środa, 26 lutego 2014

Pierwsze ferie


Gdy Tygrysek był w przedszkolu, to zabieraliśmy go na wyjazdy jak tylko był w miarę zdrowy i w pracy mieliśmy luz albo w pobliżu, gdzie mieliśmy zlecenie był fajny teren do wypoczynku. Teraz już musimy wyjeżdżać wtedy, kiedy są ferie w szkole. Szkoda. Ale cóż, lata lecą i Madzia musi się przede wszystkim uczyć, lub przynajmniej chodzić do szkoły jak tylko jest zdrowa…
Na pierwsze ferie wybraliśmy sprawdzonego „Gołębia” w Karpaczu. Zima w tym roku jest wciąż łagodna, więc śniegu nie ma ani na lekarstwo! Postanowiliśmy, że będziemy spędzać sporo czasu na spacerach w górach i w Aquaparku. Baseny odpadły… Ledwo Tygrysek poszedł na basen w szkole a już kolejnego dnia mieliśmy ostre zapalenie ucha środkowego. Tym razem prawego. Buuu… Co jest z Tygrysem, że tak choruje! Dlaczego, panna wyglądająca jak pożądany przez wielu okaz zdrowia, co i rusz jest na antybiotyku???
  


Sobota…
W sobotę naszą „Bladą buźkę” wpakowaliśmy wraz całym ekwipunkiem do auta i wyruszyliśmy w góry. Teraz jesteśmy fanami Pana Samochodzika i w podróży słuchamy powieści „Księga strachów”. Tym razem uważając na drogę rozwiązujemy zagadki szachownic. Na miejsce dojechaliśmy bez przygód i otrzymaliśmy pokój z cudownym widokiem – kosmicznymi talerzami na Śnieżce. Pogoda – prawie 10 stopni Celsjusza – a to połowa lutego jest!
Po obiedzie tato z Tygrysem udają się na spacer do zapory, a ja wypoczywam po podróży. Siedzenie w aucie nie służy mi. Po zmroku idę z Tygryskiem na zabawę dla dzieci. Najpierw Tygrys zamiast przyłączyć się do zabawy poszukiwał towarzystwa. Nie wyłonił odpowiedniej koleżanki i już miał strzelać fochy, ale w porę zorientowałam się, złapałam Tygrysa za rękę i powiadam:

- No dobrze Madziu… Pomogę ci w poszukiwaniu koleżanki. Chodź, pójdziemy szukać po całym hotelu. Zwiedzimy wszystkie zakamarki a dzieci niech się bawią. Ty stracisz czas na poszukiwaniach…
Tym razem to podziałało! Tygrys szybko zrozumiał, zorientował się w sytuacji i powiedział, że che się bawić i tańczyć, że już nikogo nie będzie szukał. I dobrze, dołączył do dzieci na parkiecie, porzucił poszukiwania i doskonale się bawił!
Wieczorem w tężni siedziałyśmy i Madzia czytała Plastusiowy pamiętnik – na ferie pani zadała dzieciom lekturę do przeczytania! Tato zrzucał brzuszek na basenie.

Kolację chcieliśmy zjeść w zielonej restauracji- o zgrozo, jedliśmy chyba ze dwie godziny – bo nie mogliśmy dopaść kelnera, aby podał nam karty a potem, aby złożyć zamówienie!

Niedziela…
Wstaliśmy późno! Za oknem wieje! Jest szaro i buro. Zanosi się na deszcz! Jemy długo śniadanie. Nie ma mowy o wyjeździe na Kopę. Idziemy do Karpacza na spacer.

Tygrysek lubi robić zdjęcia. Ma swój aparacik i pstryka. Najchętniej fotografuje przyrodę. Zbiega do kaczek na zaporze i nie ma mowy, aby po kilku zdjęciach do nas wrócił. Prawie włazi do wody!

Ponieważ dzisiejsza aura nas nie rozpieszcza, postanawiamy pojeździć na Kolorowej na sankach. Tygrys uwielbia takie szaleństwo! Tato zalicza z nim dwa przejazdy, na trzeci załapuje się mama. Mama, kobieta ostrożna, jedzie według Tygrysa zbyt wolno!

- Nie hamuj! Szybciej! Szybciej! No, co ty robisz?! Nie hamuj!

I… Kolejne zjazdy były tylko dla taty, bo mama „nie umie”.

Po saneczkach pochodziliśmy to tu, to tam, to na czekoladę… Uuuu… Mamusia grzane winko na poprawę humoru, tatuś kawkę espresso, Tygrysek czekoladę, to znowu tatuś winko, mamusia kawkę i torcik orzechowy a Tygrysek wciął cukier w kostkach. Dosłodzeni do granic możliwości udaliśmy się na poszukiwanie kolejnej atrakcji. Zwiedziliśmy „Karkonoskie tajemnice”, ale tak po łepkach, bo spieszyliśmy się jak zwykle i żeby zdążyć na obiad musieliśmy wsiąść w taksówkę. Zawsze nam brakuje czasu! Obiad podziobaliśmy, no, bo jak można coś zmieścić do brzuszka, w którym pływa tyle słodkości???

Aby zrobić miejsce na kolację udajemy się do parku wodnego. Dziewczyny w tężni dalej czytają lekturę a tato walczy z brzuszkiem. Po jakimś czasie tato przejmuje pieczę nad córcią a mama udaje się relaks. W celu poprawy kondycji Tygryska tato siedzi z nim w grocie solnej i puszcza go w samopas. Madzia bawi się solą i nie wiem, jakim cudem cała bluza od dresu jest umazana czymś czarnym? No piękne! I co teraz?? Czy to się wypierze??

Nasze ulubione miejsce wypoczynku jak zwykle znowu nas pozytywnie zaskoczyło – jest pralnia, są pralki, pakujemy nasze pranie i bluza jest jak nowa! Hurra!
W dniu dzisiejszym Tygrys strasznie się fochował, puszył i pyskował. Ostrzegałam go wiele razy, że w końcu dosięgnie go kara. Jakoś do samego wieczora udawało mu się, ale już przed samym zgaszeniem świateł znowu coś wymyślił, wyskoczył z łóżka, po czym wskoczył powtórnie tarabaniąc się po mnie jak słonica! Nie wytrzymałam. Dosięgła Tygrysa kara za całe dzisiejsze pyskowanie! Koniec! Tygrys wylądował na krześle, miał nic nie robić! Najgorszą karą dla naszego dziecka to nuda. I tak właśnie miało być! 5 pełnych minut siedzenia na krześle bez książki, bez rozmowy, bez niczego! Madzia próbowała wciągnąć mnie w pogawędkę, ale jakoś nie dałam się wkręcić i kara podziałała! Zobaczymy czy na długo???

Poniedziałek…

Budzimy się wcześnie. Pogoda jak drut! Piękne słońce! Po śniadaniu udaliśmy się pod wyciąg na Kopę. Ledwo uszliśmy jakieś 500 m Tygrys zabrzęczał:
- Siku!
Wkurzyłam się! Prosiłam Madzię przed wyjściem, aby się wysikała, ale ta, co tam, zagrała mi w duchu na nosie i teraz musi być siku. I to jak przystało na Tygrysa, szybko tu i teraz, bo inaczej to „się zleję”.
- Dobra, idźcie!
Tato i Tygrys przeszli na drugą stronę drogi i… Tygrys, nim tato gapa się zorientował, po kolana wpadł do błota! Wkurzyłam się jeszcze mocniej! I co teraz mamy zrobić?? Wracać do hotelu?? Tygrys przyjął na klatę burę! Tacie też się oberwało i ruszyliśmy dalej. Tygrys ubłocony po kolana!

Pod wyciągiem nie było zbyt długiej kolejki. Szybko rozpoczęliśmy nasz wjazd na górę. Pod nami narciarze… Ale mają fajnie! Żal nam się z pyska lał! My też tak chcemy! Ale cóż – nasz sprzęt narciarski i ocieplacze spokojnie starzeją się w szafie, bo cóż, nie ma zimy i śniegu jak na lekarstwo, a tu na naśnieżonym stoku takie wspaniałe warunki są!

Na Kopie jak zwykle o tej porze jest biało i Śnieżka cała biała! Pogoda cudna! Idziemy na Śnieżkę! Tato i Tygrys zadowoleni. Mama ambitnie podejmuje wyzwanie! A co tam! Da radę wejść na szczyt! Ale w 1/4 lub może 1/3 mama zawraca. Chce zabrać w dół Tygryska, ale Madzia ani myśli wrócić z mamą do schroniska. Szlak jest oblodzony i mama oczami wyobraźni widzi swoje dziecko jak spada w dół ze skał… Wystarczy chwila nieuwagi! Nie ma mowy! Tato i Tygrys postanawiają zdobyć szczyt! 

No cóż…Wróciłam do schroniska. Schodziłam ostrożnie. Mam do operacji kręgosłup i niepozorny upadek może dla mnie być tragiczny. Obok mnie schodził młody chłopak i za mną też! Trzymaliśmy się łańcuchów i zaliczyłam tylko jednego zająca. Ze dwa razy młody człowiek uratował mnie przed upadkiem i szczęśliwie dobrnęłam do schroniska. Aby odpędzić czarne myśli wypiłam herbatkę z rumem i czekałam… Czekałam i tęskniłam. W końcu za oknem pojawili się! Tato prowadził Tygrysa za rękę! Wrócili cali! Hurra!

- Całą drogę z góry zjechała na pupie!
- Kurtka cała?
- Cała!- To dobrze!
Madzia z przejęciem, szczęśliwa opowiadała jak było, jak na górze zjadła dwie bułki, ciastko, popiła... I w końcu padło „siku”. Tato poszedł do toalety z córcią, wrócili jednak z nietęgimi minami, tato niósł spodnie w ręku…
- Mamo! Dupsko mam całe czerwone… I mokre…
Dotknęłam Tygrysa… Uuuuu… Wszystko mokre! Łącznie z podkoszulką! Cholera! Dupsko zimne i czerwone! Co teraz???
- Myślałem, że się posikała, ale Madzia już jest w wieku, że nie sika! – Rzekł tato. - Pójdę posuszyć spodnie!
Ja próbowałam jakimś cudem ogrzać i wysuszyć Madzię. Taki człowiek stary jest i wciąż głupi! Ocieplacze parcieją w szafie a dziecko nie ma, w czym biegać po śniegu! Mama gapą jest! Ale tato też!
Postanowiliśmy kupić chustę w schronisku. Owinęliśmy nią pupę Tygryska, założyliśmy podsuszone ubrania i wyruszyliśmy w drogę powrotną, bez żadnych dodatkowych atrakcji, byleby jak najszybciej Tygryska przebrać. Po obiedzie tato pobiegł do sklepów kupić ocieplacze, bo rodzina „Adamsów” postanowiła, że ma ochotę pojeździć na nartach, skoro jest gdzie!
Wieczorem, dzień pełen przygód zakończyliśmy pizzą w pokoju. Kucharz zbyt cienko rozwałkował ciasto i wszystko nam spadało! Niemniej szczęśliwi udaliśmy się do łóżek! W końcu przeżyliśmy kolejny ciekawy dzień i mamy widoki na kolejne takie dni!
Sprzęt narciarski dla Tygrysa i taty czeka gotowy. Jutro zaczynają zjazdy na Kopie od 10…

Wtorek…

Bez problemu nasze piękne oczy rano się obudziły. Sprawnie się ubrały. Dosyć sprawnie zjadły śniadanie i już przed dziewiątą Madzia zakładała swoje spodnie narciarskie. Wyszła w nich na taras, spojrzała z dołu na Śnieżkę i rzekła z radością:
- I pomyśleć, że wczoraj tak wysoko weszłam! Ale fajnie!

Poszłam z nimi do przechowalni sprzętu narciarskiego… Patrzyłam z lekką zazdrością jak się ubierali w buty narciarskie, jak z ich oczu kipiała radość! Szkoda, że ja nie mogę już pojeździć… Szkoda! Jeden upadek na łyżwach i tyle furtek się zamknęło! Ale dobrze, że chociaż tato i Tygrys mają pełen wypas – ocieplacze, sprzęt, instruktorów, busik pod skok i busik z powrotem. Mnie znowu pozostaje czekanie…

Czekając notuję nasze przygody. Po kilku dniach o nich zapomnimy, ale jeżeli zanotuję, to po paru latach będzie to dla nas niesamowita lektura. Przecież dzisiejszej pogody, dzisiejszego dnia nie zapamiętamy, jeżeli go nie zapiszę!

W pewnym momencie dzwoni telefon! Uciekł im busik, ale są tak zadowoleni, że co tam! Tygrys chce jeszcze! Jutro dwie godziny z panią! Słucham najwspanialszego szczebiotu! Serce mi rośnie! Tygrys zjechał z jednej trasy na Kopie! Pokonał trasę, która wczoraj wydawała się dla mnie nie do pokonania dla mojego dziecka! Brawo! Brawo Tygrysku!

W nagrodę Tygrysek jeszcze raz zaliczył „Karkonoskie tajemnice”. Ta wystawa się dziecku mocno podoba. Tym razem poszedł sam!
- Ile mam?
- Godzinę, potem wracamy!
Po godzinie Tygryska nie ma! Mijają kolejne minuty, my czekamy, a nasze dziecko bawi się w podziemiach w najlepsze! W końcu prosimy panią z obsługi, aby przyprowadziła naszego „Broja”. Szczęśliwy Brój prosi o jeszcze raz… W nagrodę dostaje książeczkę „Legendy o Duchu Gór”.


Środa…

Rano śniadanie, potem narty… Dziś robię moim kochanym niespodziankę. W przerwie między lekcjami Tygryska zjawiam się na stoku z termosem ciepłej herbatki. Wdrapuję się do góry obok trasy… Tygrys tak szybko koło mnie przejechał, że go nie zauważyłam. Nagle słyszę:

- Mama! To moja mama!

Z tysiąca głosików rozpoznałabym ten dźwięk! Poniżej Tygrysek się zatrzymał, pokazał pani instruktorce mamę, podeszłam do nich i umówiłam się pod kolejką do wyciągu, że tam wezmę dziecko na przerwę i nakarmię.

Na dole wyjęłam termos, tato rozdzielił bułki i moi narciarze spożyli posiłek. W oczekiwaniu na kolejną lekcję z Madzią spotkałyśmy jej rehabilitanta z przedszkola, pana filipa. Też jest instruktorem, był zadowolony, że Madzia tak ładnie się trzyma na nartach. Chwilę pogadaliśmy… No tak pomyślałam… Cztery lata rehabilitacji w końcu przyniosły owoce. Mamy jeszcze odstające łopatki i niemowlęcy brzuszek, ale powoli, nogi już mamy prościusieńkie, tamto też wyćwiczymy. Nie ma zmiłuj się! Mama nie odpuści. Zrobi wszystko, aby dziewczyna była zdrowa i prosta.

Po obiedzie rozpoczynamy warsztaty radiowe. Tak się akurat złożyło, że w te ferie są warsztaty radiowe. I fajnie! Może Madzia zdobędzie kolejne umiejętności!

Wieczorem kończymy czytać Plastusiowy pamiętnik! Pierwsza zadana lektura szkolna za nami. Zrobiliśmy test czytania Tygryskowi – osiągnął wynik 57 słów na minutę! Tato nie wierzył, ale był dumny ze swojej córci! Na początku roku szkolnego Madzia czytała około 20 23 słów na minutę, teraz podwoiła ten wynik! Moja praca nie poszła na marne!
Czwartek…

Po śniadaniu spieszymy na warsztaty radiowe. Dzieci poznają tajniki pracy z mikrofonem. Po południa będą robiły wywiady z gośćmi hotelowymi. Potem dostaną swoje wywiady na CD. Myślę, że taka zabawa jest przednia. Przed nartami robimy z Tygryskiem na warsztatach torbę ekologiczną. Przyklejamy do niej papierowe serduszka i wstążeczki.

- Patrz, jaką mamy świetną torbę ekologiczną! – Pokazuję tacie z dumą nasze dzieło!

Tato się przygląda, podziwia i mówi:
- Ale te wstążeczki to chyba nie są ekologiczne….

Na nartach mają kolejną ciekawą lekcję!

- Ale było fajnie mamo! Tato już jeździ z kijkami! A ja nie! – Relacjonuje Tygrysek! – Ale i tak lepiej śmigam od niego!

Patrzę na te roziskrzone oczy! Tą radość! Po obiedzie staram się uchwycić na filmiku w telefonie jak Tygrysek zaczepia panią trzymając mikrofon w dłoni i pyta o obiad, czy jej smakował…

W dniu dzisiejszym mieliśmy również niemiłą przygodę! Po obiedzie wracamy długim korytarzem. Madzia szła z przodu. Nagle zaczęła iść bardzo ładnie. Prosto, sprężyście jak prawdziwa młoda dama! Nóżki stawiała niemalże idealnie.

- Patrz jak ładnie idzie! – Szepnęłam tacie do ucha…

- Tak! – Przyznał mi rację!

I w tym momencie było wielkie i głośnie „bum”. Tygrys na naszych oczach zderzył się z filarem, tak mocno, że aż się odbił! Tato pochwycił w ramiona naszego szaleńca i tulił i szybko niósł do pokoju. W pokoju do rosnącego guza przykładaliśmy zimne butelki z wodą!

- Madziu! Ty szaleńcu! Myślałam, że chodzenie z zamkniętymi oczami mamy już poza sobą!

Niestety myliłam się! Tygrys wciąż ma różne pomysły! Już ćwiczył bieganie z zamkniętymi oczami! Już miał guzy ponabijane, ale nabija je sobie dalej…

Wieczorem w Tężni uczę Tygryska grać w „państwa i miasta”. Tygrys jeszcze nie pisze wprawnie. Ja notuję jego wyrazy. Biedaczysko wiedzy nie ma tak rozległej jak mama, więc państw i miast często mu brakuje. Pytam się wówczas:

- Poddajesz się czy idziesz zdobyć informację??

- Idę!

I pytał się innych gości hotelowych o miasto czy państwo na daną literę. Potem się zrobiło tak fajnie, że jeszcze w jacuzzi bawiłam się z inną rodziną w zgadywanie państw, czy zwierząt na daną literę! Tygrys z tatą bawił się w soli.
Piątek…
Budzimy się… Spieszymy na śniadanie. O godzinie dziewiątej minut trzydzieści zaczynają się warsztaty radiowe. Tym razem dzieci robią instrumenty muzyczne. Ciekawość mnie zżarła i poszłam zobaczyć, jakie i jak? Dzieci robiły grzechotki i tamburyny. Tworzywem były kubeczki, bibułki, serwetki, kolorowe papiery, wstążeczki, jednorazowe talerze – groch i ryż. Pomysł wspaniały, zabawa przednia!
Po warsztatach próbuję Tygryska zagonić do czytania. Czyta z ociąganiem „ Wróbelka Elemelka”. Sprawdzamy ilość przeczytanych słów na minutę – wynik 53. Myślę, że nie źle. Ręce mu się wyciągają do książki Klubu Tiary – Księżniczka Lauren i diamentowa kolia. W końcu odpuszczam i pozwalam się Madzi zagłębiać w przygody księżniczki Lauren. Tą książkę czyta sobie dziecko po cichu. Nie wiem czy wszystko, nie wiem czy dobrze?? Po powrocie do domu muszę ją poczytać i wówczas popytam Tygryska o przygody księżniczki.

O dwunastej Tygrys z tatą pędzą na zajęcia plastyczne – wracają ze wspaniałymi bałwankami zrobionymi z papieru i waty. Po tym szybko na stok! Dziś ostatnia lekcja jazdy na nartach.

Na obiad idę sama… Czekam na moich szaleńców; w końcu są. Tygrys szczęśliwy wbiega do restauracji trzymając dyplom ukończenia kursu narciarskiego. Duma i radość tryskają mu oczami i buzią. Od razu chwali mi się dyplomem! Rosnę kolejne kilka cm…
- To Madzia już tak jeździ na nartach??
- Taak! – Odpowiada tato.
- Śmigam! Śmigam szybciej od taty!
- Naprawdę??
- Tak! Madzia jeździ dobrze! Ma mocne nogi i narty jej słuchają!
Przytuliłam moje Szczęście! Ale super!
Po obiedzie na kolejnych warsztatach radiowych dzieci robią maski. Gdy idę po Tygryska wita mnie wspaniała panda.
Wieczorem myjemy włosy… Uuuu… Mamy kilka rodzajów zatyczek do uszu. Wybieram jedne. Trochę się boję, ale muszę umyć Madzi głowę przed obozem tanecznym. Wiem, że już trzy dni po antybiotyku znowu mamy „gile”. Nic takiego nie zrobiliśmy! Tygrys w wypaśnym Aquaparku tylko w Tężni czyta lub gra w „państwa miasta” z mamą lub buduje zamki z soli w grocie solnej z tatą.


Sobota…

Ostatni dzień! Szkoda! Tyle jeszcze chcieliśmy tu zrobić! Dzisiaj na warsztatach dzieci miksują utwory. Bawią się w DJ. Po warsztatach Tygrys i tato zwiewają na stok. Chcą pośmigać z górki na pazurki! Ile ja bym dała, aby z nimi tak pobrykać! Nie mogę, zostaję i siadam w pokoju do laptopa. Co jakiś czas moi kochani do mnie dzwonią i negocjują, że chcą jeszcze, jeszcze i jeszcze…

Po obiedzie była zabawa i zakończenie warsztatów radiowych dla dzieci. Kupiłam Tygryskowi nową bluzeczkę, rozpuściłam mu włosy, uczesałam i idziemy… Chwilę przed wejściem do windy Tygrysek zaczął świrować:

- Po co mi czesałaś te włosy! Nie mam takich ładnych loków! Zobacz, jakie mam loki! Brzydkie! Nie chcę takich loków. Co mi zrobiłaś! No, co! No…

Uuuu… Tygrys rzucał się jak wesz na grzebieniu! I o co? O loki w wieku 7 lat??? Ciśnienie mi podskoczyło!

- O nie! Tak to nie będzie! Dziecko! Nie będzie takiego zachowania! Nie podoba ci się to nie idziemy! Wracamy!

Tygrys w te pędy zaczął przepraszać! Prosił, że chce iść, korzył się… Chwilę z tatą negocjowaliśmy:

- Dobrze, idziesz na zabawę potem masz karę! Takiego zachowania nie można tolerować.

Naburmuszona panna poszła na zabawę. Na zabawie zaliczyła kolejną pyskówkę. Czekałyśmy na płytkę z nagraniami po zabawie. Pytam Madzi:

- Chcesz się napić??

- Tak! Przynieś mi! – Rzuciła panna i zajmowała się dalej sobą!

Uuuu… Powtórka z rozrywki??? Nagadałam jej! W tym czasie kelner zwinął dystrybutor soków, tak, więc Tygrysek na picie się nie załapał. W pokoju najpierw nagadaliśmy małej pannie, potem posadziliśmy Tygrysa na karę! Siedział godzinę nic nie robiąc. Ja się wyciągnęłam na łóżku i czytałam książkę, tato poszedł do Aquaparku. Tygrysek siedział najpierw hardo, potem trochę miał łezki w oczach, potem przeprosił i obiecał, że się zmieni!

Zobaczymy…


Niedziela…

Rano obudziło się nowe - lepsze dziecko! Szybko się ubrało, zjadło śniadanie i o dziewiątej panna była już w busiku gotowa do jazdy na nartach. Pogoda dzisiaj jest nadzwyczaj piękna!

Po powrocie moi mili nie potrafili określić ile razy zjechali – raz było 8 raz 12 razy?? Nie potrafili też określić ile razy się wywalili. Jeden orzeł Tygryska tato przyuważył, zobaczył, że Madzia leży obok trasy:
- Wywaliłaś się??
- Nie, ja tylko chciałam odpocząć! Specjalnie to zrobiłam…
Tygrysowi też nie podobało się, że tato nie szaleje na nartach tak jak ona!

- Szybciej tato jedź! Szybciej!
Na szczęście tato dysponował karnetami do kolejki, więc nasz mały szaleniec czekał na tatę i bilet. Po nartach wrócili oboje bardzo zadowoleni. Ja spakowałam nasze bagaże i jak zwykle spieszyliśmy się, aby odwieźć Madzię niedaleko Karpacza na obóz taneczny. Tygrysek zadowolony wszedł na salę do koleżanek. Pan Jarek przejął jego bagaże. Daliśmy kieszonkowe dla Madzi opiekunowi grupy… I odeszliśmy. Tygrysek nawet nie podleciał do nas, aby się pożegnać. Był szczęśliwy, że już jest na obozie.
A my… Wsiedliśmy do auta, pojechaliśmy na krótką wycieczkę, zjedliśmy dobry obiad w Pałacu Na Wodzie, wróciliśmy do pustego domu i… I zaczęliśmy tęsknić. Taki pusty dom… Nie ma szczebiotu, nie ma naszego Broja! Szkoda…



 

piątek, 24 stycznia 2014

Nad morzem po odporność


Po chorobie Tygryska postanowiłam wywieźć go nad morze. Pani wychowawczyni się zgodziła, zapisała nawet w zeszycie kontaktowym, jaki materiał będzie obowiązywał dziecko po powrocie z wypoczynku… No tak, jest szkoła, więc laba skończona. Tym razem trafił się grupon do hotelu Aurora w Międzyzdrojach.
W sobotę rano wyruszyliśmy nad morze. (Pogoda… Zima roku 2013/2014 jest wyjątkowo łagodna. Piękny słoneczny dzień. Temperatura – plus 10 stopni Celsjusza.) Droga umykała nam szybko. Słuchaliśmy „Gry o tron”. Nie mam pojęcia jak sobie radzi tata za kierownicą. My słuchając przenosimy się w inny wymiar… A gdy padają słowa „ idzie zima” – powieki bezwiednie opadają. Niemniej nasz wprawny kierowca dowiózł nas bezpiecznie do celu. Okazało się, że mieszkamy w samym centrum kurortu. Ledwo przyjechaliśmy na miejsce to już pognaliśmy na molo i na plażę. Tygrys kocha nasze morze. Nie zraża go zimno! Co jakiś czas pytał:
- Kiedy wejdziemy do wody??
- Jak tylko się do tego przygotujemy!
- Mogę wejść dotąd?? (Tygrys pokazuje pas.)
- Po pas?? Dobrze! Jak dasz radę to dobrze! – Odpowiadam zaskoczona zapędami mojego dziecka.
I rzeczywiście, od początku mieliśmy postanowienie, że jeżeli tylko zdążymy, zanurzymy w Bałtyku nogi… Zobaczymy, czy nam się to uda??? To znaczy tato i Tygrys, bo mama, nawet za dopłatą do Bałtyku nie wchodzi, nigdy, nawet jak z nieba leje się żar!
Obiadokolacja jest miedzy godziną 17 – 19. Uuuu… Trafiliśmy na dobrą kuchnię. Chyba najlepszą jaką do tej pory jedliśmy nad naszym morzem. Obżeramy się do granic możliwości. Do pełnych brzuszków dodajemy kolejnego ptysia. Pyszne są!
Po kolacji idziemy na basen… Tygrysek nie może pływać, bawi się z innymi dziećmi w brodziku. Wieczorem po kąpieli młócimy telewizor. Skaczemy po kanałach w zasadzie niczego nie wybierając.

Niedziela…W niedzielę budzi nas telefon parę minut po siódmej… Dodajemy sobie jeszcze pół godziny i wstajemy, bo „szkoda dnia”. Nawet nie mogę zjeść do końca śniadania, bo tato nas popędza:
- Idziemy już?!
Wkurzyłam się! Ja przyjechałam tu wypocząć a nie biegać jak pies z wywieszonym językiem! Nadyrdałam na niego! Mam nadzieję, że do końca wyjazdu zwolni i trochę wypoczniemy. Może nie zobaczymy wszystkich atrakcji okolicy, ale wypoczniemy!
Po nagadaniu tacie wyruszamy na spacer wzdłuż plaży. Dziś chcemy zobaczyć z bliska wybrzeże klifowe. Zaopatrzyłam się w reklamówkę pieczywa aby Madzia mogła pokarmić mewy. Tą niespodzianką sprawiłam jej ogromną radość. Dziecko uwielbia jak ptaki łapią w powietrzu kęski bułki.
Sporo ludzi spacerowało wzdłuż wybrzeża. Na tym tle wyróżniał się jednak mój Tygrysek!  Wesoło szczebiotał, wyławiał muszelki z wody, biegał w tę i z powrotem. Nic sobie nie robił z przestróg, że zamoczy buty… Ręce miał lodowate, mankiety kurtki mokre, buty pełne piachu – ale był w swoim żywiole! Jak tylko pojawiły się schody – pierwszy na nie się wdrapał! Poczytaliśmy drogowskazy. Na Kawczej górze było już jękniecie o jedzenie. Bułka zniknęła jak należy! Kolejną atrakcją miała być zagroda żubrów. Niestety była zamknięta. W zamian poszliśmy zobaczyć byłe stanowiska artyleryjskie na Białej Górze. Przez piękny bukowy las ścieżka wiodła zakosami wokół pozostałości po dawnych urządzeniach. Kiedyś szkolili się tu młodzi chłopcy, potem Niemcy bronili stąd wybrzeża. W zasadzie są to tylko pozostałości po dawnych fortyfikacjach i bunkrach, ale widok na morze jest przepiękny!  W drodze powrotnej do hotelu zwiedzamy gabinet figur woskowych. Nigdy w czymś takim nie byliśmy. Postacie owszem są znane, ale nie są, albo inaczej, nie wyglądają jak prawdziwe. To taka trochę ściema!
W hotelu czeka na nas kawa i ciasto… Brzuchy rosną… Na obiadokolację trudno wybrać dla siebie danie. I to kusi, i to chciałoby się zjeść! A desery… Dobrze, że jesteśmy tu tylko tydzień!
Po obiadokolacji Tygrys katuje skrzypce. Ostatnio nie ćwiczył, więc pani poprosiła, aby zabrać nad morze instrument i na nim ćwiczyć. W ten sposób wieczorami mamy koncert rzępolenia, choć czasami daje się słyszeć jakiś fragment muzyki.
Po muzyce korzystamy z klubu. Tam gramy w bilard i… I gramy w gry na Play Station! I to jak gramy! Wesoło! Jakiś tam ludek ledwo wyszedł, trochę pokicał i stracił swoje życia. W wyścigach nie wzięliśmy udziału, bo nasze auto nie wyjechało z boksu… Udało nam się uruchomić motocykle. Nikt z nas nie wygrał wyścigu, ale emocji było co niemiara. Tygrysek kręcił padem, prawie wpychał go w ekran. Tato ambitnie gonił peleton… A mama. Ta nie wyrabiała na zakrętach i lądowała na barierce.

Poniedziałek… Po śniadaniu wybieramy się do Wisełki. Naszym celem jest latarnia morska Kikut. Po drodze widzimy kierunkowskaz „Gosań”. Mały kierownik wycieczki postanawia, że w dniu dzisiejszym to będzie nasz pierwszy punkt programu. Zatrzymujemy auto i przez malownicze, stare lasy bukowe wdrapujemy się na najwyższe klifowe wzniesienie w Polsce. Warto! Widok na Zatokę Pomorską zapiera dech w piersiach! Dodatkowo wyjrzało słońce zza chmur! Patrzymy z zachwytem na nasze morze. Piękne jest.
Po drodze do latarni zatrzymujemy się przy jeziorku Zatorek. Chwilę kręcimy się po ścieżce przyrodniczej. Mamy dziś fuksa! Spotykamy miejscowych, którzy podpowiadają nam drogę do latarni. Czarny szlak prowadzi nad morze, zbaczamy z niego na czerwony i docieramy do latarni. OK! Miał to być hit dzisiejszej wycieczki, ale okazał się taki sobie. Dobrze, że chociaż droga do niego wiodła przez las, i to piękny las. Wracamy na szlak czarny i idziemy nad morze… A tu… Tu dopiero odkryliśmy hicior dzisiejszego dnia. Piękną, niemalże dziewiczą plażę! Jak tu pięknie! Cicho i spokojnie! Tygrys od razu rzucił się do zbierania muszelek. W zasadzie można je tu zbierać pełnymi garściami! Dziecko nazbierało pół reklamówki, niestety Madzia nie słuchała i zbierała muszelki z małżami, potem cała reklamówka znalazła się w koszu. Nie będę wspominać jak te „muszelki” pachniały po dwóch dniach pobytu w pokoju! Ale wracajmy do plaży. Tak pięknej plaży dawno nie widzieliśmy! Nie chcieliśmy jej opuszczać! Nasze plażowe brykanie przerwał deszcz! Szkoda. Droga do samochodu była długa. Deszcz lał rzęsisty. Parasole odpoczywały w pokoju. W zasadzie mokrzy wróciliśmy do hotelu. Ale banany na buzi mieć będziemy przez długie tygodnie. Takiej plaży, takich zdjęć, takiej przygody z deszczem szybko się nie zapomni! 

Wtorek… Dziś wyruszamy zobaczyć kurort – Świnoujście. W zasadzie kolejny grupon planuję upolować w tym właśnie mieście. Oczywiście wyruszamy bez konkretnego planu podróży. Pierwszy postój robimy przy budowie nowego gazo portu. Budowa jest ogromna a obok niej plaża. Piękna i szeroka. Plaża pełna muszelek, meduz i pięknych widoków. Dodatkowo słońce jest dziś dla nas łaskawe. Kolejny punkt wycieczki – to fort Gerharda. Zwiedzamy go. Tygrysa interesują okopy, działa, ale najchętniej odpaliłby armatę. Potem zwiedzamy latarnię morską. Najwyższą nad Bałtykiem. Madzia żwawo pędzi na górę po 308 schodach. Z góry podziwiamy pracujące portowe dźwigi, żurawie, statki, port, morze i budowę gazo portu.
Do centrum miasta udajemy się korzystając z promu. Przeprawa promowa dla Tygrysa stanowi niesamowitą atrakcję! Szkoda, że tylko tak krótko trwa. Przez całą podróż dziecko siedząc na skrzyni z pasami ratowniczymi obserwuje uważnie poszczególne etapy pracy promu. A ja obserwuję poczynania mojego dziecka. Boję się aby z jednej strony nie wypadło za burtę a z drugiej strony nie spadło do luku, gdzie samochód stoi obok samochodu!
Po dotarciu do Promenady znajdujemy restaurację, w której pani proponuje nam dorsza, ponoć dzisiaj w nocy złowiony! Pominę milczeniem rachunek jaki przyszło nam zapłacić za trzy filety z dorsza, dwie porcje frytek i jedną szklankę soku i kubek wrzątku… Po takim obiadku udajemy się na plażę. I tu, ledwo się pojawiliśmy to łabędzie wyłowiły z tłumu naszego Tygryska, opuściły morze i w te pędy przystąpiły do szturmowania dziecka. Widok był przekomiczny! Tygrys nic nie miał! Łabędzie dosyć natarczywie domagały się choćby kawałeczka czegokolwiek do jedzenia. Robiąc zdjęcia pilnowałam Tygrysa. Łabędzie próbowały mnie postraszyć syczeniem, ale ja nic sobie z ich straszenia mnie nie robiłam. Myślę, że Tygrys nawet sobie nie zdawał sprawy, że było trochę niebezpiecznie, takie łabędzie, to nie potulne kaczuszki! Po plaży wstąpiliśmy na deser. Zaskoczyła nas miła obsługa. Pani podpowiedziała, że kupując ciastko i kawę zapłacimy mniej, wybrała najlepsze ciacho dla Tygryska. Gdy wychodziliśmy, podeszła do mnie i spytała się czy może dać Madzi lizaczka… Normalnie dawno nie spotkałam tak milej obsługi!
Wieczorem wróciliśmy na naszą obiadokolację… Znowu kucharz zadbał wyśmienicie o nasze podniebienie.

Środa… Leje… Schowani pod parasolami zwiedzamy Międzyzdroje. Snujemy się trochę tu, trochę tam. Zaglądamy do MDK, zaglądamy do Muzeum Wolińskiego Parku Narodowego… Jest tu wystawa zwierząt żyjących na terenie parku. Budynek jest nowoczesny, ekspozycja mizerna. Zwierzęta raczej sfatygowane. Orzeł w wolierze raczej przygnębiony swoją niewolą… Dziś wszystko jest takie smutne i ponure! Rozweselamy się kawą i ciastkami, po czym zapędzamy Tygrysa do nauki. Idzie nam to opornie, ale cóż, nie nadrobimy potem nieobecności Tygryska w szkole w kilka godzin. Koniec semestru zbliża się wielkimi krokami i niebawem dziecko czeka kolejny sprawdzian z wiedzy. Jakoś do Madzi nie dociera, że nie będzie miała taryfy ulgowej że chorowała, że była wypocząć i nabrać odporności nad morzem!
W tym gruponie mamy też bony do SPA. Wszyscy z nich korzystamy. Po kolacji Tygrysek ma masaż czekoladą. Całą rodziną uczestniczymy w tym „baby SPA”. Tygrys czuje się wyjątkowo dopieszczony. I jest! Nawet od obsługi dostaje do spróbowania czekolady z której zrobiono mazidło do wcierania w skórę dziecka.

Czwartek… W Nowym Roku czas znowu pędzi. Nasz pobyt zbliża się do końca. Poranek jest szaro-bury. Na szczęście jest ciepło. Zanosi się na deszcz. W taką pogodę po śniadaniu wybieramy się do żubrów. Pragniemy zobaczyć zagrodę pokazową hodowli tych zwierząt. Płacimy za wstęp i wchodzimy do środka. Towarzyszy nam, ku uciesze Tygryska, gruby – można powiedzieć – przeraźliwie gruby kot Maciuś. Żubry jak żubry – leżą leniwe i się nie ruszają, jeleń – trochę lepiej na nas reaguje, lania się pasie, orły tylko nas obserwują… Ale… Dzik! To było odkrycie! To dopiero było widowisko! Pozornie nie było widać zwierząt na wybiegu. W pewnym momencie poruszyła się „sterta liści”… nie sterta – zwierz! To był dzik! Wielki, ogromny, włochaty! Powoli, węsząc zbliżył się do nas. Wciągał nozdrzami naszą woń i czekał na jakiś smakołyk. Gdy go nie otrzymał, zaczął szukać pożywienia ryjąc w ściółce. Zafascynowani oglądaliśmy tego zwierzaka. Tygrys chciał go nawet dotknąć, ale nikt nie śmiał wyciagnięć w jego kierunku dłoni. Dzik budził respekt. Zresztą, „dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma bardzo ostre kły”.
Wracając do parkingu Tygrysek cały czas szczebiotał. Tym razem wymyślał dowcipy i wymuszał aby z nich się śmiać! W lesie na wzgórzu zatrzymaliśmy się aby spojrzeć na okopy. Tyle minęło lat po wojnie, a ślady po walkach wciąż są widoczne na tym terenie.
Kolejny punkt wycieczki – Turkusowe Jezioro, pozostałość po dawnej kopalni kredy. Szkoda, że pogoda nam dziś nie sprzyja. Kolor jeziora jest raczej szarawy, niemniej zakątek jest szalenie urokliwy. Chwilę nacieszamy oczy widokiem jeziorka i gnamy na Wzgórze Zielonka. Stąd rozpościera się przepiękny widok – oczywiście gdy jest fantastyczna pogoda. Nam jednak w dniu dzisiejszym aura nie sprzyja. We mgle nikną wysepki. Pejzaż jest szaro bury… Szkoda. Wracamy nad morze. W drodze znowu natykamy się na ślady II Wojny Światowej – wyrzutnię V3.
Ledwo tato zaparkował auto pod hotelem, już mama i Tygrysek pędzą na molo. Tam naciągamy tatę na gofra i kawkę. Tutaj ptaki są tak natarczywe, że prawie siadają na stoliku i wyżerają z talerza! Madzia ochoczo dzieli się gofrem z wróblami. Potem idziemy na spacer wzdłuż brzegu morza. Po spacerze idziemy do planetarium. Oglądamy film o naszym Układzie Słonecznym. W zasadzie to planetarium to takie kino z ekranem w kształcie kopuły. Szczerze mówiąc jestem tym nieco zawiedziona, ale Madzi się bardzo podobało!
Obiadokolacja… Uuuuu… Znowu kucharz przygotował obfitą kolację! Znowu przepyszne desery. Nawet ciast nie spróbowaliśmy! Pal licho dietę – trzy rodzaje deserów wpadają do naszych brzuszków! Ale żeby wszystkiego spróbować to trzeba mieć ze dwa żołądki!
Po kolacji niewybrykany jeszcze Tygrys naciąga tatę na „tyrolkę”. Szybko jednak wracają do pokoju. Nagle powiał wiatr i lunął deszcz. Tygrys ma mokre nawet rajstopy. Po tej przygodzie zaganiamy dziecko do nauki… Wieczorem mały skrzypek daje nam koncert. 
Piątek… Jedną z atrakcji Wolińskiego Parku Narodowego jest wybrzeże z głazami. Chcemy zobaczyć wypłukane z klifu głazy. Po śniadaniu wyruszamy wzdłuż wybrzeża. Dziś wieje silny wiatr i lekko pada. Na plaży rozkładam parasol, który po chwili traci swoją sprężystość. Jeden podmuch wiatru i 4 druty złamane. Leje coraz mocniej, ale z przerwami. Początkowo łudzimy się, że wiatr nas osuszy, ale w połowie drogi zawracamy. Trudno. Wracamy do pokoju aby wysuszyć ubrania. Tygrysek siada do lekcji. Po godzinie się przejaśnia, ubrania są suche i robimy kolejne podejście do wyprawy. Tym razem się udało. Mocno wieje, ale nie pada. Idąc plażą karmimy mewy, podziwiamy klif, docieramy do kamieni. Morze jest wzburzone, szare i groźne.

Sobota… Dlaczego na wakacjach czas tak szybko płynie??? Szkoda, że już koniec! Ale dziś los nam sprawił kilka fajnych niespodzianek. Podczas śniadania Madzia i nowo poznana koleżanka wspaniale się bawiły w sali zabaw a my z jej rodzicami ucięliśmy sobie swobodną pogawędkę przy kawce. Na obiad mieliśmy zaproszenie do Szczecina, do poznanych ludzi kiedyś na Sylwestra… Przed wyjazdem jeszcze poszliśmy pokąpać się w morzu. Tygrysek ani myślał odpuścić kąpieli. „ I co z tego, że jest zimno! Obiecałaś! Idziemy się kąpać!”.
Nim tato i Tygrysek weszli do morza spotkała nas najciekawsza atrakcja tego pobytu: szutrowanie bursztynów! Nad brzegiem morza stali panowie odpowiednio odziani i wyposażeni i szutrowali bursztyny. Pozwolili się nam przyłączyć i zabawa się zaczęła! Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu! Wyławianie, szukanie i znajdowanie bursztynu to prawdziwa frajda! Dla nas będą to najciekawsze okazy! Znaleźliśmy całą garść. Każdy kawałek inny, każdy kawałek piękny!
Po zabawie tato i Madzia weszli do morza… Brr… Tygrys miał i tak już mokre nogi. Jako przodujący poszukiwacz cennego kruszcu nie raz wszedł do wody zbyt głęboko i nie raz fala wlała mu trochę wody do buta. Ale byliśmy na to przygotowani. Trzeba przyznać, że tak jak prędko Tygrysek pobiegł do wody tak samo prędko z niej wyleciał! Ale skoro cały pobyt marudził o kąpieli, to nie było zmiłuj się! Pobiegał z tatą boso po plaży i znowu do wody! I jakoś mu przeszła ochota na pływanie w morzu. Tato wytrzymał do chwili, aż przestał czuć palce! Brawo! Po figlach w wodzie pędem pobiegliśmy do hotelu aby się osuszyć, zmienić obuwie, wymeldować i zrealizować bon na ostatnie ciasto i kawę.
Rozsiedliśmy się w restauracji, spojrzałam na telefon… Anka…
- To wy kawę pijecie?? My czekamy! Mamy kawę! Zostawcie to i przyjeżdżajcie!
I znowu musieliśmy się spieszyć! Nawet na urlopie musimy biegać! Pędem do auta, pędem do Szczecina! Tym razem nasza nawigacja nie nawaliła i gładko zameldowaliśmy się pod domem znajomych. Po drodze, jadąc przez centrum miasta wyjrzało piękne słońce zza chmur i cudownie oświetliło miasto. Jak tu ładnie! Czyżby Szczecin był ładniejszy o Wrocka?? Zachwytu dopełniły piękne domki w dzielnicy, gdzie ma dom Ania, jej fantastyczny dom, piękne wnętrza, ciepło kominka, wspaniały obiad, kawa, ciacho… Szkoda tylko, że musimy stąd jechać! Przyjedziemy tu, do Szczecina! Ania pokazała nam pokój, w którym będziemy spać! Wszystko mamy! Brakuje nam tylko czasu, aby wyskrobać kilka dni i dokładnie zwiedzić miasto, które nas w tak krótkim czasie oczarowało.
Do domu wróciliśmy szczęśliwie…
Teraz przeglądamy setki zdjęć. Spogląda z nich dziecko radosne, rumiane, skupione przy skrzypcach, brykające na plaży, wchodzące na wszystko co się da. Tygrysek jest stworzony do takich wypadów. Ciekawa jestem…  Na jak długo wystarczy ta tygodniowa zmiana klimatu??? Oby chociaż na dwa miesiące!



piątek, 20 grudnia 2013

Tygrys choruje…



Rano… Jestem już po śniadaniu. Czekam aż Tygrysek się obudzi. Mamy czas. Ostatni antybiotyk podałam około godziny czwartej nad ranem na kolejny mamy czas do dziesiątej. Sprzątam po śniadaniu kuchnię… W pewnej chwili słyszę klapanie bosych stópek po kaflach… Idzie! Idzie jeszcze zaspany Tygrysek! Cudowny, rozczochrany. Oczka ledwo otwarte. Dziecięce jeszcze, grube nóżki fantastycznie wystają z nogawek piżamki… Nacieszam się tym wspaniałym widokiem…

- Mamo! Ale ty jesteś gapą!

- Dzień dobry kochanie! Dlaczego tak uważasz??

- Mamo! Bo ty jesteś wielka gapą! Nie dałaś mi antybiotyku!

- Dałam! Tylko ty spałaś!

…Jak co noc, budziki zadzwoniły parę minut po czwartej. Zwlekłam się z łóżka. Obrałam banana, pokroiłam na kawałki, podgrzałam szklankę wody z czajnika, wyjęłam jedną kapsułkę, położyłam obok kawałków banana. Na łóżku siedział śpiący Tygrysek. Z zamkniętymi oczami spałaszował owoc, połknął kapsułkę, popił. Ze dwa razy próbował podnieść powieki podczas tej operacji. Położył się w swoje wygrzane miejsce, przytulił „Pimpusia” i zasnął. Pokój wypełniło miarowe posapywanie…

- Dałam ci! Spałaś… (Powtórzyłam.)

Tygrysek wrócił do łóżka. Czekał na poranną porcję pieszczotek…






W zasadzie od 13 listopada Tygrysek był tylko 3 dni w szkole. Choruje jak zwykle. Zaczyna się od kropelek do uszu. Tym razem zdiagnozowaliśmy zapalenie zatok sitowych, zapalenie ucha środkowego, przerost migdałka, krzywą przegrodę… Wykluczyliśmy chlamydię. Nie chorujemy na gardło, zapalenie oskrzeli, czy tym podobne. Zjadłyśmy antybiotyki pierwszego, drugiego i trzeciego rzutu. Te drugiego, chyba były nietrafione, ale wykonanie punkcji z zatok nam się nie uśmiechało. Teraz mamy dylemat – usuwać migdałek czy nie???

Szukamy mądrych głów, które nam podpowiedzą, co dalej??? Usunięcie na NFZ – czas czekania 5-6 lat! O zgrozo! Usunięcie prywatnie – to oczekiwanie 2 – 3 miesiące. Dokształcamy się w tym kierunku. Co jest lepsze – czekanie, może sam się obkurczy czy może uruchamiamy wszystkie znajomości i usuwamy jak najszybciej??? Chciałoby się w końcu znaleźć przyczynę, dlaczego Tygrys tak choruje!

W czasie pobytu dziecka w domu uczę je! Nie ma zmiłuj się! Tygrys uczy się w miarę systematycznie. Czasami opornie, czasami chętnie. Siedzi zakiszony w domu a w szkole tyle ciekawych zajęć mu przepada! Szkoda! Mikołajki, wyjazd klasowy, jasełka, konkursy… Gdy trafił na trzy dni do szkoły, pani zrobiła Tygryskowi kartkówkę. Napisał ją! Napisał bezbłędnie! Osiągnął pierwszy poziom! Pani napisała - „powyżej oczekiwań”… Z początku byłam zasmucona tą uwagą. Czyżby wskazywała ona, że Tygrysek może umieć mniej??? Niemniej się nie zrażam i zachęcam dziecko do nauki. Jest w szkole, w której dzieci muszą się uczyć. Mają sporo zadawane do domu. Pani kseruje dodatkowe kartki, ćwiczy dodatkowe zadania z matematyki… Już wiem, dlaczego szkoła osiąga wyższe wyniki. Wypracowują je uczniowie dodatkową pracą. Zachęcam, więc Tygryska do tej dodatkowej pracy. Mam nadzieję, ze przyniesie ona efekty. Podczas choroby byłyśmy w szkole na Biesiadzie Tuwima. Wygrałyśmy konkurs ze znajomości wierszy tego poety. Zrobiłyśmy kartkę świąteczną na międzyszkolny konkurs. Tygryskowa kartka zdobyła wyróżnienie! W styczniu na uroczystej gali ma odbyć się wręczenie nagród. Dziecko też zrobiło kolaż o tematyce świątecznej. Podczas grudniowej konsultacji z nauczycielem widziałam jego dzieło na wystawie…

Żartowaliśmy wówczas z panią, że czasy się tak zmieniły, że zamiast dzieci rodzice przychodzą do szkoły. Pośmiać się możemy, ale mnie nie jest do śmiechu! W pracy zaległości rosną. Tyle dni w domu… To walczenie z gilami wcale nie jest uwieńczone sukcesem! W końcu ile można chorować?!

Na święta wybieramy się do dziadków, potem na Sylwestra w góry, potem nad morze wywozimy Tygryska. Podczas pobytu w domu musimy po antybiotykoterapii oddać krew na wykonanie pakietu badań na alergię, czeka nas konsultacja u ponoć jednego z najlepszych dziecięcych laryngologów w mieście. Mamy wizytę na 3 marca, ale wcześniej musimy zapisać się na wizytę do koordynatora w sprawie płatnego zabiegu. Początek Nowego Roku zaczyna nam się od biegania z Tygrysem po lekarzach. Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku nasz Tygrys w końcu przestanie chorować! Może wyleczymy go raz i porządnie!






Na te nadchodzące święta, życzymy wszystkim czytelnikom spokojnych Świat! Samych radości pod choinką! A w Nowym Roku spełnienia marzeń. I… I dużo, naprawdę dużo zdrowia!

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Dialogi na cztery nogi…

 Wracamy razem ze szkoły, prowadzimy jak zwykle luźną rozmowę. W pewnym momencie Tygrysek tak zapytał:
- Mamo, jak na dziecko to ja potrafię już dobrze kłamać? Tak mamo??? Dobrze umiem, prawda??
- Niestety tak… (Westchnęłam.) Kłamać potrafisz…
- Mamo, ale ja jeszcze nie potrafię coś ukraść tak szybko i uciec! (To Tygrysek wypowiedział z taką tęsknotą za czynem nagannym, że mnie zamurowało!) 
- Na szczęście nie umiesz tego zrobić!
- To mamo ja jeszcze nie jestem „bandytką”!
- Uffff… (Zatkało mnie!) Na szczęście jeszcze nie!

W ciepły dzień leżymy sobie na naszej posesji wtulone w siebie na leżaczku. Patrząc na domek, który wyburzymy snujemy z Tygryskiem marzenia o przyszłości… Będziemy miały psa, kota, konia, króliki, ogródek… W pewnym momencie Tygrysek zapytał:
- Mamo, jak myślisz, Czy ja znajdę moją pierwszą mamę??
- Myślę, że tak!
- Znajdę ją! Zobaczysz!
- Masz do tego prawo, nikt ci tego nie zabrania!
- Znajdę ją i wiesz, co jej powiem??
- Nie…
- Powiem jej, że mam drugą mamę, która się mną opiekuje! I że ta mama, która się mną opiekuje jest dla mnie najważniejsza i ją najmocniej kocham!
- Pięknie to ujęłaś!
- Ale mamo! Ja tamtą mamę też kocham… Czy mogę ją kochać??
- Możesz…

Po pierwszych dniach w szkole Tygrysek wciąż pozostaje pod wrażeniem nowej pani nauczycielki. Podekscytowany tłumaczy mi:
- Mamo! Nasza pani jest dobra! Bardzo dobra! Jej dobroć oceniam na siódemkę! Dobrze??
- Pewnie, że tak!
- Ale mamo… Twoją miłość oceniam na… Na milion!
- Naprawdę??
- Nie! Na Trylion! Albo na trylion milionów!
- Nie może to być! Tak cię kocham?
- Wiesz, co, nie… (Powiedział Tygrysek i się zamyślił…) Mamo, twoją miłość oceniam na nieskończoność!

Podczas pobytu w sanatorium Tygrysek pił dużo wody i dużo sikał… Ponieważ ma bardzo delikatną „pipulkę”, po pewnym czasie mieliśmy dość bolesne odparzenie. Wracając z kolacji do pokoju tak planuję Madzi wieczór:
- Wrócimy do pokoju to od razu wchodzimy pod prysznic. Mama ciebie dobrze umyje, potem poleżysz sobie z gołą pupcią na łóżeczku, potem mama posmaruje ci maścijką pipulkę, poleżysz i potem ubiorę ciebie w piżamkę…
- Ale mamo! (Przerywa ożywiony Tygrysek.) Jak będą chłopaki na dworze to ja nie idę do pokoju!
- Jak to nie idziesz?! Idziesz!
- Nie mamo, jak będą chłopaki to nie!
- Dlaczego?
- Mamo! Bo to chłopaki są najlepszą maścijką na pipę!
I tu nie wytrzymałam! Parsknęłam śmiechem!

Do przedszkola Tygrysek uwielbiał chodzić w sukienkach, w sanatorium nie bardzo chciał się w nie ubierać. Rano zachęcam Madzię do sukienki:
- I ubiorę ci tą wrzosową sukieneczkę, tą którą lubisz…
- Nie, nie chcę!
- Nie podoba ci się już ta sukienka??
- Podoba! Tylko mamo, jak ja się będę bawić z chłopakami w sukience krzakach???

Wracamy z zajęć dodatkowych, chyba z teatru. Na dworze jest ciemno. Do domu droga nas wiedzie przez nowo wyremontowany Park Staromiejski. Tu zawsze daję dziecku trochę luzu. Radosny Tygrysek poleciał jak strzała w krzaczory, myszkuje, myszkuje… W końcu z samego środka parku rozległo się:
- Jeszcze Polska nie zginęła…
Głośno, dobitnie, tak jak śpiewają to „kibole” po przegranym meczu, z należytym fałszowaniem. Przystanęłam, zaczęłam się rechotać, przysiadłam na najbliższej ławce i czekałam, czekałam aż moje dziecko wyśpiewa, co ma wyśpiewać i do mnie podejdzie….

Innym razem wracamy z zajęć prowadząc rozmowę o przyszłości:
- Mamo, a ja będę musiała się odchudzać???
- Nie, jak teraz będziesz jadła mało słodyczy, to nie!
- Ale mamo, jak będę miała dzidziusia w brzuszku??
- Eee…  To wtedy nie! Wtedy trzeba jeść dużo, aby dzidziuś był zdrowy.
- I mamo! Urodzę dziewczynkę i chłopczyka! A jak urodzę jeszcze jedno dziecko, to wam dam!
- Super! Życzę ci tyle dzieci, ile będziesz chciała!
Nagle Tygrys się zamyślił, po czym wypalił:
- Mamo! Ale moje dzieci będą miały geny po mnie??
- Geny? Jakie geny??
- No wiesz, takie jak mój brat i moja siostra…
- Aaa… Tak! Będziecie mieli podobne geny!
Na tą odpowiedź Tygrys zareagował olbrzymią syreną. Buczał i szlochał!
- Madziu, co tym razem??
- Mamo! Bo ja nie chcę! Bo ja nie chcę, aby to były takie broje! Mamo ja nie chcę mieć dzieci! Nie chcę mieć takich broi jak ja!
- Ale Madziu, czy ty wiesz jak jest fajnie mieć takiego Broja jak ty??
- Ale mamo ja nie chcę! Nie! Nigdy, nigdy, nigdy!

W sobotę sprzątamy mieszkanie. Ja w kuchni mieszam w garach, tato odkurza a Madzia miała wysprzątać swój pokój. Po dłuższej chwili zaglądam do pokoju Tygrysa, a tu wszystko uporządkowane, normalnie rewelacja!
- Madziu, wspaniale posprzątałaś pokój!
- Tak??
- Pięknie! Widzisz jak chcesz, to potrafisz!
- Ale mamo… (Tygrysek zwiesił głowę.) Tato mi pomagał… W zasadzie, to ja stałam i mówiłam tacie, co ma robić a on to robił! I popatrz jak szybko posprzątałam!...
Zostawiłam to bez komentarza. Córusia tatusia!   

W październiku wykopywałyśmy z Madzią nasze wyhodowane selery… Tak sobie po pracy usiadłyśmy na krzesełkach na trawce i spałaszowałyśmy ulubione ciasteczka – Katarzynki z Torunia. Zrobiło nam się przyjemnie i słodko…
- To Madziu teraz napijemy się…
- Acha…
- Herbatę mamy tutaj, ale kubki są tam… (Ręką wskazałam na dom.)
Na to Tygrys się obudził:
- Kupki?? Jakie kupki?? W tym sensie, że chodzi o te kupki, które mi z pupy wylatują?!
Dobrze, że siedziałam na krzesełku!...

To Madzi rozkojarzenie tak mnie rozbawiło, że wracając do domu jeszcze w aucie śmiałam się na samą myśl o fantastycznej wypowiedzi mojej córuni. Tygrysek tym czasem nie był w humorze i tak do mnie wypalił:
- Mamo! Ty sobie normalnie jaja ze mnie robisz!
Dobrze, że nie prowadziłam auta… Biedny tato, nawet nie może do woli porechotać się z naszych konwersacji!

W naszej rodzinie jest sporo radości. Ostatnio mieliśmy przygodę z przykrywką, która zaklinowała się na garnku i nie mogliśmy go otworzyć. Pech chciał, że byliśmy głodni, ponadto mieliśmy smaka na parówki, które ugotowane były wciąż w garnku. Ja z tatą próbowałam dostać się do zawartości naczynia. Podjęliśmy kilka rozpaczliwych prób, aby dobrać się do dania głównego naszego śniadania. W tym czasie Tygrysek tak podsumował naszą przygodę:
- Oczy wylaźniete, języki powystawiane! Już nam ślinka cieknie! A tu nagle nie chce się otworzyć! Normalnie rodzina Adamsów!...

W czytance do szkoły jest wierszyk o dziewczynce, które marzy o piesku albo, chociaż o chomiku. Pod tekstem są pytania. Zadaje je:
- A ty Madziu, o jakim zwierzątku marzysz?
- Chciałabym mieć przynajmniej żółwia, albo jakiegoś ptaszka może… A może psa… Albo kota… Ale chyba najbardziej chciałabym mieć konia! Bo wiesz, kocham konie… Ale najbardziej chcę mieć rodziców! Bo najbardziej kocham rodziców!  

Na Święto Niepodległości pojechaliśmy sobie wypocząć… Tygrysek spał sam na dostawce. W środku nocy słyszę:
- Mamo!
- Cooo? (Pytam przebudzona.)
- Gdzie ja jestem???
- W hotelu…
- Ale spadłam…
- To wyjdź!
I w tym momencie dołączył do nas tato. Pośmialiśmy się z Tygryska, który z całą zawartością łóżka (Pościel plus stos pluszaków) brykał po podłodze. Sam dzielnie wciągnął cały majdan na łóżko i spokojnie, wesoły usnął ponownie. Tym razem do rana już nie wierzgał i spał spokojnie.

W czasie choroby Tygryska mam trochę problemów, aby zagonić dziecko do posiedzenia przy biurku i do nadrobienia zaległości. Tygrys wykłóca się niemożliwie. W końcu wypalił takim argumentem:
- Mamo, czy tu jest moja rodzina???
- Tak! (Odpowiedziałam, zaskoczona pytaniem.)
- To moja rodzina powinna mnie słuchać! Więc najpierw się bawimy a potem uczymy! Zrozumiałaś???
- Nie do końca…

Innym razem udało mi się namówić babcię, aby spędziła z  Tygryskiem przedpołudnie abym mogła w pracy nadgonić papiery… Wytłumaczyłam babci jak ma podawać leki – nystatynę i probiotyki po lekkiej przegryzce, inhalacje, kropelki… Następnego dnia podczas śniadania dziecko tak wypaliło:
- Mamo! Tej babci chyba już całkowicie rozum odebrało!
Oczy wyskoczyły mi z orbit!
- Co się stało Madziu??
- No mamo! Ja tłumaczyłam babci, że wystarczy serek deserek i po nim leki, a ona tylko obiad i obiad! I dopiero po obiedzie dostałam te leki!....

Siedząc w domu z dzieckiem nadrabiałam prasowanie. Obok mnie na fotelu inhalował się Tygrysek. Po inhalacji zdobył miseczkę pomidorków koktajlowych. W tym czasie zazwyczaj oglądałyśmy jakiś film… Patrzę na ekran, prasuję… W pewnej chwili zauważyłam, że Madzia jakoś dziwnie się porusza… Wdrapuje się na fotel, zeskakuje, tak jakby nurkuje na dywanie, coś łapie do pyszczka i zjada… Przerwałam prasowanie… Ocknęłam się! Na dywanie i podłodze leżały pomidory a wśród nich „polował” Tygrys…
- Madziu! Co tym razem broisz?? Co to jest?
- Mamo! Bo ja …
- Madziu! Dlaczego pomidory leżą podłodze??? (Oczami wyobraźni widziałam już wdeptane pomidory w dywan.)
- Mamo! To są łososie! A ja jestem niedźwiedziem! I ja muszę na nie polować! Dopiero potem mogę je zjeść! Rozumiesz???
Uśmiałam się! Powoli Tygrys zdrowiał!

Gdy Tygrys choruje mamy sporo czasu na gry planszowe. Kiedyś wieczorem graliśmy w ranczo. Madzia sprawnie rzucała kostkami, króliki mnożyły jej się nadzwyczaj ochoczo, kupowała pastwiska a wilki nigdy nie pożerały jej zwierząt. Jednym słowem doskonale sobie radziła. Mama odwrotnie… Na szarym końcu, nie miała, co marzyć o dogonieniu pozostałych członków rodziny. W pewnym momencie i mamie zaczęło dobrze iść. Wyszła prawie na prowadzenie! Gdy Tygrys to zauważył – zapytał:
- Mamo! Ty też oszukujesz???
….

Podczas nadganiania materiału mamy do rozwiązania rebus…
- I co Madziu tu mamy??
- Gil!
- To namaluj rozwiązanie!
- Mamo? To mam tu namalować tego „gila”, co mi z nosa wylatuje?? 

czwartek, 17 października 2013

Pierwsze dni w szkole...

Wiosną szukając szkoły dla Tygryska zaprowadziłam go do szkoły, szkoły, do której chciałam, aby trafił. Szkoła się Tygryskowi nie spodobała. Wręcz wybiegł z niej jak oparzony i jak to ma w swoim zwyczaju, głośno i stanowczo wyraził swoją opinię:

Ta szkoła mi się nie podoba, bo:

  1. Ja tu się nigdy nie oswoję!
  2. Tu nie będę nigdy dostawała piątek!
  3. Nie będę w ogóle tu miała dostępu do koleżanek!
  4. Brak mi koleżanek w tej szkole i chcę być w szkole z Nikolą!
  5. I po piąte, ja się tu nigdy, nigdy, nigdy nie oswoję z tym, że mają niebieskie koszulki! A ja chcę mieć koszulki różowe albo fioletowe! I jeszcze te panie, które się na nas gapią!....

No tak! Było widowisko i była widownia. Przed szkołą szalała mała dziewczynka, płakała i wrzeszczała, a obok niej mama, która ze stoickim spokojem notowała argumenty na NIE dla tej szkoły. Było, na co popatrzyć!

Zbierałam opinię innych rodziców o szkołach w okolicy i postanowiłam umieścić Tygryska właśnie w tej szkole. Pisałam podanie, chodziłam, dowiadywałam się…

Dopiero pod koniec wakacji, gdy byliśmy nad naszym wspaniałym, lecz zimnym Bałtykiem zadzwoniła do mnie pani z sekretariatu z wiadomością, że Madzia jest przyjęta i zaczyna naukę w klasie I c. Początkowo zaskoczona i przerażona, potem zadowolona wracałam z wakacji. Nie byliśmy przygotowani na taki scenariusz. Do tej szkoły trudno się dostać, tyle razy tam byłam i zawsze panie rozkładały ręce i kazały czekać…

Drugiego września niemalże z marszu, prosto z olbrzymiej piaskownicy Tygrysek pobiegł z rodzicami do szkoły. I tu zaskoczenie. Dzieci z klas drugich przygotowały apel, uroczystość była bardzo podniosła. Pierwszoklasiści, o dziwo doskonale w sposób losowy zostali dobrani. Ia – spokojne dzieci największe, Ib – spokojne dzieci najmniejsze i Ic -  zbiór „brojów”. Już na apelu dało się to zauważyć! Wychowawczyni Ic – ta wydala się najspokojniejsza i najpiękniej się uśmiechała, mimo, iż jej klasa była najmniej zdyscyplinowana!  Ciekawa jestem, jak ona opanuje te rozbrykane dzieciaczki???

Po apelu nauczycielka poznała swoich uczniów i objaśniła w klasie, co i jak. Na szczęście książki są potrzebne za kilka dni, i dobrze, bo niestety pakiet, który obowiązywał Tygryska nie leżał na półce w odwiedzanych przez nas księgarniach.

Pierwszego dnia w szkole Tygrysek wyglądał uroczo. Pięknie upięłam jego rozpuszczone bogactwo na głowie, ślicznie był ubrany i ku mojej uciesze, podarł tylko rajstopy! Bluzeczka i spódniczka – całe! Hurra!

Drugiego dnia tato rano bez większych kłopotów odprowadził córcię do szkoły a mama ją odbierała:
- I jak było w szkole??
- Mamo! Pani za dobroć postawiłabym siódemkę! Ale za naukę… Zero! Rozumiesz! Zero! Nic, nic się nie uczyliśmy! Nie było ani matematyki ani przyrody! Nic nie było!
- Szkoda! Ale przynajmniej sobie posiedziałaś w ławce!
- Co?! Nie było żadnych ławek! Pani posadziła nas w kółeczku! Nawet w ławce nie siedziałam…
I takiego rozżalonego Tygryska przyprowadzałam do domu.

Kolejnego dnia zbliżając się do dziecka usłyszałam:
- Mamo! Po co po mnie przyszłaś! Ja jeszcze na świetlicy nie byłam! Nie idę do domu! O nie! Nigdy!
W czwartek klasa miała WF, jako pierwszą lekcję. Pomogłam chwilę pani i odprowadziłam dzieci do szatni przy sali gimnastycznej. I tu o dziwo – męska grupa „broi” szybko się przebrała jak należy, a damska grupa, liczniejsza nieco od męskiej – zajęła dwa pomieszczenia, przy czym, w jednej pod przewodnictwem Tygryska założyła dyskusyjny klub… Uuuu… Na szczęście Klaudii zawieruszyły się gdzieś skarpetki, wiec to właśnie ona, tuż po Madzi zamykała peleton!    

Po południu po pobycie w świetlicy pytam:
- I jak było w świetlicy??
- Fajnie! Tylko jedna pani cały czas trajkotała, że mamy być grzeczni! Cały czas nas upominała! Uuuu…

W piątek odbierając Tygryska ze świetlicy usłyszałam, że „ doskonała dziewczynka jest z tej pani Madzi”… Urosłam!

W poniedziałek natomiast Tygrysek zrobił przedstawienie! Wrzeszczał, nie pójdzie na religię, oczywiście nigdy, przenigdy. Łzy się lały jak grochy, bo Tygrys nie potrzebuje szkoły, bo jego mama może go uczyć!  Ba! Mama go uczy najlepiej… Nawet nie było mowy, aby szedł na górę z jakaś koleżanką. Cały w spazmach dawał upust swojej niechęci do szkoły na oczach nauczycielki, koleżanek, kolegów i rodziców.

Tato zdruzgotany wrócił do domu. W pracy zastanawialiśmy się, co Tygryska ugryzło?? Dlaczego?? Co dalej??

Pełna obaw w tym dniu weszłam do świetlicy. Tygrysek siedział nad jakąś książeczką, o dziwo sam, spokojnie ją przeglądał.  Po wyjściu z sali zapytałam:
- I jak Madziu??
Tygrys doskonale wiedział, o co chciałam zahaczyć! Padł na korytarzu szkolnym na kolana, rozłożył desperacko ręce i zawołał:
- Mamo! Tylko mnie nie wypisuj z tej szkoły! Ja ją kocham! Ona jest wspaniała! Rozumiesz! Kocham ją! Kocham! Kocham!
Zdumiona teatrem stanęłam jak wryta! Jeszcze trochę i Tygrys zacznie całować korytarz! Ale dziecko widząc zainteresowanie przedstawieniem zbliżało się już do wyjścia, tym razem z bananem na buzi powtarzało zapamiętale:
- Kocham ją! Kocham! Kocham!
 I bądź tu człowieku mądrym! I traf za Tygrysem!

 Kolejne dni przynosiły nowe doświadczenia. Powoli oswajaliśmy się ze szkołą, z odrabianiem lekcji, pakowaniem tornistra. Kupiliśmy pióra. Już mamy za sobą pierwsze zmagania z atramentem. Już nie raz Tygrysek nie bardzo uważał i nie miał zielonego pojęcia, co było na lekcji. Właściwie to mam czasami odczucie, że klasa i pani robią swoje a Madzia swoje! Nauczyłam dziecko czytać, Madzia czyta polecenia i wykonuje zadania samodzielnie, do tego bazgrze! Stara się, ale jej to niezbyt wychodzi. Rozmawiałam już z panią. Ale niestety Tygrys ma ćwiczyć kaligrafię, jej pismo ma być czytelne! Zobaczymy, co po roku osiągniemy w tej dziedzinie???

Martwi mnie mała ilość zajęć typu plastyka, muzyka i jakieś zajęcia ruchowe w jej klasie! Zabiegałam o to jak lwica. W końcu się udało, jednak pani dyrektor się wynurzyła jak nurek z szamba: … , ale nauczyciel musiałby czekać na klasę 2 godziny, nie tych zajęć nie będzie”…  

To mną zatrzęsło! To 26 dzieci ma nie mieć ani plastyki, ani muzyki ani gimnastyki korekcyjnej, bo nauczyciel miałby 2 godziny okienka??? I to ma być najlepsza szkoła w mieście??? To, co w innych jest??? Popatrzyłam, co jest w innych, przemyślałam sprawę, poznałam dyrekcję szkoły sąsiedniej, porozmawiałam i postanowiłam, – jeżeli nic się nie zmieni, to dziecko przeniosę do szkoły, w której jest sporo zajęć, aby szkoła nie kojarzyła się Madzi, jako budynek, w którym tylko zdobywa się wiedzę.

Porozmawiałam z Madzią na spokojnie, ta odpaliła:

- Mamo! Nawet jak się pomyliłaś odnośnie tej szkoły to i tak ciebie kocham najmocniej! Tylko zrób tak, aby moje koleżanki też tam poszły!

14 października odbyło się pasowanie na ucznia szkoły. Uroczystość była starannie przygotowana i przepiękna. Ja zostałam wybrana do porobienia zdjęć dzieciom, dzięki temu miałam możliwość spojrzeć na to inaczej. Tu mam zdjęcie Tygrysa jak ziewa, tam inna koleżanka śpi, tu inna stoi i drapie się po pipci, to znowu trzy pannice z placami w buzi stoją i się gapią jak wół na malowane wrota. Tu kolejne zdjęcie muszę odrzucić, bo jedna z gwiazd zrobiła taką minę, że szok, tu chłopcy stoją tyłem, tu gadają… Parę zdjęć jest świetnych! Najlepsze jest zdjęcie śpiewającego wspaniale Wojtusia! I ten, równy, miarowy śpiew zniknie, jeżeli w szkole nic się nie zrobi, aby ten talent rozwinąć! Pod koniec imprezy chcieliśmy zrobić klasowe zdjęcie grupowe… I kicha! Na żadnym 26 dzieci nie stoi czy siedzi ładnie! Nie ma takiej opcji w klasie „broi” Dzieciaczki są piękne, wręcz cudowne, ale robaczki w pupie to mają chyba wszystkie! 

Takie mamy pierwsze emocje w szkole. Czy Tygrys będzie tu do skończenia klasy szóstej – nie wiem??? Szkoła ma renomę najlepszej publicznej szkoły w mieście. Rodzice budzą swoje pociechy o szóstej, aby dowieźć je do tej szkoły. My mamy 15 minutek spacerku. Może szukam czasami dziury w całym, może nie mam pojęcia, co tak naprawdę się dzieje w innych szkołach, ale jest kilka rzeczy, które bym zmieniła. Nie wiem, czy wystarczy mi siły czy się poddam i machnę ręką?? Na razie Tygrys jest zadowolony i to najważniejsze!     

wtorek, 23 lipca 2013

Korzenie...


Na krótko przed wyjazdem do sanatorium z czystej ciekawości i dla zabicia nudy wklepałam parę liter w telefonie i… I po kilku chwilach spojrzały na mnie oczy Tygryska… Identyczne oczy, których widokiem każdego dnia się nacieszam… Ciekawość wzięła górę, poszperałam, spojrzały na mnie podobne oczy, niemniej oczy mojego Tygryska są identyczne! Nawet identyczne jest spojrzenie mojego Broja…
Sprawiło mi to ogromną radość, widziałam kobietę ładną, zadbaną, czytałam jej poprawne relacje z dziećmi, poznałam jej zainteresowania…
Gdy ochłonęłam, na spokojnie podzieliłam się tą wiedzą z Tygryskiem. Tygrysek ochoczo patrzył w telefon, dosyć spokojnie kontemplował spojrzenie mamy biologicznej…
- Podoba ci się??
- Taak…
-To dobrze!
- A kiedy ją poznam???
- Jak dorośniesz, to pójdziesz do OA lub sądu i poznasz adres mamy, możesz ją wówczas odwiedzić….
To na razie Tygryskowi wystarczyło. W zasadzie, przyjmując do adopcji Tygryska, zdawaliśmy sobie sprawę, że nasze dziecko mając prawo do swoich korzeni, wcześniej czy później odnajdzie swoją rodzinę biologiczną. Nie przypuszczałam, że tak szybko spojrzę w oczy kobiety, która urodziła Tygryska.
Minął miesiąc, może półtora, Tygrysek nie wracał do tematu, ja też nie, aż pewnego razu poprosił:
- Mogę jeszcze raz zobaczyć tamtą mamę??
- Możesz…
Wzięłam telefon, poszukałam, podałam dziecku zdjęcie. Tym razem Tygrys patrzył dłużej, po czym westchnął i zapytał:
- Kiedy ja wreszcie zobaczę swój prawdziwy dom?
Ręce mi opadły…
- Madziu, a tu, co masz???
Tygrys się pokapował i powiedział:
- No tak, przepraszam… To jest mój dom mamusiu!
Rzucił się w moje ramiona, przytulił, płakał, ale już go korciło, aby zdobyć więcej informacji o mamie biologicznej.

Powiedziałam o tym przyjaciółce, ta najpierw potępiła moje postępowanie, niemniej jednak przyznała mi rację. W dobie dzisiejszej, dobie kopalni informacji w Internecie dla dziecka adoptowanego już nie jest problemem odszukanie swoich rodziców biologicznych. Myślałam, że to nas czeka za 12 lat. Nieprawda. Jeszcze parę lat i Tygrysek nawiąże kontakt z mamą czy rodzeństwem. Pozna komputer, Internet, nauczy się pisać, wpisywać właściwe zapytania w google – i wyniki będą! Szybko… Wystarczy, że wrzuci do sieci swoje oczy i każe szukać podobnych… I będą.
Wyprzedzając Tygryska mam niejako do pewnego czasu kontrolę nad jego poszukiwaniami. Mogę się łudzić, że podchodząc do tematu na spokojnie, spowoduję, że Tygrysek nie zejdzie do „podziemia”. Może będzie się dzielił ze mną swoimi „osiągnięciami”. Tego nie wiem. Ale jedno jest pewne, sporo zależy od mamy biologicznej Tygryska. Czy tamta mama będzie na tyle wyrozumiała i na tyle taktowna, aby czekać, aż młodociany Tygrysek się „wyszumi” pod naszymi skrzydłami??? Czy nie zacznie nim manipulować??? Bardzo się tego obawiam!
Trafiło nam się mądre, inteligentne dziecko, wrażliwe i uczuciowe. Okres dorastania będzie bardzo burzliwy w przypadku naszej córki. Bestia jest cwana, ale nim osiągnie „życiową mądrość” będzie bardzo podatna na ingerencję z zewnątrz.
Obawiam, się, że coraz częściej, nie dojrzałe osoby, ale nastoletnie adoptowane dzieci będą nawiązywały kontakt ze swoimi bliskimi. Tygrys nie będzie pierwszy! Mam nadzieję, że jeżeli się do tego należycie przyłożę, to do pewnego momentu będę miała możliwość kontrolowania jego poczynań w tym zakresie. Najważniejsze jest to, że nie tworzymy z tego tematu tabu, nie histeryzujemy, że nie chcemy, nie zachęcamy i nie odradzamy.
Często padają słowa, dziecko będzie takie jak je wychowacie…Często na Bocianie dziewczyny próbują genetykę przykryć wychowaniem… Poczytałam sporo, statystyki są jednak proste:
40- 60 % - genetyka,
40-60 % wychowanie…
I… Ważne wydarzenia losowe, które mogą wszystko zakłócić!
I wracając do genetyki – już wiem, dlaczego Tygrys kocha farbowanie włosów na blond, już wiem, dlaczego kolorowe buty na wysokim obcasie to jest jego marzenie! Już wiem, dlaczego wymalowane paznokcie będzie miał… Reszty nie wiem, ale znając życie dowiem się wszystkiego, może już za cztery, może sześć a może dopiero za 10 czy 12 lat…
I pozostaje mi mieć nadzieję, że mama biologiczna Tygryska kierując się dobrem dziecka nie zaingeruje zbytnio w nasze poczynania… A potem w przyszłości chciałabym, aby Tygrysek wybrał jednak nas… Ale co będzie - czas pokaże!