poniedziałek, 10 marca 2014

Bajka o Duchu Gór… Dla Tygryska…




 
Dawno, dawno temu, gdy na świecie w sprawy żyjących ingerowali bogowie, zdarzyła się taka historia…
W pewnym królestwie u podnóża Karkonoszy żyła królowa, która nie mogła mieć dzieci. Bardzo tęskniła za małymi rączkami, które obejmowałyby jej szyję, pragnęła spojrzeć w ciekawe świata oczy swojego dziecka. Chciała, aby bose stópki czasami wdrapały się do jej łoża i aby mogła je ogrzać ciepłem swojego ciała. Marzyła… Płakała po kątach…
Król także z niecierpliwością wyczekiwał potomka, którego mógłby uczyć wojennego rzemiosła lub przynajmniej zwinnej panny, którą by swatał z synami władców pobliskich krain.
Medycy, znachorzy, zielarze, szamani robili, co w ich mocy, ale to nie przynosiło oczekiwanych rezultatów. W zamku było smutno, cicho a kołyska wciąż pusta…
Pewnego dnia stary astrolog poradził królowej, aby udała się do Ducha Gór, ten spełniał różne prośby okolicznej ludności, może i jej by wysłuchał. Królowa widząc w tym ostatnią deskę ratunku wyruszyła w samotną wędrówkę w góry i poprosić Władcę Gór o pomoc w realizacji jej marzeń.
Błądząc po lesie napotkała starca, który podpierając się kosturem z wielkim wysiłkiem dreptał przed siebie… Królowa spojrzała na jego zużyte odzienie, bose stopy i dziurawy worek na plecach. Przystanęła i zapytała:
- Dzień dobry dziadku! Gdzie wy w takim marnym odzieniu się wybieracie?
- Witaj pni… No cóż, tylko tyle posiadam! Błąkam się to tu to tam… - Odpowiedział łagodnie starzec.
- A jedliście coś dzisiaj??
- Nie…
- Spocznijcie! Zaraz wam coś dam.
Królowa wyjęła chleb, masło, pieczone ptactwo i podała je starcowi.
- Częstujcie się!
- Ale jak mam jeść? Nie mam zębów! Nie mam, czym pogryźć!
Królowa z zapałem pokroiła jadło na malutkie kęski, tak, aby starzec mógł wygodnie spożyć posiłek. Gdy już się najadł, poczęstowała go winem…
- Oooo… Przedni trunek macie! Godny królewskiej piwniczki!
- Ano tak - westchnęła królowa.
Starzec spostrzegł, że posmutniały jej oczy zapytał:
- A czego ty pani szukasz w tych górach i w tym lesie?? Czy nie jesteś zbyt daleko od swoich?? Co sprowadza samotną królową w takie niebezpieczne miejsce??
- Ach dziadku! Jestem królową, jestem nieszczęśliwą królową! Tyle lat oczekuję potomstwa! Wypłakałam już swoje oczy! Wydałam sporo złotych monet na starania medyków, znachorów i czarowników różnej maści i różnych narodowości. Wszystkie wysiłki poszły na marne! Wciąż nie mam dziecka! Takiej maleńkiej kruszyny, takich malutkich rączek… Szukam Ducha Gór, może on mi pomoże! Tylko w nim moja ostatnia iskierka nadziei!
Starzec słuchał kobiety w milczeniu. Gdy skończyła, siedział i wciąż milczał. Królowa płakała. W końcu pogładził jej głowę i powiedział:
- Czy jesteś gotowa przyjąć to, co ci przyniesie los?? Czy jesteś gotowa przyjąć dziecko, którego nikt inny nie zaakceptuje?? Czy jesteś gotowa…
- Tak! Tak! – Przerwała królowa!
- Dobrze! Za rok oczekuj wiadomości ode mnie! Przyleci Wicher i przyniesie ci wiadomość. Wówczas jak najszybciej stawcie się z królem na tej polanie, będzie na was czekał upragniony Skarb. Przyjmijcie go do siebie. Tylko spieszcie się, aby nikt inny go wam nie wykradł!
Królowa podniosła głowę, chciała zadać starcowi tysiące pytań, ale na polanie nikogo nie było! Sama nie wiedziała, czy to był sen czy jawa?? Czy rzeczywiście poznała starca?? Czy to tylko w jej głowie z rozpaczy się miesza??? Przerażona wstała i nie zabierając niczego wróciła do zamku.
Król uradowany widokiem żony wybiegł jej na spotkanie.
- Królowo moja! Gdzie byłaś?! Martwiłem się o ciebie. Wróżbita z wieży nie pozwolił nikomu udać się za tobą!
Królowa przytuliła się do męża i opowiedziała mu wszystko, co jej się przydarzyło albo i przyśniło na leśnej polanie. Król słuchał w skupieniu, kiwał głową i co jakiś czas mu się wyrywało:
- Duch Gór… Duch Gór… Duch Gór powiadasz…
Cały rok królowa z niecierpliwością wyczekiwała wiadomości od Ducha Gór. Minął rok, a tu cisza… Minęło kolejnych kilka miesięcy - a tu nic…
Pewnego dnia królowa siedziała w ogrodzie i haftowała różową sukienusię dla córeczki jednej z jej dwórek. Dziewczynka miała dwa latka i chętnie bawiła się z królową. Kobieta właśnie ukłuła się igłą, gdy nagle wokół niej zatańczyły liście i zaszumiały:
- Królowo! Królowo! Weź swojego męża i zaprowadź go na polanę!
Królowa potrząsnęła głową i powiedziała:
- Moje pragnienie dziecka jest już tak duże, że sama sobie do siebie wysyłam wiadomości, na które tyle czekałam…
Spojrzała na leżące liście i wróciła do pracy. A liście poderwały się z ziemi, zawirowały i zaszumiały:
- Królowo! Królowo! Weź swojego męża i zaprowadź go na polanę! Szybko! Twój Skarb nie może długo czekać!
Królowa spojrzała! Przed nią stał Wicher a wokół niego krążyły liście szumiąc:
- Królowo! Królowo! Weź swojego męża i zaprowadź go na polanę!
Królowa rzuciła swoją robótkę, spojrzała w twarze zdziwionych dwórek, które podziwiały tańczące liście wokół swojej pani. Nie słyszały nic! Nie widziały tajemniczej postaci, która przyniosła tak długo wyczekiwaną wiadomość! Wypieki na jej twarzy zaniepokoiły służące:
- Pani! Nic ci nie jest! Co się stało??
- Nic! Pracujcie dalej! Mam ochotę na spacer po lesie! Chcę iść z królem, ale sama po niego pójdę!
Szybko pobiegła po schodach to sali tronowej, w której odbywało się posiedzenie najwyższej rady.
- Szybko! Szybko! Już jest! Szybko! - Wołała do męża.
Poddani skłonili się władczyni, ale z pochylonych głów wydobywał się szept: Królowa jest obłąkana!
Król przerwał obrady, kazał osiodłać siwego wierzchowca, wskoczył na konia, podał dłoń swojej małżonce i razem wyruszyli królewskim traktem w stronę gór.
Rycerze spojrzeli po sobie zdziwieni. Co się stało?? – Każdy miał to pytanie wyrysowane na twarzy. Nie mieli jednak rozkazu, aby towarzyszyć władcy i bardzo ich ta sytuacja niepokoiła. Lotem błyskawicy rozniosła się wieść po kraju, że królowa postradała rozum, a król zbyt pobłażliwie do tego podchodzi.
Tymczasem, co koń uskoczy, królewska para dotarła na polanę w lesie. O dziwo, było na niej rozłożone jadło, tak jakby przed chwilą ktoś od niego odszedł. Królowa rozpoznała swoją zastawę sprzed ponad roku, ale starca nie było. Wokoło cisza… Świeżutki chleb pachniał królowi. Podszedł do serwety, usiadł, ukroił pajdę chleba, posmarował masłem, chwycił w dłoń pieczyste i zasiadł do uczty. Królowa stała oniemiała, ale tego, co szukała, tego, co się spodziewała znaleźć nie było. Nagle ciszę przerwało ciche kwilenie dziecka. Kobieta podeszła w stronę pięknej choinki, rozchyliła gałązki, pochyliła się i spojrzała na Skarb! Pod drzewem w kołysce z igliwia leżało dziecko. Takie malutkie, takie biedniutkie! Okrywały go tylko gałęzie choinki. Królowa zdjęła swój płaszcz, podniosła niemowlę, ułożyła je delikatnie i zawinęła, po czym pochwyciła w ramiona i podeszła do króla:
- Mamy dziewczynkę! Taką cudowną, taką malutką, taką zwyczajną!
Mężczyzna szeroko otworzył oczy, spojrzał na dziecko, które tuliło się do kobiety i stał oniemiały… A tu liście zaszumiały:
- Pamiętajcie, co obiecaliście! Przyjmujecie Skarb, który inni odrzucili!...
Wszyscy we troje wrócili do zamku. Poddani spoglądali z zaciekawieniem na radosne twarze pary królewskiej. Królowa tuliła zawiniątko, a król pozdrawiał poddanych…
- To nawet wśród królów trafiają się wariaci – szeptano z przejęciem – jacy oni zadowoleni z tego szaleństwa!
Od tej pory „szalona” królowa i „pozbawiony rozumu” władca żyli szczęśliwie. Niebawem nadano imię córeczce, którą ofiarował im Duch Gór. Nazwano ją Adopcja.
Księżniczka Adopcja rosła zdrowo, czasami chorowała, czasami psociła. Jak wszystkie wysoko urodzone panny w królestwie pobierała lekcje tańca, nauki gry na instrumencie i dobrych manier. Lubiła jeździć konno, kochała góry, wycieczki…
Mądra królowa początkowo w bajkach potem otwarcie mówiła o tym jak się znalazła mała kruszyna w jej ramionach. Opowiadała o innej mamie, która ją urodziła, która gdzieś mieszka i może tęskni za nią. Wyjaśniała, że jeżeli królewna będzie miała ochotę poznać swoje korzenie, wówczas na pewno Duch Gór jej pomoże. Dni mijały szybko. Królewna Adopcja wyrosła na piękną i rozumną panienkę. Królewiczowie jednak z rezerwą prosili ją do tańca. Tu i ówdzie podnosiły się głosy, że „znajda” nie może zasiąść na tronie.
W dniu 18 urodzin królewny król zorganizował huczny bal. Na balu tym ogłosił, że niezależnie od tego, co myślą poddani, jedyną prawowitą dziedziczką jego tronu jest jego przybrana córka – księżniczka Adopcja! Nie podobało się to wszystkim poddanym, ale cóż, wola króla była rozkazem, któremu wszyscy musieli się podporządkować.
Minęło kilka dni po balu. Królowa siedziała w ogrodzie i próbowała skupić się nad lekturą. W pewnej chwili podeszła do niej królewna i poprosiła:
- Mamo! Pozwól mi pójść do Ducha Gór! Proszę! Tak bardzo chciałabym zobaczyć moją pierwszą mamę! Tak bardzo chciałabym wiedzieć, dlaczego niektórzy w królestwie są dla mnie tak bardzo nieprzychylni?? Proszę mamo!
Królowa spojrzała zatroskana na dziecko:
- Wiedziałam, że kiedyś to nastąpi… Idź dziecko! Znajdź odpowiedzi na nurtujące ciebie pytania. Cokolwiek postanowisz, pamiętaj- tu jest twój dom, tu się wychowałaś, tu na ciebie zawsze czekamy.
Nazajutrz królewna samotnie wyruszyła na poszukiwanie Ducha Gór. Błądziła po lesie i wołała:
- Duchu Gór! Duchu Gór! Gdzie jesteś??
Dotarła na polanę, zmęczona i wyczerpana, chciała trochę odpocząć. Ku jej zaskoczeniu, poczuła zapach świeżego chleba! Na polanie była rozłożona chusta z inicjałami jej mamy a na niej leżał chleb, masło i pieczyste! A takie świeżuteńkie, a takie pachnące.
Dziewczyna usiadła na trawie, sięgnęła po chleb i dopiero teraz spostrzegła starca w lichym odzieniu, bez butów, który powłócząc nogami wyłonił się na skraju polany. „Pewnie jego też zwabił zapach świeżego chleba” pomyślała królewna i zawołała:
- Chodźże tu dziadku! Zapraszam! Proszę! Najedz się do syta!
Starzec przyjął z radością jej zaproszenie i ku jej zaskoczeniu zjadł i wypił wszystko. Królewna wyciągnęła swój zapas jedzenia i podała go starcowi, mówiąc:
- Masz i to jeszcze dziadku! Pewnieście głodni! Jedzcie, ja odpocznę i pójdę dalej.
- A czego ty tu szukasz moje dziecko??
- Aj! Mam taką sprawę do Ducha Gór! Chodzę, wołam go, ale on nie ma ochoty mnie spotkać!
- A cóż cię tak zajmuje moje dziecko??
Starzec tak łagodnie na nią patrzył, więc królewna mu wszystko opowiedziała. I nawet o tym, że niektórzy poddani ojca chcą ją pozbawić tronu… Gdy skończyła, spostrzegła, że starzec wyprostował się, wyglądał dostojniej, jego dobrotliwe oczy czule spoglądały na jej rozwichrzone warkocze. Strój miał wytworny. Po chwili zapytał wyrozumiale:
- Chcesz poznać prawdę?
- Tak!
- Nawet, jeżeli ta prawda nie będzie dla ciebie przyjemna!
- Tak proszę!
- Poczekaj…
Siedzieli dłuższą chwilę w milczeniu, gdy ni stąd ni zowąd, na polanie pojawiła się stara, zaniedbana kobieta błądząca bez celu po lesie. Zachowywała się tak, jakby i ją tu zwabił zapach świeżego chleba. Podeszła bliżej siedzących obok chusty, spojrzała tęsknie na jadło, które znowu pojawiło się…
- Chcecie się przyłączyć matko??
- Chętnie bym coś zjadła! Dawno nie jadłam świeżego chleba!
Królewna ukroiła pajdę, posmarowała masłem i podała kobiecie zachęcając ją:
- Proszę matko! Jedzcie!
- Niech panienka nie nazywa mnie matką! Gdzież mi tam do tak wysoko urodzonej pani??
- Ale matką jesteście??? Tak?! Macie dzieci??
- Taakkk…. Miałam… Miałam córkę, ale ona popełniała te same błędy, co ja, miałam i syna. Wyrósł na schwał, ale go wojna zabrała…
Kobieta milczała i długo przeżuwała chleb. Królewna się niecierpliwiła, ale Duch Gór groźnie spojrzał na nią, więc tylko zaczęła:
- I…
- I… I szkoda gadać! Cóż moje życie może interesować takich wielmożnych państwa!
- I… - Naciskała królewna.
- I… I miałam jeszcze córkę…- Kobieta tępo zapatrzyła się w dal.
- I… - Nie dawała za wygraną królewna.
- I cóż… Byłam biedna, miałam już dzieci, nie miałam chłopa, nie chciałam mieć w chacie kolejnej gęby do wykarmienia… Już nie pamiętam, co się z tym dzieckiem stało?? Zniknęło i starałam się o nim już nie myśleć!
- I nie szukałaś go?? Nie tęskniłaś??
- Panienko! Jak nie ma, co jeść to się nie tęskni! Miałam dwie gęby do wykarmienia, córka była leniwa, syna ciągnęło wojenne rzemiosło…
Królewna stała i nie wiedziała, co powiedzieć? Czy ma rzucić się tej zniszczonej kobiecie w ramiona, czy ma wyznać prawdę, czy ma ją ukochać, czy ma ją otoczyć opieką? Oto stała przed nią ta, co ją urodziła! Daleka była od jej wyobrażeń. Postanowiła zdać się na Ducha Gór. Kobieta jadła w milczeniu. Gdy skończyła, podziękowała, pokłoniła się nisko i ruszyła w dalszą drogę!
- Weźcie na drogę chleb matko! – Królewna zawinęła w serwetę wszystko, co zostało i dała staruszce. Ta uklękła i chciała pocałować ją w dłoń. Adopcja jednak się odwróciła i z oczami pełnymi łez wtuliła się w Ducha Gór. Płakała! Co miała teraz począć??
Po dłuższej chwili Duch Gór zapytał:
- Teraz już wiesz… I co zamierzasz??
- Czy możesz jakoś pomóc mojej mamie, która mnie urodziła??
- Mogę! Wszystko mogę.
- Proszę ciebie Duchu Gór, niech ma spokojną starość, niech jej niczego nie brakuje, a gdy zatęskni do mnie, to przyślij po mnie posłańca z wiadomością! Znajdę ją, przytulę i otoczę opieką. Teraz wracam do zamku! Tam czeka na mnie mama, ona wszystkiego mnie nauczyła, nie ukrywała prawdy, zawsze miałam swobodę wyboru. Myślę, że wracając do niej dokonuję właściwego wyboru. Nie boję się już, że panowie szlachta będą szemrać, że nie należy do mnie sukcesja do tronu. Jestem silna, silna dzięki miłości i mądrości moich rodziców! Już wiem, co mam robić!
Duch gór nic nie odpowiedział! Spojrzał spokojnie na dziewczynę, która wyprostowała się i z majestatem mądrej królowej zawróciła do zamku. Na polanie powiał wiatr, liście zatańczyły, Duch Gór się uśmiechnął i rozpłynął się we mgle…



 
***
 
Mądra królowa od samego początku zaczęła wmawiać wszem i wobec, że to jest jej, jej dziecko urodzone „serduszkiem”. Każdy, kto znał tajemnicę pojawienia się królewny w zamku był zsyłany na banicję, a kto śmielej wychylił głowę - ginął w lochu. Królowa otoczyła się fałszywymi pochlebcami i obrastała w dumę, że królewna się robi do niej podobna.
- Wykapana mamusia! – Mówili fałszywie się uśmiechając dworzanie.
Dni mijały szybko. Królewna Adopcja wyrosła na piękną i rozumną panienkę. Królewicze z rezerwą prosili ją do tańca. Tu i ówdzie, mimo zapobiegliwości królowej, podnosiły się głosy, że „znajda” nie może zasiąść na tronie. 
W dniu 18 urodzin królewny król zorganizował huczny bal. Na balu tym ogłosił, że niezależnie od tego, co myślą poddani, jedyną prawowitą dziedziczką jego tronu jest jego córka – księżniczka Adopcja! Nie podobało się to wszystkim poddanym, ale cóż, wola króla była rozkazem, któremu wszyscy musieli się podporządkować. Lud miał już dosyć zsyłek, pamiętano o niewinnych poddanych, którzy zakończyli swój żywot w lochu.
Minęło kilka dni po balu. Królowa siedziała w ogrodzie i próbowała skupić się nad lekturą. W pewnej chwili podeszła do niej królewna i poprosiła:
- Mamo! Powiedz mi czy to prawda! Mamo, czy to prawda, że mnie przyniosłaś z lasu?
Królowa spojrzała zatroskana na dziecko:
- Kto śmie tak twierdzić?! Nie przejmuj się cudzym gadaniem!
- Mamo! Proszę powiedz prawdę! Skąd ja się wzięłam w tym zamku!
- Kto ci o tym powiedział?! – Królowa gniewnie spojrzała na córkę. – Pewnie stara niania…
- Mamo! Błagam! Nie rób jej krzywdy! Proszę! Ja muszę znać prawdę! Muszę!
Kiedy następnego dnia stara niania nie pojawiła się, aby uczesać wspaniałe włosy królewny, dziewczyna zrozumiała, że to, co ludzie szepczą po kątach, to, co wyjaśniła jej ukochania niania może być prawdą! Jeszcze tego samego dnia wyruszyła samotnie na poszukiwanie Ducha Gór. Błądziła po lesie i wołała:
- Duchu Gór! Duchu Gór! Gdzie jesteś??
Dotarła na polanę, zmęczona i wyczerpana, chciała trochę odpocząć. Ku jej zaskoczeniu, poczuła zapach świeżego chleba! Na polanie była rozłożona chusta z inicjałami jej mamy a na niej leżał chleb, masło i pieczyste! A takie świeżuteńkie, a takie pachnące.
Dziewczyna usiadła na trawie, sięgnęła po chleb i dopiero teraz spostrzegła starca w lichym odzieniu, bez butów, który powłócząc nogami wyłonił się na skraju polany. „Pewnie jego też zwabił zapach świeżego chleba” pomyślała królewna i zawołała:
- Chodźże tu dziadku! Zapraszam! Proszę! Najedz się do syta!
Starzec przyjął z radością jej zaproszenie i ku jej zaskoczeniu zjadł i wypił wszystko.
Królewna wyciągnęła swój zapas jedzenia i podała go starcowi, mówiąc:
- Masz i to jeszcze dziadku! Pewnieście głodni! Jedzcie, ja odpocznę i pójdę dalej.
- A czego ty tu szukasz moje dziecko??
- Aj! Mam taką sprawę do Ducha Gór! Chodzę, wołam go, ale on nie ma ochoty mnie spotkać!
- A cóż cię tak zajmuje moje dziecko??
Starzec tak łagodnie na nią patrzył, więc królewna mu wszystko opowiedziała. I nawet o tym, że niektórzy poddani ojca chcą ją pozbawić tronu… Gdy skończyła, spostrzegła, że starzec wyprostował się, wyglądał dostojniej, jego dobrotliwe oczy czule spoglądały na jej rozwichrzone warkocze. Strój miał wytworny. Po chwili zapytał wyrozumiale:
- Chcesz poznać prawdę?
- Tak!
- Nawet, jeżeli ta prawda nie będzie dla ciebie przyjemna!
- Tak proszę!
- Poczekaj…
Siedzieli dłuższą chwilę w milczeniu i na polanie pojawiła się stara, zaniedbana kobieta błądząca to tu to tam. Zachowywała się tak, jakby i ją tu zwabił zapach świeżego chleba. Podeszła bliżej siedzących obok chusty, pojrzała na tęsknie na jadło…
- Chcecie się przyłączyć matko??
- Chętnie bym coś zjadła! Dawno nie jadłam świeżego chleba!
Królewna ukroiła pajdę, posmarowała masłem, podała kobiecie zachęcając ją:
- Proszę matko! Jedzcie!
- Niech panienka nie nazywa mnie matką! Gdzież mi tam to tak wysoko urodzonej pani??
- Ale matką jesteście??? Tak?! Macie dzieci??
- Taakkk…. Miałam… Miałam córkę, ale ona popełniała te same błędy, co ja, miałam i syna. Wyrósł na schwał, ale go wojna zabrała…
Kobieta milczała i długo przeżuwała chleb. Królewna się niecierpliwiła, ale Duch Gór groźnie spojrzał na nią, więc tylko zaczęła:
- I…
- I… I szkoda gadać! Cóż moje życie może interesować takich wielmożnych państwa!
- I… - Naciskała królewna.
- I… I miałam jeszcze córkę…- Kobieta tępo zapatrzyła się w dal.
- I… - Nie dawała za wygraną królewna.
- I cóż… Byłam biedna, miałam już dzieci, nie miałam chłopa, nie chciałam mieć w chacie kolejnej gęby do wykarmienia… Już nie pamiętam, co się z tym dzieckiem stało?? Zniknęło i starałam się o nim już nie myśleć!
- I nie szukałaś go?? Nie tęskniłaś??
- Panienko! Jak nie ma, co jeść to się nie tęskni! Miałam dwie gęby do wykarmienia, córka była leniwa, syna ciągnęło wojenne rzemiosło…
Królewna stała i nie wiedziała, co powiedzieć? Czy ma rzucić się tej zniszczonej kobiecie w ramiona, czy ma wyznać prawdę, czy ma ją ukochać, czy ma ją otoczyć opieką? Oto stała przed nią ta, co ją urodziła! Daleka była od jej wyobrażeń. Postanowiła zdać się na Ducha Gór. Kobieta jadła w milczeniu. Gdy skończyła, podziękowała, pokłoniła się nisko i ruszyła w dalszą drogę!
- Weźcie na drogę chleb matko! – Królewna zawinęła w serwetę wszystko, co zostało i dała kobiecie. Ta uklękła i chciała pocałować ją w dłoń. Adopcja jednak się odwróciła i z oczami pełnymi łez wtuliła się w Ducha Gór. Płakała! Co miała teraz począć??
Po dłuższej chwili Duch Gór zapytał:
- Teraz już wiesz?? I co zamierzasz??
- Czy możesz jakoś pomóc mojej mamie, która mnie urodziła??
- Mogę! Wszystko mogę.
- Proszę ciebie Duchu Gór, niech ma spokojną starość, niech jej niczego nie brakuje… Nie mogę wrócić do zamku! Tyle lat mnie kłamano! Tyle poddanych zginęło, aby zataić prawdę! Nie mogę zasiąść na tronie i objąć władzę po moich rodzicach. Nie mogłabym spojrzeć w oczy tym, co tyle niesłusznie wycierpieli. Na nic się zdały poczynania królowej. Prawda wyszła na jaw i zniszczyła również i moje życie! To boli! Bardzo boli! Kłamali ci, których najmocniej kochałam… Nie, tam nie ma już mojego domu! Pójdę w świat!
Duch gór nic nie odpowiedział! Spojrzał spokojnie na dziewczynę, która przygarbiła się i z ciężarem win swoich rodziców na plecach ruszyła w stronę lasu. Na polanie powiał wiatr, liście zatańczyły, Duch Gór opuścił ramiona, przygarbił się i rozpłynął się we mgle…
 
 
 
 
Która bajka będzie nasza???
 

środa, 26 lutego 2014

Pierwsze ferie


Gdy Tygrysek był w przedszkolu, to zabieraliśmy go na wyjazdy jak tylko był w miarę zdrowy i w pracy mieliśmy luz albo w pobliżu, gdzie mieliśmy zlecenie był fajny teren do wypoczynku. Teraz już musimy wyjeżdżać wtedy, kiedy są ferie w szkole. Szkoda. Ale cóż, lata lecą i Madzia musi się przede wszystkim uczyć, lub przynajmniej chodzić do szkoły jak tylko jest zdrowa…
Na pierwsze ferie wybraliśmy sprawdzonego „Gołębia” w Karpaczu. Zima w tym roku jest wciąż łagodna, więc śniegu nie ma ani na lekarstwo! Postanowiliśmy, że będziemy spędzać sporo czasu na spacerach w górach i w Aquaparku. Baseny odpadły… Ledwo Tygrysek poszedł na basen w szkole a już kolejnego dnia mieliśmy ostre zapalenie ucha środkowego. Tym razem prawego. Buuu… Co jest z Tygrysem, że tak choruje! Dlaczego, panna wyglądająca jak pożądany przez wielu okaz zdrowia, co i rusz jest na antybiotyku???
  


Sobota…
W sobotę naszą „Bladą buźkę” wpakowaliśmy wraz całym ekwipunkiem do auta i wyruszyliśmy w góry. Teraz jesteśmy fanami Pana Samochodzika i w podróży słuchamy powieści „Księga strachów”. Tym razem uważając na drogę rozwiązujemy zagadki szachownic. Na miejsce dojechaliśmy bez przygód i otrzymaliśmy pokój z cudownym widokiem – kosmicznymi talerzami na Śnieżce. Pogoda – prawie 10 stopni Celsjusza – a to połowa lutego jest!
Po obiedzie tato z Tygrysem udają się na spacer do zapory, a ja wypoczywam po podróży. Siedzenie w aucie nie służy mi. Po zmroku idę z Tygryskiem na zabawę dla dzieci. Najpierw Tygrys zamiast przyłączyć się do zabawy poszukiwał towarzystwa. Nie wyłonił odpowiedniej koleżanki i już miał strzelać fochy, ale w porę zorientowałam się, złapałam Tygrysa za rękę i powiadam:

- No dobrze Madziu… Pomogę ci w poszukiwaniu koleżanki. Chodź, pójdziemy szukać po całym hotelu. Zwiedzimy wszystkie zakamarki a dzieci niech się bawią. Ty stracisz czas na poszukiwaniach…
Tym razem to podziałało! Tygrys szybko zrozumiał, zorientował się w sytuacji i powiedział, że che się bawić i tańczyć, że już nikogo nie będzie szukał. I dobrze, dołączył do dzieci na parkiecie, porzucił poszukiwania i doskonale się bawił!
Wieczorem w tężni siedziałyśmy i Madzia czytała Plastusiowy pamiętnik – na ferie pani zadała dzieciom lekturę do przeczytania! Tato zrzucał brzuszek na basenie.

Kolację chcieliśmy zjeść w zielonej restauracji- o zgrozo, jedliśmy chyba ze dwie godziny – bo nie mogliśmy dopaść kelnera, aby podał nam karty a potem, aby złożyć zamówienie!

Niedziela…
Wstaliśmy późno! Za oknem wieje! Jest szaro i buro. Zanosi się na deszcz! Jemy długo śniadanie. Nie ma mowy o wyjeździe na Kopę. Idziemy do Karpacza na spacer.

Tygrysek lubi robić zdjęcia. Ma swój aparacik i pstryka. Najchętniej fotografuje przyrodę. Zbiega do kaczek na zaporze i nie ma mowy, aby po kilku zdjęciach do nas wrócił. Prawie włazi do wody!

Ponieważ dzisiejsza aura nas nie rozpieszcza, postanawiamy pojeździć na Kolorowej na sankach. Tygrys uwielbia takie szaleństwo! Tato zalicza z nim dwa przejazdy, na trzeci załapuje się mama. Mama, kobieta ostrożna, jedzie według Tygrysa zbyt wolno!

- Nie hamuj! Szybciej! Szybciej! No, co ty robisz?! Nie hamuj!

I… Kolejne zjazdy były tylko dla taty, bo mama „nie umie”.

Po saneczkach pochodziliśmy to tu, to tam, to na czekoladę… Uuuu… Mamusia grzane winko na poprawę humoru, tatuś kawkę espresso, Tygrysek czekoladę, to znowu tatuś winko, mamusia kawkę i torcik orzechowy a Tygrysek wciął cukier w kostkach. Dosłodzeni do granic możliwości udaliśmy się na poszukiwanie kolejnej atrakcji. Zwiedziliśmy „Karkonoskie tajemnice”, ale tak po łepkach, bo spieszyliśmy się jak zwykle i żeby zdążyć na obiad musieliśmy wsiąść w taksówkę. Zawsze nam brakuje czasu! Obiad podziobaliśmy, no, bo jak można coś zmieścić do brzuszka, w którym pływa tyle słodkości???

Aby zrobić miejsce na kolację udajemy się do parku wodnego. Dziewczyny w tężni dalej czytają lekturę a tato walczy z brzuszkiem. Po jakimś czasie tato przejmuje pieczę nad córcią a mama udaje się relaks. W celu poprawy kondycji Tygryska tato siedzi z nim w grocie solnej i puszcza go w samopas. Madzia bawi się solą i nie wiem, jakim cudem cała bluza od dresu jest umazana czymś czarnym? No piękne! I co teraz?? Czy to się wypierze??

Nasze ulubione miejsce wypoczynku jak zwykle znowu nas pozytywnie zaskoczyło – jest pralnia, są pralki, pakujemy nasze pranie i bluza jest jak nowa! Hurra!
W dniu dzisiejszym Tygrys strasznie się fochował, puszył i pyskował. Ostrzegałam go wiele razy, że w końcu dosięgnie go kara. Jakoś do samego wieczora udawało mu się, ale już przed samym zgaszeniem świateł znowu coś wymyślił, wyskoczył z łóżka, po czym wskoczył powtórnie tarabaniąc się po mnie jak słonica! Nie wytrzymałam. Dosięgła Tygrysa kara za całe dzisiejsze pyskowanie! Koniec! Tygrys wylądował na krześle, miał nic nie robić! Najgorszą karą dla naszego dziecka to nuda. I tak właśnie miało być! 5 pełnych minut siedzenia na krześle bez książki, bez rozmowy, bez niczego! Madzia próbowała wciągnąć mnie w pogawędkę, ale jakoś nie dałam się wkręcić i kara podziałała! Zobaczymy czy na długo???

Poniedziałek…

Budzimy się wcześnie. Pogoda jak drut! Piękne słońce! Po śniadaniu udaliśmy się pod wyciąg na Kopę. Ledwo uszliśmy jakieś 500 m Tygrys zabrzęczał:
- Siku!
Wkurzyłam się! Prosiłam Madzię przed wyjściem, aby się wysikała, ale ta, co tam, zagrała mi w duchu na nosie i teraz musi być siku. I to jak przystało na Tygrysa, szybko tu i teraz, bo inaczej to „się zleję”.
- Dobra, idźcie!
Tato i Tygrys przeszli na drugą stronę drogi i… Tygrys, nim tato gapa się zorientował, po kolana wpadł do błota! Wkurzyłam się jeszcze mocniej! I co teraz mamy zrobić?? Wracać do hotelu?? Tygrys przyjął na klatę burę! Tacie też się oberwało i ruszyliśmy dalej. Tygrys ubłocony po kolana!

Pod wyciągiem nie było zbyt długiej kolejki. Szybko rozpoczęliśmy nasz wjazd na górę. Pod nami narciarze… Ale mają fajnie! Żal nam się z pyska lał! My też tak chcemy! Ale cóż – nasz sprzęt narciarski i ocieplacze spokojnie starzeją się w szafie, bo cóż, nie ma zimy i śniegu jak na lekarstwo, a tu na naśnieżonym stoku takie wspaniałe warunki są!

Na Kopie jak zwykle o tej porze jest biało i Śnieżka cała biała! Pogoda cudna! Idziemy na Śnieżkę! Tato i Tygrys zadowoleni. Mama ambitnie podejmuje wyzwanie! A co tam! Da radę wejść na szczyt! Ale w 1/4 lub może 1/3 mama zawraca. Chce zabrać w dół Tygryska, ale Madzia ani myśli wrócić z mamą do schroniska. Szlak jest oblodzony i mama oczami wyobraźni widzi swoje dziecko jak spada w dół ze skał… Wystarczy chwila nieuwagi! Nie ma mowy! Tato i Tygrys postanawiają zdobyć szczyt! 

No cóż…Wróciłam do schroniska. Schodziłam ostrożnie. Mam do operacji kręgosłup i niepozorny upadek może dla mnie być tragiczny. Obok mnie schodził młody chłopak i za mną też! Trzymaliśmy się łańcuchów i zaliczyłam tylko jednego zająca. Ze dwa razy młody człowiek uratował mnie przed upadkiem i szczęśliwie dobrnęłam do schroniska. Aby odpędzić czarne myśli wypiłam herbatkę z rumem i czekałam… Czekałam i tęskniłam. W końcu za oknem pojawili się! Tato prowadził Tygrysa za rękę! Wrócili cali! Hurra!

- Całą drogę z góry zjechała na pupie!
- Kurtka cała?
- Cała!- To dobrze!
Madzia z przejęciem, szczęśliwa opowiadała jak było, jak na górze zjadła dwie bułki, ciastko, popiła... I w końcu padło „siku”. Tato poszedł do toalety z córcią, wrócili jednak z nietęgimi minami, tato niósł spodnie w ręku…
- Mamo! Dupsko mam całe czerwone… I mokre…
Dotknęłam Tygrysa… Uuuuu… Wszystko mokre! Łącznie z podkoszulką! Cholera! Dupsko zimne i czerwone! Co teraz???
- Myślałem, że się posikała, ale Madzia już jest w wieku, że nie sika! – Rzekł tato. - Pójdę posuszyć spodnie!
Ja próbowałam jakimś cudem ogrzać i wysuszyć Madzię. Taki człowiek stary jest i wciąż głupi! Ocieplacze parcieją w szafie a dziecko nie ma, w czym biegać po śniegu! Mama gapą jest! Ale tato też!
Postanowiliśmy kupić chustę w schronisku. Owinęliśmy nią pupę Tygryska, założyliśmy podsuszone ubrania i wyruszyliśmy w drogę powrotną, bez żadnych dodatkowych atrakcji, byleby jak najszybciej Tygryska przebrać. Po obiedzie tato pobiegł do sklepów kupić ocieplacze, bo rodzina „Adamsów” postanowiła, że ma ochotę pojeździć na nartach, skoro jest gdzie!
Wieczorem, dzień pełen przygód zakończyliśmy pizzą w pokoju. Kucharz zbyt cienko rozwałkował ciasto i wszystko nam spadało! Niemniej szczęśliwi udaliśmy się do łóżek! W końcu przeżyliśmy kolejny ciekawy dzień i mamy widoki na kolejne takie dni!
Sprzęt narciarski dla Tygrysa i taty czeka gotowy. Jutro zaczynają zjazdy na Kopie od 10…

Wtorek…

Bez problemu nasze piękne oczy rano się obudziły. Sprawnie się ubrały. Dosyć sprawnie zjadły śniadanie i już przed dziewiątą Madzia zakładała swoje spodnie narciarskie. Wyszła w nich na taras, spojrzała z dołu na Śnieżkę i rzekła z radością:
- I pomyśleć, że wczoraj tak wysoko weszłam! Ale fajnie!

Poszłam z nimi do przechowalni sprzętu narciarskiego… Patrzyłam z lekką zazdrością jak się ubierali w buty narciarskie, jak z ich oczu kipiała radość! Szkoda, że ja nie mogę już pojeździć… Szkoda! Jeden upadek na łyżwach i tyle furtek się zamknęło! Ale dobrze, że chociaż tato i Tygrys mają pełen wypas – ocieplacze, sprzęt, instruktorów, busik pod skok i busik z powrotem. Mnie znowu pozostaje czekanie…

Czekając notuję nasze przygody. Po kilku dniach o nich zapomnimy, ale jeżeli zanotuję, to po paru latach będzie to dla nas niesamowita lektura. Przecież dzisiejszej pogody, dzisiejszego dnia nie zapamiętamy, jeżeli go nie zapiszę!

W pewnym momencie dzwoni telefon! Uciekł im busik, ale są tak zadowoleni, że co tam! Tygrys chce jeszcze! Jutro dwie godziny z panią! Słucham najwspanialszego szczebiotu! Serce mi rośnie! Tygrys zjechał z jednej trasy na Kopie! Pokonał trasę, która wczoraj wydawała się dla mnie nie do pokonania dla mojego dziecka! Brawo! Brawo Tygrysku!

W nagrodę Tygrysek jeszcze raz zaliczył „Karkonoskie tajemnice”. Ta wystawa się dziecku mocno podoba. Tym razem poszedł sam!
- Ile mam?
- Godzinę, potem wracamy!
Po godzinie Tygryska nie ma! Mijają kolejne minuty, my czekamy, a nasze dziecko bawi się w podziemiach w najlepsze! W końcu prosimy panią z obsługi, aby przyprowadziła naszego „Broja”. Szczęśliwy Brój prosi o jeszcze raz… W nagrodę dostaje książeczkę „Legendy o Duchu Gór”.


Środa…

Rano śniadanie, potem narty… Dziś robię moim kochanym niespodziankę. W przerwie między lekcjami Tygryska zjawiam się na stoku z termosem ciepłej herbatki. Wdrapuję się do góry obok trasy… Tygrys tak szybko koło mnie przejechał, że go nie zauważyłam. Nagle słyszę:

- Mama! To moja mama!

Z tysiąca głosików rozpoznałabym ten dźwięk! Poniżej Tygrysek się zatrzymał, pokazał pani instruktorce mamę, podeszłam do nich i umówiłam się pod kolejką do wyciągu, że tam wezmę dziecko na przerwę i nakarmię.

Na dole wyjęłam termos, tato rozdzielił bułki i moi narciarze spożyli posiłek. W oczekiwaniu na kolejną lekcję z Madzią spotkałyśmy jej rehabilitanta z przedszkola, pana filipa. Też jest instruktorem, był zadowolony, że Madzia tak ładnie się trzyma na nartach. Chwilę pogadaliśmy… No tak pomyślałam… Cztery lata rehabilitacji w końcu przyniosły owoce. Mamy jeszcze odstające łopatki i niemowlęcy brzuszek, ale powoli, nogi już mamy prościusieńkie, tamto też wyćwiczymy. Nie ma zmiłuj się! Mama nie odpuści. Zrobi wszystko, aby dziewczyna była zdrowa i prosta.

Po obiedzie rozpoczynamy warsztaty radiowe. Tak się akurat złożyło, że w te ferie są warsztaty radiowe. I fajnie! Może Madzia zdobędzie kolejne umiejętności!

Wieczorem kończymy czytać Plastusiowy pamiętnik! Pierwsza zadana lektura szkolna za nami. Zrobiliśmy test czytania Tygryskowi – osiągnął wynik 57 słów na minutę! Tato nie wierzył, ale był dumny ze swojej córci! Na początku roku szkolnego Madzia czytała około 20 23 słów na minutę, teraz podwoiła ten wynik! Moja praca nie poszła na marne!
Czwartek…

Po śniadaniu spieszymy na warsztaty radiowe. Dzieci poznają tajniki pracy z mikrofonem. Po południa będą robiły wywiady z gośćmi hotelowymi. Potem dostaną swoje wywiady na CD. Myślę, że taka zabawa jest przednia. Przed nartami robimy z Tygryskiem na warsztatach torbę ekologiczną. Przyklejamy do niej papierowe serduszka i wstążeczki.

- Patrz, jaką mamy świetną torbę ekologiczną! – Pokazuję tacie z dumą nasze dzieło!

Tato się przygląda, podziwia i mówi:
- Ale te wstążeczki to chyba nie są ekologiczne….

Na nartach mają kolejną ciekawą lekcję!

- Ale było fajnie mamo! Tato już jeździ z kijkami! A ja nie! – Relacjonuje Tygrysek! – Ale i tak lepiej śmigam od niego!

Patrzę na te roziskrzone oczy! Tą radość! Po obiedzie staram się uchwycić na filmiku w telefonie jak Tygrysek zaczepia panią trzymając mikrofon w dłoni i pyta o obiad, czy jej smakował…

W dniu dzisiejszym mieliśmy również niemiłą przygodę! Po obiedzie wracamy długim korytarzem. Madzia szła z przodu. Nagle zaczęła iść bardzo ładnie. Prosto, sprężyście jak prawdziwa młoda dama! Nóżki stawiała niemalże idealnie.

- Patrz jak ładnie idzie! – Szepnęłam tacie do ucha…

- Tak! – Przyznał mi rację!

I w tym momencie było wielkie i głośnie „bum”. Tygrys na naszych oczach zderzył się z filarem, tak mocno, że aż się odbił! Tato pochwycił w ramiona naszego szaleńca i tulił i szybko niósł do pokoju. W pokoju do rosnącego guza przykładaliśmy zimne butelki z wodą!

- Madziu! Ty szaleńcu! Myślałam, że chodzenie z zamkniętymi oczami mamy już poza sobą!

Niestety myliłam się! Tygrys wciąż ma różne pomysły! Już ćwiczył bieganie z zamkniętymi oczami! Już miał guzy ponabijane, ale nabija je sobie dalej…

Wieczorem w Tężni uczę Tygryska grać w „państwa i miasta”. Tygrys jeszcze nie pisze wprawnie. Ja notuję jego wyrazy. Biedaczysko wiedzy nie ma tak rozległej jak mama, więc państw i miast często mu brakuje. Pytam się wówczas:

- Poddajesz się czy idziesz zdobyć informację??

- Idę!

I pytał się innych gości hotelowych o miasto czy państwo na daną literę. Potem się zrobiło tak fajnie, że jeszcze w jacuzzi bawiłam się z inną rodziną w zgadywanie państw, czy zwierząt na daną literę! Tygrys z tatą bawił się w soli.
Piątek…
Budzimy się… Spieszymy na śniadanie. O godzinie dziewiątej minut trzydzieści zaczynają się warsztaty radiowe. Tym razem dzieci robią instrumenty muzyczne. Ciekawość mnie zżarła i poszłam zobaczyć, jakie i jak? Dzieci robiły grzechotki i tamburyny. Tworzywem były kubeczki, bibułki, serwetki, kolorowe papiery, wstążeczki, jednorazowe talerze – groch i ryż. Pomysł wspaniały, zabawa przednia!
Po warsztatach próbuję Tygryska zagonić do czytania. Czyta z ociąganiem „ Wróbelka Elemelka”. Sprawdzamy ilość przeczytanych słów na minutę – wynik 53. Myślę, że nie źle. Ręce mu się wyciągają do książki Klubu Tiary – Księżniczka Lauren i diamentowa kolia. W końcu odpuszczam i pozwalam się Madzi zagłębiać w przygody księżniczki Lauren. Tą książkę czyta sobie dziecko po cichu. Nie wiem czy wszystko, nie wiem czy dobrze?? Po powrocie do domu muszę ją poczytać i wówczas popytam Tygryska o przygody księżniczki.

O dwunastej Tygrys z tatą pędzą na zajęcia plastyczne – wracają ze wspaniałymi bałwankami zrobionymi z papieru i waty. Po tym szybko na stok! Dziś ostatnia lekcja jazdy na nartach.

Na obiad idę sama… Czekam na moich szaleńców; w końcu są. Tygrys szczęśliwy wbiega do restauracji trzymając dyplom ukończenia kursu narciarskiego. Duma i radość tryskają mu oczami i buzią. Od razu chwali mi się dyplomem! Rosnę kolejne kilka cm…
- To Madzia już tak jeździ na nartach??
- Taak! – Odpowiada tato.
- Śmigam! Śmigam szybciej od taty!
- Naprawdę??
- Tak! Madzia jeździ dobrze! Ma mocne nogi i narty jej słuchają!
Przytuliłam moje Szczęście! Ale super!
Po obiedzie na kolejnych warsztatach radiowych dzieci robią maski. Gdy idę po Tygryska wita mnie wspaniała panda.
Wieczorem myjemy włosy… Uuuu… Mamy kilka rodzajów zatyczek do uszu. Wybieram jedne. Trochę się boję, ale muszę umyć Madzi głowę przed obozem tanecznym. Wiem, że już trzy dni po antybiotyku znowu mamy „gile”. Nic takiego nie zrobiliśmy! Tygrys w wypaśnym Aquaparku tylko w Tężni czyta lub gra w „państwa miasta” z mamą lub buduje zamki z soli w grocie solnej z tatą.


Sobota…

Ostatni dzień! Szkoda! Tyle jeszcze chcieliśmy tu zrobić! Dzisiaj na warsztatach dzieci miksują utwory. Bawią się w DJ. Po warsztatach Tygrys i tato zwiewają na stok. Chcą pośmigać z górki na pazurki! Ile ja bym dała, aby z nimi tak pobrykać! Nie mogę, zostaję i siadam w pokoju do laptopa. Co jakiś czas moi kochani do mnie dzwonią i negocjują, że chcą jeszcze, jeszcze i jeszcze…

Po obiedzie była zabawa i zakończenie warsztatów radiowych dla dzieci. Kupiłam Tygryskowi nową bluzeczkę, rozpuściłam mu włosy, uczesałam i idziemy… Chwilę przed wejściem do windy Tygrysek zaczął świrować:

- Po co mi czesałaś te włosy! Nie mam takich ładnych loków! Zobacz, jakie mam loki! Brzydkie! Nie chcę takich loków. Co mi zrobiłaś! No, co! No…

Uuuu… Tygrys rzucał się jak wesz na grzebieniu! I o co? O loki w wieku 7 lat??? Ciśnienie mi podskoczyło!

- O nie! Tak to nie będzie! Dziecko! Nie będzie takiego zachowania! Nie podoba ci się to nie idziemy! Wracamy!

Tygrys w te pędy zaczął przepraszać! Prosił, że chce iść, korzył się… Chwilę z tatą negocjowaliśmy:

- Dobrze, idziesz na zabawę potem masz karę! Takiego zachowania nie można tolerować.

Naburmuszona panna poszła na zabawę. Na zabawie zaliczyła kolejną pyskówkę. Czekałyśmy na płytkę z nagraniami po zabawie. Pytam Madzi:

- Chcesz się napić??

- Tak! Przynieś mi! – Rzuciła panna i zajmowała się dalej sobą!

Uuuu… Powtórka z rozrywki??? Nagadałam jej! W tym czasie kelner zwinął dystrybutor soków, tak, więc Tygrysek na picie się nie załapał. W pokoju najpierw nagadaliśmy małej pannie, potem posadziliśmy Tygrysa na karę! Siedział godzinę nic nie robiąc. Ja się wyciągnęłam na łóżku i czytałam książkę, tato poszedł do Aquaparku. Tygrysek siedział najpierw hardo, potem trochę miał łezki w oczach, potem przeprosił i obiecał, że się zmieni!

Zobaczymy…


Niedziela…

Rano obudziło się nowe - lepsze dziecko! Szybko się ubrało, zjadło śniadanie i o dziewiątej panna była już w busiku gotowa do jazdy na nartach. Pogoda dzisiaj jest nadzwyczaj piękna!

Po powrocie moi mili nie potrafili określić ile razy zjechali – raz było 8 raz 12 razy?? Nie potrafili też określić ile razy się wywalili. Jeden orzeł Tygryska tato przyuważył, zobaczył, że Madzia leży obok trasy:
- Wywaliłaś się??
- Nie, ja tylko chciałam odpocząć! Specjalnie to zrobiłam…
Tygrysowi też nie podobało się, że tato nie szaleje na nartach tak jak ona!

- Szybciej tato jedź! Szybciej!
Na szczęście tato dysponował karnetami do kolejki, więc nasz mały szaleniec czekał na tatę i bilet. Po nartach wrócili oboje bardzo zadowoleni. Ja spakowałam nasze bagaże i jak zwykle spieszyliśmy się, aby odwieźć Madzię niedaleko Karpacza na obóz taneczny. Tygrysek zadowolony wszedł na salę do koleżanek. Pan Jarek przejął jego bagaże. Daliśmy kieszonkowe dla Madzi opiekunowi grupy… I odeszliśmy. Tygrysek nawet nie podleciał do nas, aby się pożegnać. Był szczęśliwy, że już jest na obozie.
A my… Wsiedliśmy do auta, pojechaliśmy na krótką wycieczkę, zjedliśmy dobry obiad w Pałacu Na Wodzie, wróciliśmy do pustego domu i… I zaczęliśmy tęsknić. Taki pusty dom… Nie ma szczebiotu, nie ma naszego Broja! Szkoda…