środa, 26 lutego 2014

Pierwsze ferie


Gdy Tygrysek był w przedszkolu, to zabieraliśmy go na wyjazdy jak tylko był w miarę zdrowy i w pracy mieliśmy luz albo w pobliżu, gdzie mieliśmy zlecenie był fajny teren do wypoczynku. Teraz już musimy wyjeżdżać wtedy, kiedy są ferie w szkole. Szkoda. Ale cóż, lata lecą i Madzia musi się przede wszystkim uczyć, lub przynajmniej chodzić do szkoły jak tylko jest zdrowa…
Na pierwsze ferie wybraliśmy sprawdzonego „Gołębia” w Karpaczu. Zima w tym roku jest wciąż łagodna, więc śniegu nie ma ani na lekarstwo! Postanowiliśmy, że będziemy spędzać sporo czasu na spacerach w górach i w Aquaparku. Baseny odpadły… Ledwo Tygrysek poszedł na basen w szkole a już kolejnego dnia mieliśmy ostre zapalenie ucha środkowego. Tym razem prawego. Buuu… Co jest z Tygrysem, że tak choruje! Dlaczego, panna wyglądająca jak pożądany przez wielu okaz zdrowia, co i rusz jest na antybiotyku???
  


Sobota…
W sobotę naszą „Bladą buźkę” wpakowaliśmy wraz całym ekwipunkiem do auta i wyruszyliśmy w góry. Teraz jesteśmy fanami Pana Samochodzika i w podróży słuchamy powieści „Księga strachów”. Tym razem uważając na drogę rozwiązujemy zagadki szachownic. Na miejsce dojechaliśmy bez przygód i otrzymaliśmy pokój z cudownym widokiem – kosmicznymi talerzami na Śnieżce. Pogoda – prawie 10 stopni Celsjusza – a to połowa lutego jest!
Po obiedzie tato z Tygrysem udają się na spacer do zapory, a ja wypoczywam po podróży. Siedzenie w aucie nie służy mi. Po zmroku idę z Tygryskiem na zabawę dla dzieci. Najpierw Tygrys zamiast przyłączyć się do zabawy poszukiwał towarzystwa. Nie wyłonił odpowiedniej koleżanki i już miał strzelać fochy, ale w porę zorientowałam się, złapałam Tygrysa za rękę i powiadam:

- No dobrze Madziu… Pomogę ci w poszukiwaniu koleżanki. Chodź, pójdziemy szukać po całym hotelu. Zwiedzimy wszystkie zakamarki a dzieci niech się bawią. Ty stracisz czas na poszukiwaniach…
Tym razem to podziałało! Tygrys szybko zrozumiał, zorientował się w sytuacji i powiedział, że che się bawić i tańczyć, że już nikogo nie będzie szukał. I dobrze, dołączył do dzieci na parkiecie, porzucił poszukiwania i doskonale się bawił!
Wieczorem w tężni siedziałyśmy i Madzia czytała Plastusiowy pamiętnik – na ferie pani zadała dzieciom lekturę do przeczytania! Tato zrzucał brzuszek na basenie.

Kolację chcieliśmy zjeść w zielonej restauracji- o zgrozo, jedliśmy chyba ze dwie godziny – bo nie mogliśmy dopaść kelnera, aby podał nam karty a potem, aby złożyć zamówienie!

Niedziela…
Wstaliśmy późno! Za oknem wieje! Jest szaro i buro. Zanosi się na deszcz! Jemy długo śniadanie. Nie ma mowy o wyjeździe na Kopę. Idziemy do Karpacza na spacer.

Tygrysek lubi robić zdjęcia. Ma swój aparacik i pstryka. Najchętniej fotografuje przyrodę. Zbiega do kaczek na zaporze i nie ma mowy, aby po kilku zdjęciach do nas wrócił. Prawie włazi do wody!

Ponieważ dzisiejsza aura nas nie rozpieszcza, postanawiamy pojeździć na Kolorowej na sankach. Tygrys uwielbia takie szaleństwo! Tato zalicza z nim dwa przejazdy, na trzeci załapuje się mama. Mama, kobieta ostrożna, jedzie według Tygrysa zbyt wolno!

- Nie hamuj! Szybciej! Szybciej! No, co ty robisz?! Nie hamuj!

I… Kolejne zjazdy były tylko dla taty, bo mama „nie umie”.

Po saneczkach pochodziliśmy to tu, to tam, to na czekoladę… Uuuu… Mamusia grzane winko na poprawę humoru, tatuś kawkę espresso, Tygrysek czekoladę, to znowu tatuś winko, mamusia kawkę i torcik orzechowy a Tygrysek wciął cukier w kostkach. Dosłodzeni do granic możliwości udaliśmy się na poszukiwanie kolejnej atrakcji. Zwiedziliśmy „Karkonoskie tajemnice”, ale tak po łepkach, bo spieszyliśmy się jak zwykle i żeby zdążyć na obiad musieliśmy wsiąść w taksówkę. Zawsze nam brakuje czasu! Obiad podziobaliśmy, no, bo jak można coś zmieścić do brzuszka, w którym pływa tyle słodkości???

Aby zrobić miejsce na kolację udajemy się do parku wodnego. Dziewczyny w tężni dalej czytają lekturę a tato walczy z brzuszkiem. Po jakimś czasie tato przejmuje pieczę nad córcią a mama udaje się relaks. W celu poprawy kondycji Tygryska tato siedzi z nim w grocie solnej i puszcza go w samopas. Madzia bawi się solą i nie wiem, jakim cudem cała bluza od dresu jest umazana czymś czarnym? No piękne! I co teraz?? Czy to się wypierze??

Nasze ulubione miejsce wypoczynku jak zwykle znowu nas pozytywnie zaskoczyło – jest pralnia, są pralki, pakujemy nasze pranie i bluza jest jak nowa! Hurra!
W dniu dzisiejszym Tygrys strasznie się fochował, puszył i pyskował. Ostrzegałam go wiele razy, że w końcu dosięgnie go kara. Jakoś do samego wieczora udawało mu się, ale już przed samym zgaszeniem świateł znowu coś wymyślił, wyskoczył z łóżka, po czym wskoczył powtórnie tarabaniąc się po mnie jak słonica! Nie wytrzymałam. Dosięgła Tygrysa kara za całe dzisiejsze pyskowanie! Koniec! Tygrys wylądował na krześle, miał nic nie robić! Najgorszą karą dla naszego dziecka to nuda. I tak właśnie miało być! 5 pełnych minut siedzenia na krześle bez książki, bez rozmowy, bez niczego! Madzia próbowała wciągnąć mnie w pogawędkę, ale jakoś nie dałam się wkręcić i kara podziałała! Zobaczymy czy na długo???

Poniedziałek…

Budzimy się wcześnie. Pogoda jak drut! Piękne słońce! Po śniadaniu udaliśmy się pod wyciąg na Kopę. Ledwo uszliśmy jakieś 500 m Tygrys zabrzęczał:
- Siku!
Wkurzyłam się! Prosiłam Madzię przed wyjściem, aby się wysikała, ale ta, co tam, zagrała mi w duchu na nosie i teraz musi być siku. I to jak przystało na Tygrysa, szybko tu i teraz, bo inaczej to „się zleję”.
- Dobra, idźcie!
Tato i Tygrys przeszli na drugą stronę drogi i… Tygrys, nim tato gapa się zorientował, po kolana wpadł do błota! Wkurzyłam się jeszcze mocniej! I co teraz mamy zrobić?? Wracać do hotelu?? Tygrys przyjął na klatę burę! Tacie też się oberwało i ruszyliśmy dalej. Tygrys ubłocony po kolana!

Pod wyciągiem nie było zbyt długiej kolejki. Szybko rozpoczęliśmy nasz wjazd na górę. Pod nami narciarze… Ale mają fajnie! Żal nam się z pyska lał! My też tak chcemy! Ale cóż – nasz sprzęt narciarski i ocieplacze spokojnie starzeją się w szafie, bo cóż, nie ma zimy i śniegu jak na lekarstwo, a tu na naśnieżonym stoku takie wspaniałe warunki są!

Na Kopie jak zwykle o tej porze jest biało i Śnieżka cała biała! Pogoda cudna! Idziemy na Śnieżkę! Tato i Tygrys zadowoleni. Mama ambitnie podejmuje wyzwanie! A co tam! Da radę wejść na szczyt! Ale w 1/4 lub może 1/3 mama zawraca. Chce zabrać w dół Tygryska, ale Madzia ani myśli wrócić z mamą do schroniska. Szlak jest oblodzony i mama oczami wyobraźni widzi swoje dziecko jak spada w dół ze skał… Wystarczy chwila nieuwagi! Nie ma mowy! Tato i Tygrys postanawiają zdobyć szczyt! 

No cóż…Wróciłam do schroniska. Schodziłam ostrożnie. Mam do operacji kręgosłup i niepozorny upadek może dla mnie być tragiczny. Obok mnie schodził młody chłopak i za mną też! Trzymaliśmy się łańcuchów i zaliczyłam tylko jednego zająca. Ze dwa razy młody człowiek uratował mnie przed upadkiem i szczęśliwie dobrnęłam do schroniska. Aby odpędzić czarne myśli wypiłam herbatkę z rumem i czekałam… Czekałam i tęskniłam. W końcu za oknem pojawili się! Tato prowadził Tygrysa za rękę! Wrócili cali! Hurra!

- Całą drogę z góry zjechała na pupie!
- Kurtka cała?
- Cała!- To dobrze!
Madzia z przejęciem, szczęśliwa opowiadała jak było, jak na górze zjadła dwie bułki, ciastko, popiła... I w końcu padło „siku”. Tato poszedł do toalety z córcią, wrócili jednak z nietęgimi minami, tato niósł spodnie w ręku…
- Mamo! Dupsko mam całe czerwone… I mokre…
Dotknęłam Tygrysa… Uuuuu… Wszystko mokre! Łącznie z podkoszulką! Cholera! Dupsko zimne i czerwone! Co teraz???
- Myślałem, że się posikała, ale Madzia już jest w wieku, że nie sika! – Rzekł tato. - Pójdę posuszyć spodnie!
Ja próbowałam jakimś cudem ogrzać i wysuszyć Madzię. Taki człowiek stary jest i wciąż głupi! Ocieplacze parcieją w szafie a dziecko nie ma, w czym biegać po śniegu! Mama gapą jest! Ale tato też!
Postanowiliśmy kupić chustę w schronisku. Owinęliśmy nią pupę Tygryska, założyliśmy podsuszone ubrania i wyruszyliśmy w drogę powrotną, bez żadnych dodatkowych atrakcji, byleby jak najszybciej Tygryska przebrać. Po obiedzie tato pobiegł do sklepów kupić ocieplacze, bo rodzina „Adamsów” postanowiła, że ma ochotę pojeździć na nartach, skoro jest gdzie!
Wieczorem, dzień pełen przygód zakończyliśmy pizzą w pokoju. Kucharz zbyt cienko rozwałkował ciasto i wszystko nam spadało! Niemniej szczęśliwi udaliśmy się do łóżek! W końcu przeżyliśmy kolejny ciekawy dzień i mamy widoki na kolejne takie dni!
Sprzęt narciarski dla Tygrysa i taty czeka gotowy. Jutro zaczynają zjazdy na Kopie od 10…

Wtorek…

Bez problemu nasze piękne oczy rano się obudziły. Sprawnie się ubrały. Dosyć sprawnie zjadły śniadanie i już przed dziewiątą Madzia zakładała swoje spodnie narciarskie. Wyszła w nich na taras, spojrzała z dołu na Śnieżkę i rzekła z radością:
- I pomyśleć, że wczoraj tak wysoko weszłam! Ale fajnie!

Poszłam z nimi do przechowalni sprzętu narciarskiego… Patrzyłam z lekką zazdrością jak się ubierali w buty narciarskie, jak z ich oczu kipiała radość! Szkoda, że ja nie mogę już pojeździć… Szkoda! Jeden upadek na łyżwach i tyle furtek się zamknęło! Ale dobrze, że chociaż tato i Tygrys mają pełen wypas – ocieplacze, sprzęt, instruktorów, busik pod skok i busik z powrotem. Mnie znowu pozostaje czekanie…

Czekając notuję nasze przygody. Po kilku dniach o nich zapomnimy, ale jeżeli zanotuję, to po paru latach będzie to dla nas niesamowita lektura. Przecież dzisiejszej pogody, dzisiejszego dnia nie zapamiętamy, jeżeli go nie zapiszę!

W pewnym momencie dzwoni telefon! Uciekł im busik, ale są tak zadowoleni, że co tam! Tygrys chce jeszcze! Jutro dwie godziny z panią! Słucham najwspanialszego szczebiotu! Serce mi rośnie! Tygrys zjechał z jednej trasy na Kopie! Pokonał trasę, która wczoraj wydawała się dla mnie nie do pokonania dla mojego dziecka! Brawo! Brawo Tygrysku!

W nagrodę Tygrysek jeszcze raz zaliczył „Karkonoskie tajemnice”. Ta wystawa się dziecku mocno podoba. Tym razem poszedł sam!
- Ile mam?
- Godzinę, potem wracamy!
Po godzinie Tygryska nie ma! Mijają kolejne minuty, my czekamy, a nasze dziecko bawi się w podziemiach w najlepsze! W końcu prosimy panią z obsługi, aby przyprowadziła naszego „Broja”. Szczęśliwy Brój prosi o jeszcze raz… W nagrodę dostaje książeczkę „Legendy o Duchu Gór”.


Środa…

Rano śniadanie, potem narty… Dziś robię moim kochanym niespodziankę. W przerwie między lekcjami Tygryska zjawiam się na stoku z termosem ciepłej herbatki. Wdrapuję się do góry obok trasy… Tygrys tak szybko koło mnie przejechał, że go nie zauważyłam. Nagle słyszę:

- Mama! To moja mama!

Z tysiąca głosików rozpoznałabym ten dźwięk! Poniżej Tygrysek się zatrzymał, pokazał pani instruktorce mamę, podeszłam do nich i umówiłam się pod kolejką do wyciągu, że tam wezmę dziecko na przerwę i nakarmię.

Na dole wyjęłam termos, tato rozdzielił bułki i moi narciarze spożyli posiłek. W oczekiwaniu na kolejną lekcję z Madzią spotkałyśmy jej rehabilitanta z przedszkola, pana filipa. Też jest instruktorem, był zadowolony, że Madzia tak ładnie się trzyma na nartach. Chwilę pogadaliśmy… No tak pomyślałam… Cztery lata rehabilitacji w końcu przyniosły owoce. Mamy jeszcze odstające łopatki i niemowlęcy brzuszek, ale powoli, nogi już mamy prościusieńkie, tamto też wyćwiczymy. Nie ma zmiłuj się! Mama nie odpuści. Zrobi wszystko, aby dziewczyna była zdrowa i prosta.

Po obiedzie rozpoczynamy warsztaty radiowe. Tak się akurat złożyło, że w te ferie są warsztaty radiowe. I fajnie! Może Madzia zdobędzie kolejne umiejętności!

Wieczorem kończymy czytać Plastusiowy pamiętnik! Pierwsza zadana lektura szkolna za nami. Zrobiliśmy test czytania Tygryskowi – osiągnął wynik 57 słów na minutę! Tato nie wierzył, ale był dumny ze swojej córci! Na początku roku szkolnego Madzia czytała około 20 23 słów na minutę, teraz podwoiła ten wynik! Moja praca nie poszła na marne!
Czwartek…

Po śniadaniu spieszymy na warsztaty radiowe. Dzieci poznają tajniki pracy z mikrofonem. Po południa będą robiły wywiady z gośćmi hotelowymi. Potem dostaną swoje wywiady na CD. Myślę, że taka zabawa jest przednia. Przed nartami robimy z Tygryskiem na warsztatach torbę ekologiczną. Przyklejamy do niej papierowe serduszka i wstążeczki.

- Patrz, jaką mamy świetną torbę ekologiczną! – Pokazuję tacie z dumą nasze dzieło!

Tato się przygląda, podziwia i mówi:
- Ale te wstążeczki to chyba nie są ekologiczne….

Na nartach mają kolejną ciekawą lekcję!

- Ale było fajnie mamo! Tato już jeździ z kijkami! A ja nie! – Relacjonuje Tygrysek! – Ale i tak lepiej śmigam od niego!

Patrzę na te roziskrzone oczy! Tą radość! Po obiedzie staram się uchwycić na filmiku w telefonie jak Tygrysek zaczepia panią trzymając mikrofon w dłoni i pyta o obiad, czy jej smakował…

W dniu dzisiejszym mieliśmy również niemiłą przygodę! Po obiedzie wracamy długim korytarzem. Madzia szła z przodu. Nagle zaczęła iść bardzo ładnie. Prosto, sprężyście jak prawdziwa młoda dama! Nóżki stawiała niemalże idealnie.

- Patrz jak ładnie idzie! – Szepnęłam tacie do ucha…

- Tak! – Przyznał mi rację!

I w tym momencie było wielkie i głośnie „bum”. Tygrys na naszych oczach zderzył się z filarem, tak mocno, że aż się odbił! Tato pochwycił w ramiona naszego szaleńca i tulił i szybko niósł do pokoju. W pokoju do rosnącego guza przykładaliśmy zimne butelki z wodą!

- Madziu! Ty szaleńcu! Myślałam, że chodzenie z zamkniętymi oczami mamy już poza sobą!

Niestety myliłam się! Tygrys wciąż ma różne pomysły! Już ćwiczył bieganie z zamkniętymi oczami! Już miał guzy ponabijane, ale nabija je sobie dalej…

Wieczorem w Tężni uczę Tygryska grać w „państwa i miasta”. Tygrys jeszcze nie pisze wprawnie. Ja notuję jego wyrazy. Biedaczysko wiedzy nie ma tak rozległej jak mama, więc państw i miast często mu brakuje. Pytam się wówczas:

- Poddajesz się czy idziesz zdobyć informację??

- Idę!

I pytał się innych gości hotelowych o miasto czy państwo na daną literę. Potem się zrobiło tak fajnie, że jeszcze w jacuzzi bawiłam się z inną rodziną w zgadywanie państw, czy zwierząt na daną literę! Tygrys z tatą bawił się w soli.
Piątek…
Budzimy się… Spieszymy na śniadanie. O godzinie dziewiątej minut trzydzieści zaczynają się warsztaty radiowe. Tym razem dzieci robią instrumenty muzyczne. Ciekawość mnie zżarła i poszłam zobaczyć, jakie i jak? Dzieci robiły grzechotki i tamburyny. Tworzywem były kubeczki, bibułki, serwetki, kolorowe papiery, wstążeczki, jednorazowe talerze – groch i ryż. Pomysł wspaniały, zabawa przednia!
Po warsztatach próbuję Tygryska zagonić do czytania. Czyta z ociąganiem „ Wróbelka Elemelka”. Sprawdzamy ilość przeczytanych słów na minutę – wynik 53. Myślę, że nie źle. Ręce mu się wyciągają do książki Klubu Tiary – Księżniczka Lauren i diamentowa kolia. W końcu odpuszczam i pozwalam się Madzi zagłębiać w przygody księżniczki Lauren. Tą książkę czyta sobie dziecko po cichu. Nie wiem czy wszystko, nie wiem czy dobrze?? Po powrocie do domu muszę ją poczytać i wówczas popytam Tygryska o przygody księżniczki.

O dwunastej Tygrys z tatą pędzą na zajęcia plastyczne – wracają ze wspaniałymi bałwankami zrobionymi z papieru i waty. Po tym szybko na stok! Dziś ostatnia lekcja jazdy na nartach.

Na obiad idę sama… Czekam na moich szaleńców; w końcu są. Tygrys szczęśliwy wbiega do restauracji trzymając dyplom ukończenia kursu narciarskiego. Duma i radość tryskają mu oczami i buzią. Od razu chwali mi się dyplomem! Rosnę kolejne kilka cm…
- To Madzia już tak jeździ na nartach??
- Taak! – Odpowiada tato.
- Śmigam! Śmigam szybciej od taty!
- Naprawdę??
- Tak! Madzia jeździ dobrze! Ma mocne nogi i narty jej słuchają!
Przytuliłam moje Szczęście! Ale super!
Po obiedzie na kolejnych warsztatach radiowych dzieci robią maski. Gdy idę po Tygryska wita mnie wspaniała panda.
Wieczorem myjemy włosy… Uuuu… Mamy kilka rodzajów zatyczek do uszu. Wybieram jedne. Trochę się boję, ale muszę umyć Madzi głowę przed obozem tanecznym. Wiem, że już trzy dni po antybiotyku znowu mamy „gile”. Nic takiego nie zrobiliśmy! Tygrys w wypaśnym Aquaparku tylko w Tężni czyta lub gra w „państwa miasta” z mamą lub buduje zamki z soli w grocie solnej z tatą.


Sobota…

Ostatni dzień! Szkoda! Tyle jeszcze chcieliśmy tu zrobić! Dzisiaj na warsztatach dzieci miksują utwory. Bawią się w DJ. Po warsztatach Tygrys i tato zwiewają na stok. Chcą pośmigać z górki na pazurki! Ile ja bym dała, aby z nimi tak pobrykać! Nie mogę, zostaję i siadam w pokoju do laptopa. Co jakiś czas moi kochani do mnie dzwonią i negocjują, że chcą jeszcze, jeszcze i jeszcze…

Po obiedzie była zabawa i zakończenie warsztatów radiowych dla dzieci. Kupiłam Tygryskowi nową bluzeczkę, rozpuściłam mu włosy, uczesałam i idziemy… Chwilę przed wejściem do windy Tygrysek zaczął świrować:

- Po co mi czesałaś te włosy! Nie mam takich ładnych loków! Zobacz, jakie mam loki! Brzydkie! Nie chcę takich loków. Co mi zrobiłaś! No, co! No…

Uuuu… Tygrys rzucał się jak wesz na grzebieniu! I o co? O loki w wieku 7 lat??? Ciśnienie mi podskoczyło!

- O nie! Tak to nie będzie! Dziecko! Nie będzie takiego zachowania! Nie podoba ci się to nie idziemy! Wracamy!

Tygrys w te pędy zaczął przepraszać! Prosił, że chce iść, korzył się… Chwilę z tatą negocjowaliśmy:

- Dobrze, idziesz na zabawę potem masz karę! Takiego zachowania nie można tolerować.

Naburmuszona panna poszła na zabawę. Na zabawie zaliczyła kolejną pyskówkę. Czekałyśmy na płytkę z nagraniami po zabawie. Pytam Madzi:

- Chcesz się napić??

- Tak! Przynieś mi! – Rzuciła panna i zajmowała się dalej sobą!

Uuuu… Powtórka z rozrywki??? Nagadałam jej! W tym czasie kelner zwinął dystrybutor soków, tak, więc Tygrysek na picie się nie załapał. W pokoju najpierw nagadaliśmy małej pannie, potem posadziliśmy Tygrysa na karę! Siedział godzinę nic nie robiąc. Ja się wyciągnęłam na łóżku i czytałam książkę, tato poszedł do Aquaparku. Tygrysek siedział najpierw hardo, potem trochę miał łezki w oczach, potem przeprosił i obiecał, że się zmieni!

Zobaczymy…


Niedziela…

Rano obudziło się nowe - lepsze dziecko! Szybko się ubrało, zjadło śniadanie i o dziewiątej panna była już w busiku gotowa do jazdy na nartach. Pogoda dzisiaj jest nadzwyczaj piękna!

Po powrocie moi mili nie potrafili określić ile razy zjechali – raz było 8 raz 12 razy?? Nie potrafili też określić ile razy się wywalili. Jeden orzeł Tygryska tato przyuważył, zobaczył, że Madzia leży obok trasy:
- Wywaliłaś się??
- Nie, ja tylko chciałam odpocząć! Specjalnie to zrobiłam…
Tygrysowi też nie podobało się, że tato nie szaleje na nartach tak jak ona!

- Szybciej tato jedź! Szybciej!
Na szczęście tato dysponował karnetami do kolejki, więc nasz mały szaleniec czekał na tatę i bilet. Po nartach wrócili oboje bardzo zadowoleni. Ja spakowałam nasze bagaże i jak zwykle spieszyliśmy się, aby odwieźć Madzię niedaleko Karpacza na obóz taneczny. Tygrysek zadowolony wszedł na salę do koleżanek. Pan Jarek przejął jego bagaże. Daliśmy kieszonkowe dla Madzi opiekunowi grupy… I odeszliśmy. Tygrysek nawet nie podleciał do nas, aby się pożegnać. Był szczęśliwy, że już jest na obozie.
A my… Wsiedliśmy do auta, pojechaliśmy na krótką wycieczkę, zjedliśmy dobry obiad w Pałacu Na Wodzie, wróciliśmy do pustego domu i… I zaczęliśmy tęsknić. Taki pusty dom… Nie ma szczebiotu, nie ma naszego Broja! Szkoda…



 

piątek, 24 stycznia 2014

Nad morzem po odporność


Po chorobie Tygryska postanowiłam wywieźć go nad morze. Pani wychowawczyni się zgodziła, zapisała nawet w zeszycie kontaktowym, jaki materiał będzie obowiązywał dziecko po powrocie z wypoczynku… No tak, jest szkoła, więc laba skończona. Tym razem trafił się grupon do hotelu Aurora w Międzyzdrojach.
W sobotę rano wyruszyliśmy nad morze. (Pogoda… Zima roku 2013/2014 jest wyjątkowo łagodna. Piękny słoneczny dzień. Temperatura – plus 10 stopni Celsjusza.) Droga umykała nam szybko. Słuchaliśmy „Gry o tron”. Nie mam pojęcia jak sobie radzi tata za kierownicą. My słuchając przenosimy się w inny wymiar… A gdy padają słowa „ idzie zima” – powieki bezwiednie opadają. Niemniej nasz wprawny kierowca dowiózł nas bezpiecznie do celu. Okazało się, że mieszkamy w samym centrum kurortu. Ledwo przyjechaliśmy na miejsce to już pognaliśmy na molo i na plażę. Tygrys kocha nasze morze. Nie zraża go zimno! Co jakiś czas pytał:
- Kiedy wejdziemy do wody??
- Jak tylko się do tego przygotujemy!
- Mogę wejść dotąd?? (Tygrys pokazuje pas.)
- Po pas?? Dobrze! Jak dasz radę to dobrze! – Odpowiadam zaskoczona zapędami mojego dziecka.
I rzeczywiście, od początku mieliśmy postanowienie, że jeżeli tylko zdążymy, zanurzymy w Bałtyku nogi… Zobaczymy, czy nam się to uda??? To znaczy tato i Tygrys, bo mama, nawet za dopłatą do Bałtyku nie wchodzi, nigdy, nawet jak z nieba leje się żar!
Obiadokolacja jest miedzy godziną 17 – 19. Uuuu… Trafiliśmy na dobrą kuchnię. Chyba najlepszą jaką do tej pory jedliśmy nad naszym morzem. Obżeramy się do granic możliwości. Do pełnych brzuszków dodajemy kolejnego ptysia. Pyszne są!
Po kolacji idziemy na basen… Tygrysek nie może pływać, bawi się z innymi dziećmi w brodziku. Wieczorem po kąpieli młócimy telewizor. Skaczemy po kanałach w zasadzie niczego nie wybierając.

Niedziela…W niedzielę budzi nas telefon parę minut po siódmej… Dodajemy sobie jeszcze pół godziny i wstajemy, bo „szkoda dnia”. Nawet nie mogę zjeść do końca śniadania, bo tato nas popędza:
- Idziemy już?!
Wkurzyłam się! Ja przyjechałam tu wypocząć a nie biegać jak pies z wywieszonym językiem! Nadyrdałam na niego! Mam nadzieję, że do końca wyjazdu zwolni i trochę wypoczniemy. Może nie zobaczymy wszystkich atrakcji okolicy, ale wypoczniemy!
Po nagadaniu tacie wyruszamy na spacer wzdłuż plaży. Dziś chcemy zobaczyć z bliska wybrzeże klifowe. Zaopatrzyłam się w reklamówkę pieczywa aby Madzia mogła pokarmić mewy. Tą niespodzianką sprawiłam jej ogromną radość. Dziecko uwielbia jak ptaki łapią w powietrzu kęski bułki.
Sporo ludzi spacerowało wzdłuż wybrzeża. Na tym tle wyróżniał się jednak mój Tygrysek!  Wesoło szczebiotał, wyławiał muszelki z wody, biegał w tę i z powrotem. Nic sobie nie robił z przestróg, że zamoczy buty… Ręce miał lodowate, mankiety kurtki mokre, buty pełne piachu – ale był w swoim żywiole! Jak tylko pojawiły się schody – pierwszy na nie się wdrapał! Poczytaliśmy drogowskazy. Na Kawczej górze było już jękniecie o jedzenie. Bułka zniknęła jak należy! Kolejną atrakcją miała być zagroda żubrów. Niestety była zamknięta. W zamian poszliśmy zobaczyć byłe stanowiska artyleryjskie na Białej Górze. Przez piękny bukowy las ścieżka wiodła zakosami wokół pozostałości po dawnych urządzeniach. Kiedyś szkolili się tu młodzi chłopcy, potem Niemcy bronili stąd wybrzeża. W zasadzie są to tylko pozostałości po dawnych fortyfikacjach i bunkrach, ale widok na morze jest przepiękny!  W drodze powrotnej do hotelu zwiedzamy gabinet figur woskowych. Nigdy w czymś takim nie byliśmy. Postacie owszem są znane, ale nie są, albo inaczej, nie wyglądają jak prawdziwe. To taka trochę ściema!
W hotelu czeka na nas kawa i ciasto… Brzuchy rosną… Na obiadokolację trudno wybrać dla siebie danie. I to kusi, i to chciałoby się zjeść! A desery… Dobrze, że jesteśmy tu tylko tydzień!
Po obiadokolacji Tygrys katuje skrzypce. Ostatnio nie ćwiczył, więc pani poprosiła, aby zabrać nad morze instrument i na nim ćwiczyć. W ten sposób wieczorami mamy koncert rzępolenia, choć czasami daje się słyszeć jakiś fragment muzyki.
Po muzyce korzystamy z klubu. Tam gramy w bilard i… I gramy w gry na Play Station! I to jak gramy! Wesoło! Jakiś tam ludek ledwo wyszedł, trochę pokicał i stracił swoje życia. W wyścigach nie wzięliśmy udziału, bo nasze auto nie wyjechało z boksu… Udało nam się uruchomić motocykle. Nikt z nas nie wygrał wyścigu, ale emocji było co niemiara. Tygrysek kręcił padem, prawie wpychał go w ekran. Tato ambitnie gonił peleton… A mama. Ta nie wyrabiała na zakrętach i lądowała na barierce.

Poniedziałek… Po śniadaniu wybieramy się do Wisełki. Naszym celem jest latarnia morska Kikut. Po drodze widzimy kierunkowskaz „Gosań”. Mały kierownik wycieczki postanawia, że w dniu dzisiejszym to będzie nasz pierwszy punkt programu. Zatrzymujemy auto i przez malownicze, stare lasy bukowe wdrapujemy się na najwyższe klifowe wzniesienie w Polsce. Warto! Widok na Zatokę Pomorską zapiera dech w piersiach! Dodatkowo wyjrzało słońce zza chmur! Patrzymy z zachwytem na nasze morze. Piękne jest.
Po drodze do latarni zatrzymujemy się przy jeziorku Zatorek. Chwilę kręcimy się po ścieżce przyrodniczej. Mamy dziś fuksa! Spotykamy miejscowych, którzy podpowiadają nam drogę do latarni. Czarny szlak prowadzi nad morze, zbaczamy z niego na czerwony i docieramy do latarni. OK! Miał to być hit dzisiejszej wycieczki, ale okazał się taki sobie. Dobrze, że chociaż droga do niego wiodła przez las, i to piękny las. Wracamy na szlak czarny i idziemy nad morze… A tu… Tu dopiero odkryliśmy hicior dzisiejszego dnia. Piękną, niemalże dziewiczą plażę! Jak tu pięknie! Cicho i spokojnie! Tygrys od razu rzucił się do zbierania muszelek. W zasadzie można je tu zbierać pełnymi garściami! Dziecko nazbierało pół reklamówki, niestety Madzia nie słuchała i zbierała muszelki z małżami, potem cała reklamówka znalazła się w koszu. Nie będę wspominać jak te „muszelki” pachniały po dwóch dniach pobytu w pokoju! Ale wracajmy do plaży. Tak pięknej plaży dawno nie widzieliśmy! Nie chcieliśmy jej opuszczać! Nasze plażowe brykanie przerwał deszcz! Szkoda. Droga do samochodu była długa. Deszcz lał rzęsisty. Parasole odpoczywały w pokoju. W zasadzie mokrzy wróciliśmy do hotelu. Ale banany na buzi mieć będziemy przez długie tygodnie. Takiej plaży, takich zdjęć, takiej przygody z deszczem szybko się nie zapomni! 

Wtorek… Dziś wyruszamy zobaczyć kurort – Świnoujście. W zasadzie kolejny grupon planuję upolować w tym właśnie mieście. Oczywiście wyruszamy bez konkretnego planu podróży. Pierwszy postój robimy przy budowie nowego gazo portu. Budowa jest ogromna a obok niej plaża. Piękna i szeroka. Plaża pełna muszelek, meduz i pięknych widoków. Dodatkowo słońce jest dziś dla nas łaskawe. Kolejny punkt wycieczki – to fort Gerharda. Zwiedzamy go. Tygrysa interesują okopy, działa, ale najchętniej odpaliłby armatę. Potem zwiedzamy latarnię morską. Najwyższą nad Bałtykiem. Madzia żwawo pędzi na górę po 308 schodach. Z góry podziwiamy pracujące portowe dźwigi, żurawie, statki, port, morze i budowę gazo portu.
Do centrum miasta udajemy się korzystając z promu. Przeprawa promowa dla Tygrysa stanowi niesamowitą atrakcję! Szkoda, że tylko tak krótko trwa. Przez całą podróż dziecko siedząc na skrzyni z pasami ratowniczymi obserwuje uważnie poszczególne etapy pracy promu. A ja obserwuję poczynania mojego dziecka. Boję się aby z jednej strony nie wypadło za burtę a z drugiej strony nie spadło do luku, gdzie samochód stoi obok samochodu!
Po dotarciu do Promenady znajdujemy restaurację, w której pani proponuje nam dorsza, ponoć dzisiaj w nocy złowiony! Pominę milczeniem rachunek jaki przyszło nam zapłacić za trzy filety z dorsza, dwie porcje frytek i jedną szklankę soku i kubek wrzątku… Po takim obiadku udajemy się na plażę. I tu, ledwo się pojawiliśmy to łabędzie wyłowiły z tłumu naszego Tygryska, opuściły morze i w te pędy przystąpiły do szturmowania dziecka. Widok był przekomiczny! Tygrys nic nie miał! Łabędzie dosyć natarczywie domagały się choćby kawałeczka czegokolwiek do jedzenia. Robiąc zdjęcia pilnowałam Tygrysa. Łabędzie próbowały mnie postraszyć syczeniem, ale ja nic sobie z ich straszenia mnie nie robiłam. Myślę, że Tygrys nawet sobie nie zdawał sprawy, że było trochę niebezpiecznie, takie łabędzie, to nie potulne kaczuszki! Po plaży wstąpiliśmy na deser. Zaskoczyła nas miła obsługa. Pani podpowiedziała, że kupując ciastko i kawę zapłacimy mniej, wybrała najlepsze ciacho dla Tygryska. Gdy wychodziliśmy, podeszła do mnie i spytała się czy może dać Madzi lizaczka… Normalnie dawno nie spotkałam tak milej obsługi!
Wieczorem wróciliśmy na naszą obiadokolację… Znowu kucharz zadbał wyśmienicie o nasze podniebienie.

Środa… Leje… Schowani pod parasolami zwiedzamy Międzyzdroje. Snujemy się trochę tu, trochę tam. Zaglądamy do MDK, zaglądamy do Muzeum Wolińskiego Parku Narodowego… Jest tu wystawa zwierząt żyjących na terenie parku. Budynek jest nowoczesny, ekspozycja mizerna. Zwierzęta raczej sfatygowane. Orzeł w wolierze raczej przygnębiony swoją niewolą… Dziś wszystko jest takie smutne i ponure! Rozweselamy się kawą i ciastkami, po czym zapędzamy Tygrysa do nauki. Idzie nam to opornie, ale cóż, nie nadrobimy potem nieobecności Tygryska w szkole w kilka godzin. Koniec semestru zbliża się wielkimi krokami i niebawem dziecko czeka kolejny sprawdzian z wiedzy. Jakoś do Madzi nie dociera, że nie będzie miała taryfy ulgowej że chorowała, że była wypocząć i nabrać odporności nad morzem!
W tym gruponie mamy też bony do SPA. Wszyscy z nich korzystamy. Po kolacji Tygrysek ma masaż czekoladą. Całą rodziną uczestniczymy w tym „baby SPA”. Tygrys czuje się wyjątkowo dopieszczony. I jest! Nawet od obsługi dostaje do spróbowania czekolady z której zrobiono mazidło do wcierania w skórę dziecka.

Czwartek… W Nowym Roku czas znowu pędzi. Nasz pobyt zbliża się do końca. Poranek jest szaro-bury. Na szczęście jest ciepło. Zanosi się na deszcz. W taką pogodę po śniadaniu wybieramy się do żubrów. Pragniemy zobaczyć zagrodę pokazową hodowli tych zwierząt. Płacimy za wstęp i wchodzimy do środka. Towarzyszy nam, ku uciesze Tygryska, gruby – można powiedzieć – przeraźliwie gruby kot Maciuś. Żubry jak żubry – leżą leniwe i się nie ruszają, jeleń – trochę lepiej na nas reaguje, lania się pasie, orły tylko nas obserwują… Ale… Dzik! To było odkrycie! To dopiero było widowisko! Pozornie nie było widać zwierząt na wybiegu. W pewnym momencie poruszyła się „sterta liści”… nie sterta – zwierz! To był dzik! Wielki, ogromny, włochaty! Powoli, węsząc zbliżył się do nas. Wciągał nozdrzami naszą woń i czekał na jakiś smakołyk. Gdy go nie otrzymał, zaczął szukać pożywienia ryjąc w ściółce. Zafascynowani oglądaliśmy tego zwierzaka. Tygrys chciał go nawet dotknąć, ale nikt nie śmiał wyciagnięć w jego kierunku dłoni. Dzik budził respekt. Zresztą, „dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma bardzo ostre kły”.
Wracając do parkingu Tygrysek cały czas szczebiotał. Tym razem wymyślał dowcipy i wymuszał aby z nich się śmiać! W lesie na wzgórzu zatrzymaliśmy się aby spojrzeć na okopy. Tyle minęło lat po wojnie, a ślady po walkach wciąż są widoczne na tym terenie.
Kolejny punkt wycieczki – Turkusowe Jezioro, pozostałość po dawnej kopalni kredy. Szkoda, że pogoda nam dziś nie sprzyja. Kolor jeziora jest raczej szarawy, niemniej zakątek jest szalenie urokliwy. Chwilę nacieszamy oczy widokiem jeziorka i gnamy na Wzgórze Zielonka. Stąd rozpościera się przepiękny widok – oczywiście gdy jest fantastyczna pogoda. Nam jednak w dniu dzisiejszym aura nie sprzyja. We mgle nikną wysepki. Pejzaż jest szaro bury… Szkoda. Wracamy nad morze. W drodze znowu natykamy się na ślady II Wojny Światowej – wyrzutnię V3.
Ledwo tato zaparkował auto pod hotelem, już mama i Tygrysek pędzą na molo. Tam naciągamy tatę na gofra i kawkę. Tutaj ptaki są tak natarczywe, że prawie siadają na stoliku i wyżerają z talerza! Madzia ochoczo dzieli się gofrem z wróblami. Potem idziemy na spacer wzdłuż brzegu morza. Po spacerze idziemy do planetarium. Oglądamy film o naszym Układzie Słonecznym. W zasadzie to planetarium to takie kino z ekranem w kształcie kopuły. Szczerze mówiąc jestem tym nieco zawiedziona, ale Madzi się bardzo podobało!
Obiadokolacja… Uuuuu… Znowu kucharz przygotował obfitą kolację! Znowu przepyszne desery. Nawet ciast nie spróbowaliśmy! Pal licho dietę – trzy rodzaje deserów wpadają do naszych brzuszków! Ale żeby wszystkiego spróbować to trzeba mieć ze dwa żołądki!
Po kolacji niewybrykany jeszcze Tygrys naciąga tatę na „tyrolkę”. Szybko jednak wracają do pokoju. Nagle powiał wiatr i lunął deszcz. Tygrys ma mokre nawet rajstopy. Po tej przygodzie zaganiamy dziecko do nauki… Wieczorem mały skrzypek daje nam koncert. 
Piątek… Jedną z atrakcji Wolińskiego Parku Narodowego jest wybrzeże z głazami. Chcemy zobaczyć wypłukane z klifu głazy. Po śniadaniu wyruszamy wzdłuż wybrzeża. Dziś wieje silny wiatr i lekko pada. Na plaży rozkładam parasol, który po chwili traci swoją sprężystość. Jeden podmuch wiatru i 4 druty złamane. Leje coraz mocniej, ale z przerwami. Początkowo łudzimy się, że wiatr nas osuszy, ale w połowie drogi zawracamy. Trudno. Wracamy do pokoju aby wysuszyć ubrania. Tygrysek siada do lekcji. Po godzinie się przejaśnia, ubrania są suche i robimy kolejne podejście do wyprawy. Tym razem się udało. Mocno wieje, ale nie pada. Idąc plażą karmimy mewy, podziwiamy klif, docieramy do kamieni. Morze jest wzburzone, szare i groźne.

Sobota… Dlaczego na wakacjach czas tak szybko płynie??? Szkoda, że już koniec! Ale dziś los nam sprawił kilka fajnych niespodzianek. Podczas śniadania Madzia i nowo poznana koleżanka wspaniale się bawiły w sali zabaw a my z jej rodzicami ucięliśmy sobie swobodną pogawędkę przy kawce. Na obiad mieliśmy zaproszenie do Szczecina, do poznanych ludzi kiedyś na Sylwestra… Przed wyjazdem jeszcze poszliśmy pokąpać się w morzu. Tygrysek ani myślał odpuścić kąpieli. „ I co z tego, że jest zimno! Obiecałaś! Idziemy się kąpać!”.
Nim tato i Tygrysek weszli do morza spotkała nas najciekawsza atrakcja tego pobytu: szutrowanie bursztynów! Nad brzegiem morza stali panowie odpowiednio odziani i wyposażeni i szutrowali bursztyny. Pozwolili się nam przyłączyć i zabawa się zaczęła! Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu! Wyławianie, szukanie i znajdowanie bursztynu to prawdziwa frajda! Dla nas będą to najciekawsze okazy! Znaleźliśmy całą garść. Każdy kawałek inny, każdy kawałek piękny!
Po zabawie tato i Madzia weszli do morza… Brr… Tygrys miał i tak już mokre nogi. Jako przodujący poszukiwacz cennego kruszcu nie raz wszedł do wody zbyt głęboko i nie raz fala wlała mu trochę wody do buta. Ale byliśmy na to przygotowani. Trzeba przyznać, że tak jak prędko Tygrysek pobiegł do wody tak samo prędko z niej wyleciał! Ale skoro cały pobyt marudził o kąpieli, to nie było zmiłuj się! Pobiegał z tatą boso po plaży i znowu do wody! I jakoś mu przeszła ochota na pływanie w morzu. Tato wytrzymał do chwili, aż przestał czuć palce! Brawo! Po figlach w wodzie pędem pobiegliśmy do hotelu aby się osuszyć, zmienić obuwie, wymeldować i zrealizować bon na ostatnie ciasto i kawę.
Rozsiedliśmy się w restauracji, spojrzałam na telefon… Anka…
- To wy kawę pijecie?? My czekamy! Mamy kawę! Zostawcie to i przyjeżdżajcie!
I znowu musieliśmy się spieszyć! Nawet na urlopie musimy biegać! Pędem do auta, pędem do Szczecina! Tym razem nasza nawigacja nie nawaliła i gładko zameldowaliśmy się pod domem znajomych. Po drodze, jadąc przez centrum miasta wyjrzało piękne słońce zza chmur i cudownie oświetliło miasto. Jak tu ładnie! Czyżby Szczecin był ładniejszy o Wrocka?? Zachwytu dopełniły piękne domki w dzielnicy, gdzie ma dom Ania, jej fantastyczny dom, piękne wnętrza, ciepło kominka, wspaniały obiad, kawa, ciacho… Szkoda tylko, że musimy stąd jechać! Przyjedziemy tu, do Szczecina! Ania pokazała nam pokój, w którym będziemy spać! Wszystko mamy! Brakuje nam tylko czasu, aby wyskrobać kilka dni i dokładnie zwiedzić miasto, które nas w tak krótkim czasie oczarowało.
Do domu wróciliśmy szczęśliwie…
Teraz przeglądamy setki zdjęć. Spogląda z nich dziecko radosne, rumiane, skupione przy skrzypcach, brykające na plaży, wchodzące na wszystko co się da. Tygrysek jest stworzony do takich wypadów. Ciekawa jestem…  Na jak długo wystarczy ta tygodniowa zmiana klimatu??? Oby chociaż na dwa miesiące!