomstwa! Wypłakałam już swoje oczy! Wydałam sporo złotych monet na starania medyków, znachorów i czarowników różnej maści i różnych narodowości. Wszystkie wysiłki poszły na marne! Wciąż nie mam dziecka! Takiej maleńkiej kruszyny, takich malutkich rączek… Szukam Ducha Gór, może on mi pomoże! Tylko w nim moja ostatnia iskierka nadziei!
Starzec słuchał kobiety w milczeniu. Gdy skończyła, siedział i wciąż milczał. Królowa płakała. W końcu pogładził jej głowę i powiedział:
- Czy jesteś gotowa przyjąć to, co ci przyniesie los?? Czy jesteś gotowa przyjąć dziecko, którego nikt inny nie zaakceptuje?? Czy jesteś gotowa…
- Tak! Tak! – Przerwała królowa!
- Dobrze! Za rok oczekuj wiadomości ode mnie! Przyleci Wicher i przyniesie ci wiadomość. Wówczas jak najszybciej stawcie się z królem na tej polanie, będzie na was czekał upragniony Skarb. Przyjmijcie go do siebie. Tylko spieszcie się, aby nikt inny go wam nie wykradł!
Królowa podniosła głowę, chciała zadać starcowi tysiące pytań, ale na polanie nikogo nie było! Sama nie wiedziała, czy to był sen czy jawa?? Czy rzeczywiście poznała starca?? Czy to tylko w jej głowie z rozpaczy się miesza??? Przerażona wstała i nie zabierając niczego wróciła do zamku.
Król uradowany widokiem żony wybiegł jej na spotkanie.
- Królowo moja! Gdzie byłaś?! Martwiłem się o ciebie. Wróżbita z wieży nie pozwolił nikomu udać się za tobą!
Królowa przytuliła się do męża i opowiedziała mu wszystko, co jej się przydarzyło albo i przyśniło na leśnej polanie. Król słuchał w skupieniu, kiwał głową i co jakiś czas mu się wyrywało:
- Duch Gór… Duch Gór… Duch Gór powiadasz…
Cały rok królowa z niecierpliwością wyczekiwała wiadomości od Ducha Gór. Minął rok, a tu cisza… Minęło kolejnych kilka miesięcy - a tu nic…
Pewnego dnia królowa siedziała w ogrodzie i haftowała różową sukienusię dla córeczki jednej z jej dwórek. Dziewczynka miała dwa latka i chętnie bawiła się z królową. Kobieta właśnie ukłuła się igłą, gdy nagle wokół niej zatańczyły liście i zaszumiały:
- Królowo! Królowo! Weź swojego męża i zaprowadź go na polanę!
Królowa potrząsnęła głową i powiedziała:
- Moje pragnienie dziecka jest już tak duże, że sama sobie do siebie wysyłam wiadomości, na które tyle czekałam…
Spojrzała na leżące liście i wróciła do pracy. A liście poderwały się z ziemi, zawirowały i zaszumiały:
- Królowo! Królowo! Weź swojego męża i zaprowadź go na polanę! Szybko! Twój Skarb nie może długo czekać!
Królowa spojrzała! Przed nią stał Wicher a wokół niego krążyły liście szumiąc:
- Królowo! Królowo! Weź swojego męża i zaprowadź go na polanę!
Królowa rzuciła swoją robótkę, spojrzała w twarze zdziwionych dwórek, które podziwiały tańczące liście wokół swojej pani. Nie słyszały nic! Nie widziały tajemniczej postaci, która przyniosła tak długo wyczekiwaną wiadomość! Wypieki na jej twarzy zaniepokoiły służące:
- Pani! Nic ci nie jest! Co się stało??
- Nic! Pracujcie dalej! Mam ochotę na spacer po lesie! Chcę iść z królem, ale sama po niego pójdę!
Szybko pobiegła po schodach to sali tronowej, w której odbywało się posiedzenie najwyższej rady.
- Szybko! Szybko! Już jest! Szybko! - Wołała do męża.
Poddani skłonili się władczyni, ale z pochylonych głów wydobywał się szept: Królowa jest obłąkana!
Król przerwał obrady, kazał osiodłać siwego wierzchowca, wskoczył na konia, podał dłoń swojej małżonce i razem wyruszyli królewskim traktem w stronę gór.
Rycerze spojrzeli po sobie zdziwieni. Co się stało?? – Każdy miał to pytanie wyrysowane na twarzy. Nie mieli jednak rozkazu, aby towarzyszyć władcy i bardzo ich ta sytuacja niepokoiła. Lotem błyskawicy rozniosła się wieść po kraju, że królowa postradała rozum, a król zbyt pobłażliwie do tego podchodzi.
Tymczasem, co koń uskoczy, królewska para dotarła na polanę w lesie. O dziwo, było na niej rozłożone jadło, tak jakby przed chwilą ktoś od niego odszedł. Królowa rozpoznała swoją zastawę sprzed ponad roku, ale starca nie było. Wokoło cisza… Świeżutki chleb pachniał królowi. Podszedł do serwety, usiadł, ukroił pajdę chleba, posmarował masłem, chwycił w dłoń pieczyste i zasiadł do uczty. Królowa stała oniemiała, ale tego, co szukała, tego, co się spodziewała znaleźć nie było. Nagle ciszę przerwało ciche kwilenie dziecka. Kobieta podeszła w stronę pięknej choinki, rozchyliła gałązki, pochyliła się i spojrzała na Skarb! Pod drzewem w kołysce z igliwia leżało dziecko. Takie malutkie, takie biedniutkie! Okrywały go tylko gałęzie choinki. Królowa zdjęła swój płaszcz, podniosła niemowlę, ułożyła je delikatnie i zawinęła, po czym pochwyciła w ramiona i podeszła do króla:
- Mamy dziewczynkę! Taką cudowną, taką malutką, taką zwyczajną!
Mężczyzna szeroko otworzył oczy, spojrzał na dziecko, które tuliło się do kobiety i stał oniemiały… A tu liście zaszumiały:
- Pamiętajcie, co obiecaliście! Przyjmujecie Skarb, który inni odrzucili!...
Wszyscy we troje wrócili do zamku. Poddani spoglądali z zaciekawieniem na radosne twarze pary królewskiej. Królowa tuliła zawiniątko, a król pozdrawiał poddanych…
- To nawet wśród królów trafiają się wariaci – szeptano z przejęciem – jacy oni zadowoleni z tego szaleństwa!
Od tej pory „szalona” królowa i „pozbawiony rozumu” władca żyli szczęśliwie. Niebawem nadano imię córeczce, którą ofiarował im Duch Gór. Nazwano ją Adopcja.
Księżniczka Adopcja rosła zdrowo, czasami chorowała, czasami psociła. Jak wszystkie wysoko urodzone panny w królestwie pobierała lekcje tańca, nauki gry na instrumencie i dobrych manier. Lubiła jeździć konno, kochała góry, wycieczki…
Mądra królowa początkowo w bajkach potem otwarcie mówiła o tym jak się znalazła mała kruszyna w jej ramionach. Opowiadała o innej mamie, która ją urodziła, która gdzieś mieszka i może tęskni za nią. Wyjaśniała, że jeżeli królewna będzie miała ochotę poznać swoje korzenie, wówczas na pewno Duch Gór jej pomoże. Dni mijały szybko. Królewna Adopcja wyrosła na piękną i rozumną panienkę. Królewiczowie jednak z rezerwą prosili ją do tańca. Tu i ówdzie podnosiły się głosy, że „znajda” nie może zasiąść na tronie.
W dniu 18 urodzin królewny król zorganizował huczny bal. Na balu tym ogłosił, że niezależnie od tego, co myślą poddani, jedyną prawowitą dziedziczką jego tronu jest jego przybrana córka – księżniczka Adopcja! Nie podobało się to wszystkim poddanym, ale cóż, wola króla była rozkazem, któremu wszyscy musieli się podporządkować.
Minęło kilka dni po balu. Królowa siedziała w ogrodzie i próbowała skupić się nad lekturą. W pewnej chwili podeszła do niej królewna i poprosiła:
- Mamo! Pozwól mi pójść do Ducha Gór! Proszę! Tak bardzo chciałabym zobaczyć moją pierwszą mamę! Tak bardzo chciałabym wiedzieć, dlaczego niektórzy w królestwie są dla mnie tak bardzo nieprzychylni?? Proszę mamo!
Królowa spojrzała zatroskana na dziecko:
- Wiedziałam, że kiedyś to nastąpi… Idź dziecko! Znajdź odpowiedzi na nurtujące ciebie pytania. Cokolwiek postanowisz, pamiętaj- tu jest twój dom, tu się wychowałaś, tu na ciebie zawsze czekamy.
Nazajutrz królewna samotnie wyruszyła na poszukiwanie Ducha Gór. Błądziła po lesie i wołała:
- Duchu Gór! Duchu Gór! Gdzie jesteś??
Dotarła na polanę, zmęczona i wyczerpana, chciała trochę odpocząć. Ku jej zaskoczeniu, poczuła zapach świeżego chleba! Na polanie była rozłożona chusta z inicjałami jej mamy a na niej leżał chleb, masło i pieczyste! A takie świeżuteńkie, a takie pachnące.
Dziewczyna usiadła na trawie, sięgnęła po chleb i dopiero teraz spostrzegła starca w lichym odzieniu, bez butów, który powłócząc nogami wyłonił się na skraju polany. „Pewnie jego też zwabił zapach świeżego chleba” pomyślała królewna i zawołała:
- Chodźże tu dziadku! Zapraszam! Proszę! Najedz się do syta!
Starzec przyjął z radością jej zaproszenie i ku jej zaskoczeniu zjadł i wypił wszystko. Królewna wyciągnęła swój zapas jedzenia i podała go starcowi, mówiąc:
- Masz i to jeszcze dziadku! Pewnieście głodni! Jedzcie, ja odpocznę i pójdę dalej.
- A czego ty tu szukasz moje dziecko??
- Aj! Mam taką sprawę do Ducha Gór! Chodzę, wołam go, ale on nie ma ochoty mnie spotkać!
- A cóż cię tak zajmuje moje dziecko??
Starzec tak łagodnie na nią patrzył, więc królewna mu wszystko opowiedziała. I nawet o tym, że niektórzy poddani ojca chcą ją pozbawić tronu… Gdy skończyła, spostrzegła, że starzec wyprostował się, wyglądał dostojniej, jego dobrotliwe oczy czule spoglądały na jej rozwichrzone warkocze. Strój miał wytworny. Po chwili zapytał wyrozumiale:
- Chcesz poznać prawdę?
- Tak!
- Nawet, jeżeli ta prawda nie będzie dla ciebie przyjemna!
- Tak proszę!
- Poczekaj…
Siedzieli dłuższą chwilę w milczeniu, gdy ni stąd ni zowąd, na polanie pojawiła się stara, zaniedbana kobieta błądząca bez celu po lesie. Zachowywała się tak, jakby i ją tu zwabił zapach świeżego chleba. Podeszła bliżej siedzących obok chusty, spojrzała tęsknie na jadło, które znowu pojawiło się…
- Chcecie się przyłączyć matko??
- Chętnie bym coś zjadła! Dawno nie jadłam świeżego chleba!
Królewna ukroiła pajdę, posmarowała masłem i podała kobiecie zachęcając ją:
- Proszę matko! Jedzcie!
- Niech panienka nie nazywa mnie matką! Gdzież mi tam do tak wysoko urodzonej pani??
- Ale matką jesteście??? Tak?! Macie dzieci??
- Taakkk…. Miałam… Miałam córkę, ale ona popełniała te same błędy, co ja, miałam i syna. Wyrósł na schwał, ale go wojna zabrała…
Kobieta milczała i długo przeżuwała chleb. Królewna się niecierpliwiła, ale Duch Gór groźnie spojrzał na nią, więc tylko zaczęła:
- I…
- I… I szkoda gadać! Cóż moje życie może interesować takich wielmożnych państwa!
- I… - Naciskała królewna.
- I… I miałam jeszcze córkę…- Kobieta tępo zapatrzyła się w dal.
- I… - Nie dawała za wygraną królewna.
- I cóż… Byłam biedna, miałam już dzieci, nie miałam chłopa, nie chciałam mieć w chacie kolejnej gęby do wykarmienia… Już nie pamiętam, co się z tym dzieckiem stało?? Zniknęło i starałam się o nim już nie myśleć!
- I nie szukałaś go?? Nie tęskniłaś??
- Panienko! Jak nie ma, co jeść to się nie tęskni! Miałam dwie gęby do wykarmienia, córka była leniwa, syna ciągnęło wojenne rzemiosło…
Królewna stała i nie wiedziała, co powiedzieć? Czy ma rzucić się tej zniszczonej kobiecie w ramiona, czy ma wyznać prawdę, czy ma ją ukochać, czy ma ją otoczyć opieką? Oto stała przed nią ta, co ją urodziła! Daleka była od jej wyobrażeń. Postanowiła zdać się na Ducha Gór. Kobieta jadła w milczeniu. Gdy skończyła, podziękowała, pokłoniła się nisko i ruszyła w dalszą drogę!
- Weźcie na drogę chleb matko! – Królewna zawinęła w serwetę wszystko, co zostało i dała staruszce. Ta uklękła i chciała pocałować ją w dłoń. Adopcja jednak się odwróciła i z oczami pełnymi łez wtuliła się w Ducha Gór. Płakała! Co miała teraz począć??
Po dłuższej chwili Duch Gór zapytał:
- Teraz już wiesz… I co zamierzasz??
- Czy możesz jakoś pomóc mojej mamie, która mnie urodziła??
- Mogę! Wszystko mogę.
- Proszę ciebie Duchu Gór, niech ma spokojną starość, niech jej niczego nie brakuje, a gdy zatęskni do mnie, to przyślij po mnie posłańca z wiadomością! Znajdę ją, przytulę i otoczę opieką. Teraz wracam do zamku! Tam czeka na mnie mama, ona wszystkiego mnie nauczyła, nie ukrywała prawdy, zawsze miałam swobodę wyboru. Myślę, że wracając do niej dokonuję właściwego wyboru. Nie boję się już, że panowie szlachta będą szemrać, że nie należy do mnie sukcesja do tronu. Jestem silna, silna dzięki miłości i mądrości moich rodziców! Już wiem, co mam robić!
Duch gór nic nie odpowiedział! Spojrzał spokojnie na dziewczynę, która wyprostowała się i z majestatem mądrej królowej zawróciła do zamku. Na polanie powiał wiatr, liście zatańczyły, Duch Gór się uśmiechnął i rozpłynął się we mgle…


 
***
 
Mądra królowa od samego początku zaczęła wmawiać wszem i wobec, że to jest jej, jej dziecko urodzone „serduszkiem”. Każdy, kto znał tajemnicę pojawienia się królewny w zamku był zsyłany na banicję, a kto śmielej wychylił głowę - ginął w lochu. Królowa otoczyła się fałszywymi pochlebcami i obrastała w dumę, że królewna się robi do niej podobna.
- Wykapana mamusia! – Mówili fałszywie się uśmiechając dworzanie.
Dni mijały szybko. Królewna Adopcja wyrosła na piękną i rozumną panienkę. Królewicze z rezerwą prosili ją do tańca. Tu i ówdzie, mimo zapobiegliwości królowej, podnosiły się głosy, że „znajda” nie może zasiąść na tronie. 
W dniu 18 urodzin królewny król zorganizował huczny bal. Na balu tym ogłosił, że niezależnie od tego, co myślą poddani, jedyną prawowitą dziedziczką jego tronu jest jego córka – księżniczka Adopcja! Nie podobało się to wszystkim poddanym, ale cóż, wola króla była rozkazem, któremu wszyscy musieli się podporządkować. Lud miał już dosyć zsyłek, pamiętano o niewinnych poddanych, którzy zakończyli swój żywot w lochu.
Minęło kilka dni po balu. Królowa siedziała w ogrodzie i próbowała skupić się nad lekturą. W pewnej chwili podeszła do niej królewna i poprosiła:
- Mamo! Powiedz mi czy to prawda! Mamo, czy to prawda, że mnie przyniosłaś z lasu?
Królowa spojrzała zatroskana na dziecko:
- Kto śmie tak twierdzić?! Nie przejmuj się cudzym gadaniem!
- Mamo! Proszę powiedz prawdę! Skąd ja się wzięłam w tym zamku!
- Kto ci o tym powiedział?! – Królowa gniewnie spojrzała na córkę. – Pewnie stara niania…
- Mamo! Błagam! Nie rób jej krzywdy! Proszę! Ja muszę znać prawdę! Muszę!
Kiedy następnego dnia stara niania nie pojawiła się, aby uczesać wspaniałe włosy królewny, dziewczyna zrozumiała, że to, co ludzie szepczą po kątach, to, co wyjaśniła jej ukochania niania może być prawdą! Jeszcze tego samego dnia wyruszyła samotnie na poszukiwanie Ducha Gór. Błądziła po lesie i wołała:
- Duchu Gór! Duchu Gór! Gdzie jesteś??
Dotarła na polanę, zmęczona i wyczerpana, chciała trochę odpocząć. Ku jej zaskoczeniu, poczuła zapach świeżego chleba! Na polanie była rozłożona chusta z inicjałami jej mamy a na niej leżał chleb, masło i pieczyste! A takie świeżuteńkie, a takie pachnące.
Dziewczyna usiadła na trawie, sięgnęła po chleb i dopiero teraz spostrzegła starca w lichym odzieniu, bez butów, który powłócząc nogami wyłonił się na skraju polany. „Pewnie jego też zwabił zapach świeżego chleba” pomyślała królewna i zawołała:
- Chodźże tu dziadku! Zapraszam! Proszę! Najedz się do syta!
Starzec przyjął z radością jej zaproszenie i ku jej zaskoczeniu zjadł i wypił wszystko.
Królewna wyciągnęła swój zapas jedzenia i podała go starcowi, mówiąc:
- Masz i to jeszcze dziadku! Pewnieście głodni! Jedzcie, ja odpocznę i pójdę dalej.
- A czego ty tu szukasz moje dziecko??
- Aj! Mam taką sprawę do Ducha Gór! Chodzę, wołam go, ale on nie ma ochoty mnie spotkać!
- A cóż cię tak zajmuje moje dziecko??
Starzec tak łagodnie na nią patrzył, więc królewna mu wszystko opowiedziała. I nawet o tym, że niektórzy poddani ojca chcą ją pozbawić tronu… Gdy skończyła, spostrzegła, że starzec wyprostował się, wyglądał dostojniej, jego dobrotliwe oczy czule spoglądały na jej rozwichrzone warkocze. Strój miał wytworny. Po chwili zapytał wyrozumiale:
- Chcesz poznać prawdę?
- Tak!
- Nawet, jeżeli ta prawda nie będzie dla ciebie przyjemna!
- Tak proszę!
- Poczekaj…
Siedzieli dłuższą chwilę w milczeniu i na polanie pojawiła się stara, zaniedbana kobieta błądząca to tu to tam. Zachowywała się tak, jakby i ją tu zwabił zapach świeżego chleba. Podeszła bliżej siedzących obok chusty, pojrzała na tęsknie na jadło…
- Chcecie się przyłączyć matko??
- Chętnie bym coś zjadła! Dawno nie jadłam świeżego chleba!
Królewna ukroiła pajdę, posmarowała masłem, podała kobiecie zachęcając ją:
- Proszę matko! Jedzcie!
- Niech panienka nie nazywa mnie matką! Gdzież mi tam to tak wysoko urodzonej pani??
- Ale matką jesteście??? Tak?! Macie dzieci??
- Taakkk…. Miałam… Miałam córkę, ale ona popełniała te same błędy, co ja, miałam i syna. Wyrósł na schwał, ale go wojna zabrała…
Kobieta milczała i długo przeżuwała chleb. Królewna się niecierpliwiła, ale Duch Gór groźnie spojrzał na nią, więc tylko zaczęła:
- I…
- I… I szkoda gadać! Cóż moje życie może interesować takich wielmożnych państwa!
- I… - Naciskała królewna.
- I… I miałam jeszcze córkę…- Kobieta tępo zapatrzyła się w dal.
- I… - Nie dawała za wygraną królewna.
- I cóż… Byłam biedna, miałam już dzieci, nie miałam chłopa, nie chciałam mieć w chacie kolejnej gęby do wykarmienia… Już nie pamiętam, co się z tym dzieckiem stało?? Zniknęło i starałam się o nim już nie myśleć!
- I nie szukałaś go?? Nie tęskniłaś??
- Panienko! Jak nie ma, co jeść to się nie tęskni! Miałam dwie gęby do wykarmienia, córka była leniwa, syna ciągnęło wojenne rzemiosło…
Królewna stała i nie wiedziała, co powiedzieć? Czy ma rzucić się tej zniszczonej kobiecie w ramiona, czy ma wyznać prawdę, czy ma ją ukochać, czy ma ją otoczyć opieką? Oto stała przed nią ta, co ją urodziła! Daleka była od jej wyobrażeń. Postanowiła zdać się na Ducha Gór. Kobieta jadła w milczeniu. Gdy skończyła, podziękowała, pokłoniła się nisko i ruszyła w dalszą drogę!
- Weźcie na drogę chleb matko! – Królewna zawinęła w serwetę wszystko, co zostało i dała kobiecie. Ta uklękła i chciała pocałować ją w dłoń. Adopcja jednak się odwróciła i z oczami pełnymi łez wtuliła się w Ducha Gór. Płakała! Co miała teraz począć??
Po dłuższej chwili Duch Gór zapytał:
- Teraz już wiesz?? I co zamierzasz??
- Czy możesz jakoś pomóc mojej mamie, która mnie urodziła??
- Mogę! Wszystko mogę.
- Proszę ciebie Duchu Gór, niech ma spokojną starość, niech jej niczego nie brakuje… Nie mogę wrócić do zamku! Tyle lat mnie kłamano! Tyle poddanych zginęło, aby zataić prawdę! Nie mogę zasiąść na tronie i objąć władzę po moich rodzicach. Nie mogłabym spojrzeć w oczy tym, co tyle niesłusznie wycierpieli. Na nic się zdały poczynania królowej. Prawda wyszła na jaw i zniszczyła również i moje życie! To boli! Bardzo boli! Kłamali ci, których najmocniej kochałam… Nie, tam nie ma już mojego domu! Pójdę w świat!
Duch gór nic nie odpowiedział! Spojrzał spokojnie na dziewczynę, która przygarbiła się i z ciężarem win swoich rodziców na plecach ruszyła w stronę lasu. Na polanie powiał wiatr, liście zatańczyły, Duch Gór opuścił ramiona, przygarbił się i rozpłynął się we mgle…
 
 
 
 
Która bajka będzie nasza???