wtorek, 20 stycznia 2015

Pani czy inna mama?


Tak często mamy adopcyjne mówią o mamach biologicznych swoich dzieci „pani”. Nigdy nie powiedziałam do Tygryska, że urodziła go inna „pani”… Zawsze była to „mama”. Zawsze jest to mama, która dała życie Tygryskowi i która nie podjęła się wyzwania, jakie rzuciło jej życie – nie podjęła trudu wychowania kolejnego dziecka. Nie wnikam, „dlaczego”. Cieszę się, że Tygrysek do nas trafił, ma rodzinę i jest OK.
Niedawno opowiedziałam Tygryskowi o tym, że niektóre mamy adopcyjne mówią swoim dzieciom, że urodziła je „pani” a nie „mama”, „inna mama”. Było to wieczorem, właśnie dziecko po kąpieli się wycierało, gdy usłyszało mój opis problemu. Przerwało ubieranie się i zapytało:

- Jak „pani”? Przecież urodziła mnie inna mama! Nie pani! Mamo! „Pani” to brzmi tak obco! To tak jakby mnie urodziła jakaś złodziejka! To tak jakby urodził mnie jakiś bandyta! Może jakiś policjant! Nie pani! MAMA!
- Ale niektórzy mówią dziecku „pani” zamiast „mama”.
- Mamo! Gdy ja słyszę, że urodziła mnie inna mama, pierwsza mama… No wiesz… To wtedy myślę sobie, szkoda, że nie ta druga! Ale i tak jest dobrze! Mam dwie mamy! Jedna mnie urodziła a druga mnie wychowuje! I kocham ciebie najmocniej! I ty jesteś moją kochaną mamą! I nigdy mi nie powiesz, że urodziła mnie jakaś PANI?
- Nie nigdy! Madziu, urodziła ciebie mama, która nie podjęła wyzwania wychowania ciebie. Dała ci życie, ale nie była w stanie ciebie wychować…
Dla Tygrysa nie ma opcji, że dzieci rodzą „panie”. Dziecko zawsze rodzi mama. Był moment, że Tygrys wyznawał zasadę, że jedna mama rodzi a druga wychowuje. Był zdziwiony, że są takie mamy, które rodzą i wychowują. Teraz już jest świadomy, że naturalnym jest fakt, że mama rodzi wychowuje dziecko. Ale niektóre dzieci mają to szczęście, że jedna mama je rodzi a druga wychowuje!  

Mama może mnie nie urodziła, ale za to mnie wychowuje! I jest z nią bardzo fajnie!

I BARDZO JĄ KOCHAM!!!!!!

(Ostatnie trzy zdania napisał Tygrysek)

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Czekajcie na mnie…


 Dawno nie pisałam… Świat tak przyspieszył, że nawet nie potrafię zatrzymać się i przeanalizować tego, co w danej chwili przeżywamy. Każda chwila przelatuje i umyka. A szkoda…
Dopiero, co Tygrysek poległ na polu choroby. Już jest wyleczony, potruty antybiotykami, wypoczywaliśmy nad morzem. Teraz próbujemy odbudować odporność. Teraz mam chwilę by te ulotne fragmenty naszego życia zapisać…

Choinka… W tym roku choinkę kupiliśmy wcześniej. Właściwie tata zawiózł Tygrysa do sklepu i kupił to, co dziecko wybrało. W domu od razu drzewko stanęło w miejscu przeznaczenia. Jest tak piękne, że ubraliśmy je w jedno pudełeczko bombek, nicianie ozdoby – gwiazdki i aniołki, pierniki oraz światełka… Na długo przed świętami upajaliśmy się zapachem lasu i pierników.

Święta… Wyjątkowo były radosne. Rodzinne. Wesołe! Po wigilii Tygrysek grał kolędy a zgromadzona rodzina zgadywała, jaka to melodia? Potem dziecko zrobiło zawody w zgadywanki… I tak cały wieczór upłynął nam ciekawie. W pierwszy dzień świąt odwiedziliśmy znajomych w drugi pojechaliśmy na rodzinną nasiadówkę. Oczywiście, jedyny problem to, to, że mamy jeden żołądek! Na stół wjeżdża pasztet z sarny a tu pieczyste i galantyna zajęły miejsce… A ciasta… Nawet wszystkich nie spróbowałam… Tygrysek będąc na diecie bezglutenowej tym bardziej… 

Po świętach przez dom wybraliśmy się nad morze. Musimy odbudować odporność Tygryska. Mimo naszego starania, diety, stosowania suplementów i nawet „czary mary” – Tygrys choruje. Już mniej, ale jednak! Tym razem wybraliśmy Międzyzdroje. Chyba cała nasza rodzina pokochała ten kurort. Piękną plażę, atrakcje, ciszę i spokój o tej porze roku.

Ledwo tutaj dojechaliśmy a już zaczął się dla nas wspaniały czas przygód. Ponieważ w drodze nad morze nie odwiedziliśmy znajomych w Szczecinie, bo oczywiście zamiast wyjechać rano o siódmej, najpóźniej ósmej wybraliśmy się w podróż dopiero około dziesiątej. Do tego dwa postoje… Wieczorem „Szczecin” do nas przyjechał na kolację! Co za radość! Cały rok się nie widzieliśmy! Pogadaliśmy! Posiedzieliśmy… Poznaliśmy Martina, Holendra. Przetrenowaliśmy angielski. Tygrysek popisał się wierszykiem i kolędą…  

Pierwszego dnia wybraliśmy się długi spacer. Plaża w obrębie Wolińskiego Parku Narodowego jest przepiękna. Tu Tygrys szaleje… Tu uświadomiliśmy sobie jedną głęboką prawdę o nas…
- Czekajcie na mnie!... Czekajcie na mnie!…

Tak, co jakiś czas wołał do nas Tygrys bawiący się z falami, czający się na mewy, malujący patykiem obrazki na piasku czy budujący z kamieni wieże…

- Czekajcie na mnie!

- Córciu my zawsze na Ciebie czekamy! Czekamy aż się wyśpisz, czekamy aż zjesz, aż się umyjesz, aż zrobisz kupę… - Tak zaczął wyliczać tata.
I tu mnie olśniło! Całe nasze małżeństwo jest czekaniem na Tygrysa. Najpierw tyle czekaliśmy na jego pojawienie się, teraz czekamy, aż w końcu się wyguzdrze. Wykonamy jeden krok do przodu i znowu czekamy… Bo Tygrys zawsze coś wynajdzie ciekawego i zawsze próbuje zmienić kierunek naszego pochodu. A my czekamy… I chyba zawsze będziemy czekać!
Taki spacer pozwala na swobodną, leniwą wymianę myśli…

Tym razem nim dotarliśmy do hotelu zatrzymaliśmy się na rybce w dość klimaciastej restauracji. Pani kelnerka, imienniczka Tygryska szybko znalazła kontakt z naszą córcią. Szybko się okazało, że rzeczywiście, wszystkie Magdusie to wspaniałe dziewczyny – i do tańca i do różańca.

 Wieczorem Tygrysek wpadł na pomysł, że ten, kto rano pierwszy wstanie, ten ma decydujący głos w sprawie spędzania wolnego czasu. Kolejnego dnia Madzia wymyśliła: Kino 7D.
Ponieważ po śniadaniu kino wciąż było zamknięte, zwiedziliśmy domek odwrócony do góry nogami. Taka trochę śmieszna, aczkolwiek nieco droga atrakcja.
Kino – szalenie drogie – zrobiło na Tygrysku wrażenie. Podczas krótkiego seansu pojeździliśmy kolejką po kopalni. Były momenty, że czasami kręciło nam się w głowie! Ale zachwyty nad efektami wody czy spadania w przepaść byłyby lekko przesadzone.
Ostatni dzień starego roku upłynął nam na poszukiwaniu bursztynów. Chodziliśmy po plaży i zawzięcie szukaliśmy cennych kamieni. Nasze trofea były przednie. Tygrysek znalazł trzy duże okazy – w tym jeden z dziurką i jeden niesamowicie ciemny! Reszta to takie maluteńkie kawałeczki, niektóre wręcz wielkości ziarenek piasku.
Bal Sylwestrowy rozpoczęliśmy o godz. 20. Obsługa hotelu przygotowała dla rodzin z dziećmi osobny stolik. Było tam wesoło, ale dzieciaczki o godz. 10 pragnęły tylko jednego. Jednak Tygrys, jak przystało na „królową parkietu” bawił się do trzeciej. Co więcej, miał najpiękniejszą fryzurę i fantastycznie tańczył. Wielu gości podziwiało naszą paniusię. Rzeczywiście na parkiecie nie miała sobie równych. Na taki sukces Tygrys pracuje dwa razy w tygodniu w Studium Tańca przy operze i raz w tygodniu w MDK. Po roku to już musi przynosić efekty.
Dawno się tak nie ubawiliśmy na Sylwestra! Jedzenie wyborne, pokazy taneczne przednie, orkiestra, choć mała, ale doskonale grała przeboje z naszej młodości. Obsługa przemiła. Trochę byliśmy samotni. Stanowiliśmy małą wysepkę polskiej rodziny na morzu opanowanym przez niemieckich emerytów… Tę samotność nadganialiśmy jedzeniem i tańcem… A Niemcy tylko mlaskali i mówili „pięknie”.
Zawsze będąc nad morzem marzył nam się sztorm! Chcieliśmy zobaczyć siłę morza, fale, pozmagać się z wiatrem… Tym razem mieliśmy okazję tego doświadczyć. Po śniadaniu wyszliśmy na molo. Podmuchy były tak silne, że prawie nas wiatr przestawiał. Żeby złapać powietrze w płuca musieliśmy odwracać się tyłem do wiatru, a ten bez ogródek lizał nas po kościach. W taką pogodę postanowiliśmy pojechać na plażę, taką dziką, taką w lesie, taką bez ludzi. Pojechaliśmy. Ta przywitała nas niemalże burzą piaskową. Wybraliśmy kierunek zgodny z kierunkiem wiatru. Zaczęło padać. Wiatr wiał nam w plecy. Maszerowało się wspaniale! Ale droga powrotna już nie była taka wspaniała. Smagani piaskiem i deszczem po buziakach w końcu dotarliśmy do lasu.


Na parkingu pojedliśmy i podjęliśmy decyzję, że jedziemy nad Jezioro Czajcze i szukamy Wydrzego Głazu. Znaleźliśmy go i zaczęło padać. Prawie całkowicie przemoknięci dotarliśmy do auta.

Chodząc wokół jeziora Madzia wpadła na pomysł, abyśmy po kolei opowiadali zmyślone bajki. Tygrysek pierwszy opowiedział bajkę o Utopcu. Potem tato wymyślił bajkę o królu, który zakochał się w czarownicy mieszkającej w domku na kurzej nodze. Mama nie bardzo miała wenę…Wzbraniała się, wymawiała zmęczeniem. W końcu poirytowane dziecko powiedziało:

- No mamo! Ja te bajki czerpię z rozumu! Użyj swojego rozumu i wysil się! To proste…

Mama się wysiliła i zaczęła opowiadać bajkę o dziewczynce Madzi, która była niegrzeczna, jękliwa i wymuszała sporo na otoczeniu. Za karę została ona zamieniona w mewę… Tygrysek od razu się skapował, że to o nim mowa i zabronił mamie wymyślać takie historyjki.

Szkoda, bo Tygrysek jak zwykle uparty nabroił tak:
Po wycieczce na molo wpadliśmy do hotelu na moment. Mama skorzystała z toalety, tato a Tygrysek patrząc się w telewizor obruszał się na nasze nagabywania, aby skorzystał z toalety. W tym momencie mu się nie chciało, ale na plaży, owszem było:

- Mamo! Siku!

No fajnie! Tylko jak??? Wokoło nas „zimna burza piaskowa z deszczem”. Klif wysoki, nie ma zejścia z plaży. Dziecko opatulone, w ocieplaczu… Nie ma możliwości fizycznych w takich warunkach na „siku”. Pół godziny temu się nie chciało! Teraz natychmiast prowadź ośmioletnią pannę do toalety. Jakoś na ostatni gwizdek udało nam się, ale majtusie były mokre. Może po tej przygodzie Tygrysek się nauczy??

Tym razem udało nam się zwiedzić Szczecin… Zwiedzić, to za dużo powiedziane, ale trochę zobaczyć – to dobre określenie... Aby było bardziej atrakcyjnie Ania wsadziła nas do auta i powoziła po mieście, tak na amerykański styl… Miasto nam się jednak nie spodobało… Nie ma klimatu. Kilka fajnych budynków nie załatwia sprawy.

 Ostatni dzień przed wyjazdem spędziliśmy na wycieczce do Ahlbeck. Pogoda tym razem nam dopisała. Szybko dojechaliśmy do kurortu. Pobiegliśmy na molo, pochodziliśmy po uroczych uliczkach. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Świnoujściu. Pobiegliśmy na piękną plażę. Mieliśmy jedną malutką bułeczkę, chcieliśmy ją dać ptakom, ale ptaki były tak napasione, że nawet nie raczyły się poruszyć w kierunku jedzenia. Pogoda była cudna. Morze przybrane w koroneczki z fal… Na brzegu grzały się w słońcu mewy i łabędzie… Odbijająca się w niebie woda miała kolor czystego błękitu… I na takim tle mój jeszcze mały brykający z falami Tygrysek! Piękny widok! Dziewusia biegała tam i z powrotem. Droczyła się z ptakami, droczyła się z falami, droczyła się z tatą… A ja wypoczywałam. Patrzyłam i wypoczywałam… 


 
Teraz jesteśmy w domu… Po ponad miesiącu laby trudno nam wrócić do kieraciku. Za kilka dni ferie. Czekamy na nie jak na zbawienie! I znowu na coś czekamy… Czekamy na zimę na feriach a potem będziemy czekać na Tygrysa aż wróci z obozu…

I tak wciąż na coś czekamy!

 

wtorek, 23 grudnia 2014

Święta...

Szczęśliwych, kojących,
przeżytych w zgodzie
ze światem i z sobą samym,
pełnych życia i miłości
świąt Bożego Narodzenia
oraz niesamowitego, niezapomnianego,
niepowtarzalnego Sylwestra

życzę...

poniedziałek, 17 listopada 2014

Powód do dumy

Na ostatniej lekcji muzyki Tygrysek ładnie grał… Pani nadawała rytm na pianinie, Tygrysek wyciągał dźwięki na skrzypcach. Było stosunkowo niewiele „fałszu”. Siedziałam w osłupieniu i słuchałam… Normalnie serce rosło! Są to ostatnie lekcje, w których mogę uczestniczyć. Teraz pani zacznie pracę z samym dzieckiem, ja tylko na popisach będę mogła słuchać muzyki granej przez moje dziecko… Szkoda… Bo właśnie wtedy, kiedy zaczynają się z instrumentu wydobywać właściwe dźwięki, pani dziękuje rodzicom za udział w lekcji.

Wieczorem podczas kolacji zaczęłam:
- Madziu! Pięknie grałaś na skrzypeczkach!
- Dziękuję mamo! Podobało ci się?
- Tak! Nawet było słychać muzykę! Naprawdę, z akompaniamentem pięknie to wyszło!
- Ale mamo! Ty wiesz, ja chcę być lekarzem!
- Pięknie!
- I będę mogła moim pacjentom zagrać na skrzypeczkach!
- Łoł! No jasne! Pójdziesz na dyżur i wieczorem zagrasz jakąś kołysankę!
- Ale mamo! Ja będę leczyła dzieci!
- Brawo! Madziu!
- I będę je ratowała! Wymyślę taki eliksir i je będę ratowała! I wiesz mamo! Pojadę do Afryki, do Murzynów i tam będę te dzieci leczyła!
Oczy mi się zaświeciły. Taka piękna idea!
- Mamo! Tylko nie płacz! Dumna ze mnie będziesz! Dumna? Będę najlepszym, najsłynniejszym lekarzem! Dobrze?
- Dobrze Madziu! Ale wiesz, że aby to osiągnąć, to musisz się sporo nauczyć!
- Pomożesz mi??
- Pomogę! Choć to nie będzie łatwe…
Tygrysek przerwał kolację. Wskoczył na kolana. Otarł moje łzy szczęścia i zapytał:
- Dumna będziesz ze mnie?? Powiedz, że tak!
- No pewno!
- Dumna będziesz, że będę sławnym lekarzem??
- Madziu, dumna będę, jak uda ci się uratować, chociaż jedno dziecinne życie! Nie musisz być sławna!
- Będę sławna i będę ratować dzieci na całym świecie! No pokaż, jaka jesteś dumna!

Pokazałam! Pokazałam, jaka jestem dumna, że w moim dziecku zakiełkowała taka wspaniała idea! Z drugiej strony, czy Tygrys zdaje sobie sprawę, ile pracy go czeka, aby osiągnąć taki cel? Muszę doczytać, jak wspomóc Tygryska, aby ten cel osiągnął. Zawsze wiedziałam, że Tygrys jest z nami tylko ograniczony czas. Muszę wyszarpać dla siebie teraz tyle ile się da! Od małego Tygrys walczy, aby w domu być jak najmniej! Kocha nas, to pewne, ale świat fascynuje Tygrysa. Sam sobie wybiera cele. W domu, w którym nie ma czasu na słuchanie muzyki, Tygrys gra na skrzypcach. W domu, w którym nie ma telewizji, Tygrys snuje idee o byciu lekarzem bez granic. Sam stawia sobie poprzeczkę bardzo wysoko, patrzy na nas z ufnością, realizuje swoje cele i ma nasze wsparcie. A jego idea, aby leczyć dzieci na całym świecie i je ratować jest warta tego, abyśmy my rodzice zaangażowali się w proces osiągania tego celu. Łatwo nie będzie… Ale jak nam się uda, do dopiero będzie powód do dumy! I ile nas pracy czeka, aby Tygrysek, chociaż zdał na studia medyczne? Nie mam nawet pojęcia, czy to w ogóle jest w Jego zasięgu?? Ale co ja dziś mogę wiedzieć?? Nic…