piątek, 29 marca 2013

Pieniążki, kto ma ten jedzie do Wieliczki…

Dawno, dawno temu na koloniach śpiewaliśmy:
Pieniążki, kto ma, tej jedzie do Wieliczki
A kto pieniążków nie ma, ten palcem do solniczki!...

Po tylu latach ta kolonijna piosenka kryje w sobie głęboką prawdę! Nawet trzeba by zmienić tekst „pieniążki” na „duże pieniążki”. Ale, zacznijmy od początku!
Ostatnio jestem fanką „gruponów”, tym razem padło na pobyt w Wieliczce. Oferta była zachęcająca i za małe pieniądze. Wieliczka, wiadomo, jedyne takie miejsce na świecie. Plan mieliśmy jak zwykle rozbudowany – dzień dla zdrowia dwa razy, popołudnie w Niepołomicach, popołudnie i wieczór w Krakowie, trasa turystyczna, Solilandia, trasa górnicza i nawet bąkaliśmy o Wawelu…
W czwartek rano o szóstej zadzwonił budzik… Uuuuu…. Jak ja nie lubię wstawać tak wcześnie! Ale ledwo budzik umilkł usłyszałam:
- Świetnie! O właściwej porze usnęłam i o właściwej się obudziłam! Wstajemy!
Obok mnie Tygrysek z radością witał nowy dzień gotowy na przygody! Jego zapał udzielił się wszystkim, szybko zebraliśmy się i bez marudzenia ruszyliśmy w drogę.
W Młynie Solnym powitała nas miła obsługa i od razu ruszyliśmy, aby zdążyć na pierwszy zjazd pod ziemię. I tu się trochę podłamaliśmy. Za dwa zjazdy do sanatorium zapłaciliśmy 900 PLN i za to otrzymaliśmy:
- Burczenie lekarza, który potraktował nas jak intruzów.
- Nikt z obsługi się nam nie przedstawił, nie poinformował, co i jak. A wypadałoby, aby lekarz przedstawił się grupie, poinformował o warunkach panujących w kopalni, przedstawił personel, który niby miał czuwać nad pacjentami.
- Nie wskazano nam sprzętów, nie wprowadzono nas do pomieszczeń, co więcej dostaliśmy na naszą trójkę tylko jeden koc i… I róbta co chceta pod ziemią…
Na szczęście nie jesteśmy ludźmi, którzy sobie nie poradzą, ale chciałoby by się, aby personel tak pracował, żebyśmy chcieli przyjechać do takiego sanatorium a nie załatwiali go tylko z uwagi na to, że nasze dziecko choruje…
Niemniej była to dla nas fantastyczna przygoda. Znaleźliśmy miejsce przy stoliku, kuracjusze nas poinformowali o wszystkim, a ekipa, która „była” w pracy usadziła swoje cztery litery w tzw. dyżurce…
Dla dzieci (i dorosłych też) zorganizowane były zajęcia oddechowe. Prowadziła je bardzo sympatyczna dziewczyna. Potem zajęcia ruchowe a na końcu były biegi na czas wokół jeziorka Wessel. Wszystkie działania miały na celu wspomóc wdychanie zdrowego powietrza. Bardzo dużym błędem jest łączenie kuracjuszy – dzieci i ludzi starszych. Starzy marudzili na dzieci, że głośne, że biegają, że… Ale przecież to normalne, że dzieci w wieku przedszkolnym takie są, one muszą jakoś wyładować swoją energię, a szczególnie jest to uciążliwe, gdy przestrzeń jest ograniczona. Pod koniec pobytu dzieci z nudów walczyły ze sobą, wszystkie. Nie spodobało się to jednej staruszce i zawarczała na dziewczynki, że są „paskudne, wręcz obrzydliwe i nieznośne”... Dziewczynki wróciły do stolików i płakały. Tygrys też. Szkoda, że nie byłam przy tym. Szkoda, że nikt dzieci przed takim atakiem nie obronił. Ale jak wcześniej zauważyłam, personel miał to wszystko „gdzieś”, a dzieci, naprawdę z nudów musiały sobie wymyślać jakieś zabawy!

W trakcie tego pobytu mieliśmy taką przygodę: przyłączyliśmy się do zajęć grupowych, w pewnym momencie wpadł Tygrys i oznajmił, że są dla dzieci inne zajęcia i dzieci oswobodziły się z objęć rodziców i ruszyły za Tygryskiem na inne zajęcia. Zrobił to tak naturalnie i dzieci się do niego przyłączyły bez kapryszenia, że jeden z rodziców orzekł:
- Ona powinna zostać ambasadorem!
Kolejnego dnia zjechaliśmy w godzinach rannych, zmieniła się ekipa, oczywiście „stado owieczek” bez dzień dobry, bez zapoznania się obsługą, zostało zwiezione na dół i tu personel pobiegł w swoją stronę a kuracjusze w swoją. Usiedliśmy przy stoliku. Po chwili podbiegły do nas babcie i kazały opuścić stolik, bo to ich… Uuuu… Ja nie dam się w łatwy sposób przepędzić, więc babcie usiadły przy innym stoliku. W końcu to ma być dla mnie przyjemność, a nie użeranie się z ludźmi. Do „naszego” wywalczonego stolika dosiedli się inni kuracjusze z dziećmi a potem, to siedziały prawie same chłopaki a na środku stołu pojawiła się cała sterta chłopackich zabawek. Bawiłam się z chłopakami w najlepsze! Miałam dosyć pokaźną armię smoków, która walczyła z armią żołnierzy. Mieliśmy czołgi, samoloty i działa! Dobrze, że moje smoki latały wyżej niż samoloty! Tygrys z resztą „bandy” biegał wokół jeziorka.
Spacerując wokół jeziora zwiedziliśmy „Stajnię” i przyłączyliśmy się do zajęć ze śpiewania. Weszliśmy do komory, a pani prowadząca zajęcia nas się zapytała:
- A Madzia ogląda bajeczkę?
- Tak, chyba wszystkie dzieci siedzą przed telewizorem.
- Wiecie państwo, że macie bardzo inteligentną i bystrą córeczkę!
- Taaaak…Dziękujemy!
Odpowiedzieliśmy zaskoczeni. Takie wyróżnienie, przy wszystkich. Duma nad rozpierała! Pani jednak ciągnęła dalej:
- Ona ma piękne oczy i porusza się z taką gracją! Oj będziecie mieli problem z chłopakami!
- Tak, wiemy!
- I co???
- I wybudujemy wysoki płot wokół domu, dom z wieżyczką a tam zainstalujemy CKM i każdą makówkę, która się pojawi nad murem skosimy…
Wszyscy wybuchnęli śmiechem a pani na szczęście nie drążyła tematu dalej. Niemniej my byliśmy podbudowani, że Tygrys został zauważony. I to nie tylko przez obsługę. Chłopaki od razu pokochały Tygrysa. W pewnej chwili dobiegło mnie, jak dzieci krzyczały:
- Magda i chłopaki górą! Magda i chłopaki górą!
Nie bardzo się orientowałam, o co tym razem chodzi, ale Magda w gronie chłopaków dyrygowała, co dalej będą robić. I to robili, ku uciesze dzieci, i ku zgrozie starszych kuracjuszy!
Tym razem nikt nie nagadał Tygryskowi, ale podszedł do naszego stolika smutny chłopczyk i się żalił, że „tamta pani mnie przegoniła, bo się za bardzo wiercę”. Normalnie, starsze pokolenie, chciałoby, aby dzieci dołączyły do posągów z soli! Na szczęście mogłam podzielić się moimi smokami i chłopiec po chwili swoim smokiem pożerał czołg!
Oczywiście w pewnej chwili zrobiło się zamieszanie i wszyscy pośpiesznie opuściliśmy komorę.
W dniu dzisiejszym chcieliśmy pojechać do Krakowa. Ale pobyt kilka godzin pod ziemią tak nas wyczerpał, że padliśmy. Tylko Tygrys szybko się zregenerował, umówił się z Jasiem i bawił się w świetlicy w Młynie Solnym do kolacji.
Kolejnego dnia udajemy się na trasę turystyczną. Ach, pędzimy po korytarzach od komory do komory, ja z ledwością robię jakieś zdjęcia. Warunki są trudne a zdjęcia kiepskie. Tygrysek oczywiście jest w swoim żywiole, pilnuje panią przewodnik, zadaje pytania. Dla mnie takie zwiedzanie jest do bani! W końcu nie chłoniemy kopalni, tylko po niej biegamy jak po hipermarkecie! Tu „pies” tam „kierat”, tam „bałwan solny”, tu Soliludki…
W końcu mamy przerwę w zwiedzaniu, możemy wyjechać na powierzchnię lub udać się jeszcze do muzeum.
W ramach przerwy chcemy coś przekąsić pod ziemią. Uuuu… Są gołąbki. Tygrys pragnie zjeść gołąbki. OK.! Są duże, więc cała rodzina się podzieli jedną porcją. Ale nic z tego, Tygrys wtranżala wszystko, dosłownie końcówka zostaje dla taty. W takim wypadku ja wpadam na pomysł zjedzenia kremówki papieskiej. Droga jak tyfus, ale co tam! Kupuję!
I tu szok! Do pysznej kremówki wyciągają ręce i tato Tygrys! Tato jeszcze pokazuje wczoraj zrobione zdjęcie „oponki” mamy i mnie straszy, że oponka po zjedzeniu kremówki się powiększy! No cóż! Poległam! Oddałam im kremówkę, która zniknęła szybko z talerza! Ale tu Tygrysek przytulił się do mnie i wołał taty:
- Mama ma najpiękniejszą oponkę! Kocham oponkę mamy!
No tak, chciałoby się zjeść kremówkę i chciałoby się nie mieć oponki!
Po posiłku udajemy się do muzeum Żup Krakowskich. Jest świetne. Tylko, dlaczego znowu się spieszymy???
Po zwiedzeniu kopalni udaliśmy się do Kościoła i Zamku Żupnego. Kościół piękny! Bogaty. Nie widzieliśmy zbioru naczyń liturgicznych, bo było już zamknięte. Szkoda, bo monstrancja i inne przedmioty pokazywane na zdjęciach wydają się być ciekawe.
Zamek Żupny ma ciekawą kolekcję solniczek. Niektóre są przepiękne! A my w domu nie mamy żadnej porządnej solniczki! Musimy kupić. Jeszcze w tym zamku oglądamy ciekawą kolekcję amonitów. To chyba jest największa wystawa, jaką widzieliśmy do tej pory. Tygrysowi też się podoba! Szczególnie multimedialna impresja. Naprawdę ma się wrażenie, że amonity tańczą w takt muzyki.
Ledwo wróciliśmy do pokoju, nim my się rozebraliśmy Tygrys w podskokach był już gotowy pobiec do Jasia. Pobiegł… Dzieci się bawiły do późnego wieczora!
W niedzielę ja z Tygrysem wybrałam się na odkrywanie Solilandii a tato zaliczył trasę górniczą. Tym razem szybko zbiegliśmy po schodach, dzieci odkrywały tajemne znaki pozostawione przez Skarbka, poznały Soliludka, znalazły jaja Solonia, jego ogon i głowę, aby w końcu swojej wędrówki spotkać się ze Skarbkiem. Skarbek zaprosił dzieci do swojej komory a tam było przedstawienie. Na tronie zasiadła księżniczka Kinga a dwóch rycerzy szukało soli i wykopało pierścień dla księżniczki. Tak się złożyło, że księżniczką został Tygrysek i dostał pierścień od rycerza. Widziałam radość mojego dziecka! Ależ Madzia się cieszyła! A jej oczy wyszły z orbit, gdy Skarbek pozwolił zachować jej pierścień na zawsze! Ale ma dziewczyna fuksa! Normalnie, Tygrys rzeczywiście urodził się pod szczęśliwą gwiazdą! Oby ta gwiazda mu świeciła do końca jego dni!
Na zakończenie przygody w Solilandii dzieci dostały po krysztale soli. Sól pięknie krystalizuje! Ponoć jest kryształowa komora, ale jest to rezerwat i tylko nieliczni mieli okazję ją widzieć. No cóż, dobrze, że choć tyle zobaczyliśmy. W końcu pod ziemią spędziliśmy prawie 24 godziny! Zakupiliśmy sobie na pamiątkę woreczek kuchennej soli kamiennej za jedyne 16,5 PLN za 2 kilo! Kiedyś taka sól kosztowała grosze i była omijana szerokim łukiem, bo była szara i potem na talerzu skrzypiały pod łyżką grudki minerałów. Teraz taka sól to rarytas! I to, jaki! Normalnie będziemy jej używać tylko na świąteczny stół!
I tak nasza przygoda dobiegała końca. Mając w rękach kupon na zniżkowy obiad udaliśmy się do restauracji. Tam przy jednym stole siedziała grupa Rosjan z dziećmi. Jeden z chłopców „szalał” przy stole i został przez mamę wyprowadzony do holu hotelu, aby nie przeszkadzał pozostałym.
Tygrys też zachowywał się kiepsko… Zjadł zupę, ale nim podano nam drugie danie lokal opuściła nowo poznana koleżanka Olga i Tygrys nie miał nastoju na nic. Co więcej, złota rybka podana na talarkach z uśmiechami zamiast wędrować do paszczy przemieszczała się na talerzu tam i z powrotem. Napięcie rosło, aż w końcu talarek z uśmiechem zawirował nad stołem, uderzył w mamę i wylądował pod stołem! Do młodego Rosjanina dołączył Tygrys. Ale chłopczyk wypłakał się na sofie a Tygrys dla wszystkich zrobił przedstawienie na posadzce. Biała bluzka zamieniła się w szarą. Uuuu… Szkoda, ale wychowanie kosztuje! To tylko ubrania, tak jak uczyła mnie psycholog pani Małgosia nie reagowałam, choć szkoda mi było tej bluzki! W końcu nie była znoszona! Personel hotelu i inni goście mieli przedstawienie, które zakończyło się jak tylko Tygrys zrozumiał, że siedzimy daleko, zajadamy obiad i nie zwracamy uwagi na jego wybryki. Na szczęście żaden ze „skazanych na banicję” nie wpadł na pomysł, aby na złość mamie odmrozić sobie uszy! Bardzo było zimno na dworze i Madzia z chłopcem postanowili się wspólnie pobawić. Obydwoje zamienili swoje łzy szału na piski radości i bawili się przy recepcji.
W pewnej chwili Madzia do nas podeszła i powiedziała, że ma ochotę na jedzenie. Było już zapakowane. Tygrysowi mina zrzedła, ale cóż, przyjął wiadomość na klatę, wypił sok i pobiegł się bawić z Rosjaninem, którego obiad również znikł ze stołu.
Ciekawa jestem, ile razy będziemy jeszcze przerabiać tą lekcję??? Przykazałam tacie, że po drodze do domu nie ma żadnego zatrzymywania się na posiłek. Ledwo rozpakowaliśmy samochód, Madzia poprosiła o obiad. Odgrzałam w kuchence zapakowany obiad i nim się spostrzegłam „złota rybka” zniknęła w czeluściach Tygrysa, talarki z uśmiechami też a po marchewce nie było nawet śladu!
Jeszcze dwa zdania o pogodzie! Jesienią w ramach gruponu chciałam pokazać Tygryskowi zimę, taką prawdziwą. Pod koniec listopada w Tatrach nie było śniegu i pogoda była jak drut!
Tym razem marzyła mi się wiosna, kwitnące forsycje i przebiśniegi… A pokazałam zimę. Mroźną, z opadami śniegu, ze słońcem i soplami. Zimę piękną, tylko, dlaczego zima w tym roku tak się spóźniła???

 

czwartek, 14 marca 2013

Mała „spryciula”

Często sprzątając kuchnię wymiatałam z różnych zakamarków a to podrobiony na kawałki żółty serek, a to przeżute i wyplute resztki mięska, a to nitki makaronu ukryte między zabawkami. Zżymałam się z tym, sprzątałam, słuchałam wyjaśnień Tygryska, że to są „zapasiki myszki zgromadzone na zimę”. Tłumaczyłam, mówiłam, że tak nie wolno, prosiłam, itp. W końcu po lekturze książki „Uparte dzieci…” przeszłam od „gadania” do „działania” i to od razu w wielkim stylu.
Tygrysek mimo skończonych sześciu lat wciąż domaga się karmienia. Normalnie potrafi pół godziny siedzieć i otwierać buzię i czekać, aż ktoś litościwy będzie pakował do paszczy jedzenie. Na tatę to działa, ja mam w tym czasie czas, aby zająć się na spokojnie pracami w kuchni. Jest to ta upragniona chwila spokoju, w której Tygrys na pewno nic nie zbroi!
Ostatnio siedząc z Madzią w domu ”ćwiczyłam ją z samodzielnego jedzenia”. Miałam czas! Tygrys nie miał wyboru! Musiał zjadać sam. Trochę mi szkoda, bo „Bestia” inteligentna jest, ale z uporem maniaka wciąż testuje moje zachowanie i pierwsze pół godziny posiłku spędza nad talerzem, otwiera buzię i prosi, aby go nakarmić! Potem zjada zimny posiłek. Ne wiem, czy nie smakuje jej ciepłe danie???  Niemniej drugie danie potrafi trwać czasami 2 godziny! Tak było dziś z drugim daniem! Na obiad ugotowałam ziemniaczki, udka z kurczaka duszone w cebulce oraz kiszone ogóreczki. Do tego kompot z jabłek, ananasa i limonki. Dla mnie pychota! Dla Tygrysa raczej nie! Od razu zgłosił zastrzeżenie, że skórka na kurczaczku nie jest chrupiąca... Nic, na spokojnie przeżyłam marudzenie dziecka i po skończonym obiedzie poszłam do sypialni poczytać książkę… W końcu po około godzinie doczekałam się wiekopomnej chwili – Tygrys zjadł! Nawet odstawił swój talerz na blat koło zlewu. Po chwili wstałam i udałam się do kuchni, aby dokończyć sprzątanie. Na talerzu Tygrysa leżały porozrzucane ziemniaki, kiszone ogórki były wyjedzone, co do joty. Zastanowił mnie brak kości po kurczaku! Na talerzu nie było nawet śladu po mięsie! To dało mi do myślenia. Zajrzałam do garnka, przejrzałam „skrytki myszki”, zajrzałam do kosza na śmieci i nie znalazłam! W tym momencie zawołałam Tygryska:
- Madziu, co się stało z mięskiem???
- Zjadłam!
- Wszystko zjadłaś???
- Tak mamo! Wszystko zjadłam!
- No dobrze, a gdzie jest kość z twojej nóżki???
- W koszu!
- W koszu?? To proszę wyjmij mi ją i pokaż.
Tygrysek wyjął moją kosteczkę i podał mi ją z szelmowskim uśmiechem na ustach.
- Zobacz mamo jak zjadłam!
- Madziu! To moja kosteczka! Pokaż mi twoją!
Przyparty do muru Tygrys wygrzebał zawinięte w papierowy ręcznik swoje mięsko. Czekał ze spuszczoną głową na moją reakcję. Ja na spokojnie, odwinęłam mięsko z ręcznika, dałam do ręki Tygryskowi i poleciłam, że ma to zjeść.
Tygrys zrobił wielkie oczy! Z zaskoczeniem sięgającym zenitu z rozpaczą w głosie zapytał:
- Mamo! Ty każesz mi jeść to mięso ze śmietnika???
- Tak Madziu! Zjesz to mięsko ze śmietnika.
Tygrys próbował ze mną negocjować, lecz ja nie podejmowałam dyskusji. Posadziłam dziecko przy stole i jak gdyby nigdy nic zajęłam się porządkowaniem garów w kuchni. Widziałam, jak pierwszy kęs zakłuł Tygrysa w zęby, ale ponieważ z mojej strony nie było żadnej reakcji Tygrys na spokojnie obgryzł całą kosteczkę. Na koniec jeszcze udało mi się oderwać troszkę kęsków i podałam je dziecku. Po skończonym posiłku, tak odpaliłam do wciąż zaskoczonego Tygryska:
- I tak oto Madziu, mamy już przećwiczone jedzenie mięska ze śmietnika! Mam nadzieję, że było to pierwszy i ostatni raz i już nigdy nam się to nie powtórzy. Co ty na to??
- Tak mamo!
- To dobrze! Teraz możesz iść się pobawić.
Tygrys poszedł się bawić, a ja mam nadzieję, że moja nowa lektura pomoże mi wciągnąć moje dziecko do współpracy ze mną. Myślę, że mój taniec z Tygryskiem na szkle powoli przerodzi się we wspaniałą współpracę, mimo, iż wciąż Tygrys testuje granice…

sobota, 29 grudnia 2012

Tatry

W tym roku mieliśmy problem z pojechaniem na wakacje. Tato cały czas zajęty, w rozjazdach… Nawet nad morzem pracował, ledwie wieczorami towarzyszył nam na basenie. Postanowiłam wykupić grupon i postawić moją rodzinę przed faktem dokonanym. Tym razem padło na Tatry. Tato bez pracy, laptop w plecaku, telefon poza zasięgiem…
Rezerwując termin na koniec listopada miałam cichą nadzieję, że będzie już śnieg. Chciałam pokazać Tygryskowi zimę z prawdziwego zdarzenia, marzyłam o sankach i zjazdach z górki na pazurki. Aura sprawiła nam jednak niespodziankę. Dała nam kilka dni w Tatrach z fantastyczną pogodą, bez dzikiego tłumu na suchych szlakach. Do tego doliczmy hotel przy Krupówkach, w samym środku, a w nim wyśmienitą kuchnię. Wzięłam nawet menu i żartowałam z obsługą, że raz w tygodniu DHL-em będziemy zamawiać obiad. Wszystko cokolwiek podano do stołu było nie dość, że fantazyjnie ułożone, z barwnymi dekoracjami to dodatkowo przepyszne! Mniam!
Po drodze do Zakopanego odwiedziliśmy naszych znajomych, którzy mają córcię rok młodszą od Tygryska. Dziewczyny doskonale się bawiły a my… My padliśmy! Kiedyś to potrafiliśmy przegadać całą noc siedząc przy kominku, tym razem pooglądaliśmy zdjęcia, potem film… Kominek się palił, my przysypialiśmy, dziewczyny przestawiały obok pokój do góry nogami. Nawet z najwyższej półki wydobyły ubrania, wymalowały sobie buzie i bawiły się w modelki…
Po śniadaniu ruszyliśmy dalej. Zakopianka, jak Zakopianka. Brak drugiego pasa na szczęście nie dał się nam we znaki. Nawigacja zaprowadziła nas na środek Krupówek, nawet tam wjechaliśmy autem ku uciesze tubylców, którzy wskazali nam hotel i wytłumaczyli jak do niego dojechać. Hotel nas mile zaskoczył, kuchnia każdego dnia drażniła podniebienie… A oponki rosną!
Pierwszego dnia „zwiedzaliśmy” Krupówki. Dosłownie! Włóczyliśmy się między straganami, między stertami oscypków, skór, kapci i chińszczyzny wszelakiej. Każdy zachwalał swój towar, a my tylko oglądaliśmy!
Wieczorem Tygrys szalał na basenie, ja w bąbelkach, tato w saunie. Kolacja…
Po obfitym śniadaniu udaliśmy się do Muzeum Tatrzańskiego. Tym razem mieliśmy fuksa, dziś zwiedzanie za darmo. Ale „chamstwo i góralska muzyka” już pokazały nam swoje oblicze. Znudzona pani zatopiona w gazecie z ociąganiem udzielała zdawkowych odpowiedzi na nasze pytania dotyczące eksponatów. W końcu to ona po to tu jest, aby się nami zajmować a nie rozwiązywać krzyżówki!
Po muzeum udajemy się na Gubałówkę. W kolejce Tygrys zaprzyjaźnia się ze zbójnikiem! Rozmawiamy i opowiadamy o naszym mieście. Rozbójnik opowiada o mentalności tubylców… Potem za darmo Tygrysek ma sesję fotograficzną z harnasiem, inni żądają 5 PLN za zdjęcie z owieczką i z innym jakimś koszmarkiem wykonanym ze sztucznego futerka. Koszmar!!! Rozbójnik wygląda dobrze, ale reszta koszmarków z napisem ZAKOPANE 2012 jest kiczowata! Po miłym pożegnaniu my udajemy się na spacer, harnaś służy swoją osobą innym turystom a słońce oświetla nam szczyty tatr. Pogoda jest nader dla nas łaskawa. Przed zjazdem na dół Tygrysek jeszcze raz spotyka się z rozbójnikiem, pokazuje mu kamienie, jakie znalazł na ścieżce, robimy ponownie zdjęcia i idziemy pojeździć na saneczkach. Jakoś udaje się przekonać Madzię, że może zjeżdżać tylko z nami. Z tatą zjeżdżało mu się chyba lepiej, bo ze mną była cały czas walka o drążek!
- Mamo! Ty źle to robisz! Do przodu! Szybciej! Nie hamuj! Tato wie jak to trzeba robić…
Dziś marzył się nam pstrąg. Zjadamy obiad na mieście, taki sobie jak za te pieniądze i postanawiamy, że nic więcej poza naszym hotelem nie jemy! Szkoda żołądka i kasy!
Po basenie udajemy się na kolację. Znowu delicje! Dla Tygryska kucharz przygotował spaghetti z klopsikami z cielęciny! Pychota! Tygryskowi tak to smakowało, że dziewczyna pobiegła do kuchni do kucharza, aby osobiście mu podziękować za tak pyszne jedzenie. O dziwo, mała dziewusia dociera do szefa kuchni i od tej pory ma u niego fory, niemniej zamiast próbować różnych pyszności postanawia do końca pobytu jeść tylko pierogi z jagodami…
Kolejny dzień wita nas wspaniałą pogodą. Postanawiamy pojechać na Kasprowy Wierch. Szczęście nam dopisuje! Wyjeżdżamy na szczyt a tam słoneczko oświetla nam szczyty. Robimy zdjęcia niczym do albumu. Tygrys skacze po szlaku jak kozica. W zasadzie nieopodal szlaku siedzi w trawie stado kozic, nic sobie z garstki turystów nie robi. Madzia cieszy się z tych „Kuźnic”, ochoczo nam towarzyszy w spacerze po grani, pięknie pozuje do zdjęć, ale w pewnym momencie postanawiamy zejść szlakiem do Doliny Gąsienicowej, aby ponownie wdrapać się na Kasprowy i zjechać kolejką do Kuźnic. Pech chciał, że w momencie, w którym negocjowaliśmy zejście w dół z naszą turystką na Przełęczy Liliowej, minęła nas grupa zapaleńców, która obrała sobie za cel Świnicę… Żadne argumenty nie docierały do Madzi, że my tam nie możemy iść… Zapłakany Tygrysek argumentował:
- Przecież dobre mam buty! Mam buty „kozakowe” i dam radę tam wejść…
Objuczony kamieniami Tygrysek w końcu dał za wygraną i zaczął za nami schodzić w dół. Nijak nie dał sobie wyperswadować, że kamienie niesione na rękach to nie jest najlepszy pomysł. Na szczęście, gdy któryś raz z kolei naręcze kamieni rozsypało się po szlaku, zrezygnowany Tygrys odpuścił, dwa najładniejsze (spore!) zapakował z tatą do plecaka i raźno ruszył w dół. Niestety pogoda zaczęła się załamywać. Szybko za słońca trafiliśmy w chmurę i nasze ponowne wdrapywanie na szczyt nie było już takie sielankowe. Ja wyziewałam, dosłownie, wyziewałam ducha. Co jakiś czas Tygrys się zatrzymywał i wołał do mnie z góry:
- Mamo! Wyzionęłaś już ducha?? Już mamo???...
Aby przyspieszyć nasz marsz tato wziął na barana Madzię i jakoś we mgle dotarliśmy do kolejki, aby ostatnim zjazdem zjechać na dół.
W hotelu w windzie spotkaliśmy sympatycznych ludzi, którzy mieli pięknego syna. Od razu z mamą chłopca chciałyśmy zeswatać nasze dzieci. Na to Tygrysek się obruszył:
- Nie! Ja nie mogę! Ja kocham Kajetana! Tylko za Kajetana wyjdę za mąż!
Tak, więc zięć jak marzenie przemknął mi koło nosa! Próbowałyśmy z mamą urodziwego chłopca jeszcze kilka razy namówić Madzię, aby chociaż pobawiła się z kawalerem na basenie, ale wierny Kajetanowi Tygrysek nawet o tym nie chciał słyszeć…  
Kolejnego dnia udało się nam pokazać Tygryskowi Morskie Oko. Naszym skrzypiącym autem pojechaliśmy na Łysą Polanę, tam po opłaceniu parkingu wsiedliśmy (o zgrozo!) na wóz ciągnięty przez konie. Nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś moja rodzina będzie korzystała z tego typu „atrakcji”.
W sposób maksymalnie leniwy dotarliśmy do schroniska. Spokojnie wypiliśmy herbatę, zjedliśmy kanapki i postanowiliśmy obejść staw dookoła. Jak zwykle Tygrysek był w swoim żywiole. Dokazywał i szalał! Były nawet momenty, że o mały figiel nie wykąpał się w akwenie!  W pewnym momencie tato postanowił wdrapać się nad Czarny Staw a ja z Madzią miałam spokojnie dotrzeć do schroniska i tam na niego miałyśmy czekać! Ale, jak tylko tato zniknął za krzakiem, zrozpaczony Tygrysek pobiegł za nim i zalany łzami wrzeszczał, że on też tam chce iść… I poszedł!
Ja na rozwidleniu szlaków czekałam, mijali mnie turyści i:
- I co zrezygnowała pani z podejścia?? Ta mała w różowej czapeczce nieźle sobie radzi…
- Da radę wdrapać się na sam szczyt??
- Oczywiście! Da radę!
Inni:
- Wspaniale pozuje tacie do zdjęć! I buzia wcale jej się nie zamyka!
Albo:
- Mają jeszcze 10 minut do końca, wejdą!
Lub:
- Już wracają!
I było to dla mnie bardzo miłe czekanie. Z każdym przechodniem porozmawiałam! Normalnie, tak jakbym miała wypisane na czole, że ta papla w różowej czapeczce to moja Papla! Jako ostatni na szlak wyruszyło małżeństwo z trzyletnią paplą niesioną w nosidełku i potem jak się okazało, ta mała Papla z rodzicami towarzyszyła nam w drodze powrotnej. Poznaliśmy się i wspólnie po ciemku w nikłym świetle latarek sunęliśmy do parkingu. 3, 5 letnia Emilka i ponad 6 letnia Madzia dosłownie nie dopuszczały nas do głosu. Podzieliliśmy się resztkami jedzenia i doskonałych humorach, szczęśliwie dotarliśmy do naszych samochodów.
Następnego dnia wstajemy jak zwykle rano, ale tym razem z lekkim ociąganiem. W końcu to niemożliwe, aby przywitał nas kolejny bezdeszczowy dzień. To koniec listopada i taka pogoda???  Za oknem słonce walczy z chmurami, wieje halny, jest ciepło, tak ciepło, że mamy nadzieję, iż uda nam się zobaczyć jedną z dolin w Tatrach. Tym razem wyruszamy do Doliny Kościeliskiej. Ledwo opuszczamy samochód a tu obok stoi „baca” i żąda za parking, nie ma żadnych negocjacji. Kilka kroków dalej zatrzymujemy się przy bryczce, Tygrys pragnie pojechać koniem do doliny. W dolinie jest prosta trasa, więc chcielibyśmy zaoszczędzić kasę, ale Madzia bardzo pragnie przejechać się konikiem. Trudno, udaje nam się wynegocjować 140 PLN za kurs i wsiadamy do bryczki. Koszmarnie dużo, ale zwiedzanie kosztuje. Oskubani z kasy, w ciasnej bryczce odbywamy wątpliwą przyjemność przejażdżki w głąb doliny.
Po opuszczeniu pojazdu możemy rozprostować nogi i pozwiedzać dolinę. Odbijamy w bok do Wąwozu Kraków. Tygrys jest w swoim żywiole. Skacze jak kozica po kamieniach, wspina się na skały, w końcu ucieka na drabinę.
- Madziu, stop! Wracaj! – Nie działa.
Za Madzią wspina się tato. Przy pomocy łańcuchów docierają do Smoczej Jamy. Tato zrzucił plecak pędząc za dzieckiem a teraz musi się wrócić po latarki, bo Madzia koniecznie chce wejść do jaskini. Sytuacja zrobiła się dramatyczna, ja stoję na dole, tato twierdzi, że muszą z Madzią przejść przez jaskinię i podążyć szlakiem jednokierunkowym dalej na polanę i z powrotem do doliny. Po negocjacjach postanawiamy, że Madzia stoi na skale przy jaskini, tato wraca się po latarki, oni idą przy pomocy łańcuchów dalej a ja doliną wychodzę im naprzeciw. Tato po chwili zawrócił. Madzia miała przykazane, że nie wolno się jej poruszyć, tym bardziej ani iść do przodu ani schodzić w dół. Tylko tato miał się opuścić, zabrać plecak i wrócić do Madzi. Jednak Madzia postanowiła pokazać światu, że i ona potrafi samodzielnie zejść przy pomocy łańcuchów ze skały. Widząc to wkurzyłam się!
- Tato! Wracaj! Madzia za tobą idzie!
Tacie udało się wdrapać powrotem do Madzi nim ta zleciała po skale w dół, po czym powoli i bezpiecznie sprowadził niesubordynowane dziecko do wąwozu. We mnie się gotowało. Ledwo Madzia stanęła na ziemi wypaliłam:
- Madziu, co miałaś obić?!
- Czekać na tatę…
- Więc dlaczego nie czekałaś! Dlaczego sama schodziłaś ze skały??
- Mamo! Bo ja się bałam smoka! Usłyszałam takie jego posapywanie i chciałam uciec!
- Madziu, czy ty widziałaś kiedyś smoka??
- Tak w książkach!
- W bajkach!
- Mamo! Ale tam był smok! Naprawdę!
- Madziu! Nie wymyślaj! Nie wolno w górach tak się zachowywać. Uciekłaś na szlak, wspięłaś się do jaskini i nie poczekałaś na tatę! Nic się nie słuchasz! To nie jest szlak dla dzieci! Tu jest stromo! To…
- Mamo, czy ty chcesz mi powiedzieć, że ja się do tego nie nadaję!?
Szczęka mi opadła! Jak wytłumaczyć Tygrysowi, że dorośli giną w Tatrach, doświadczeni ludzie za malutki błąd płacą życiem a co dopiero taki Tygrys, nawet nie posiadający odpowiedniego obuwia, nonszalancko zachowujący się na szlaku.
Po burzy Tygrysek przyrzekł, że teraz będzie się słuchał i będzie już grzeczny. OK.! Poszliśmy dalej. W schronisku na Ornaku wypiliśmy herbatkę, zjedliśmy kanapki i ruszyliśmy z powrotem. Taka monotonna droga nudziła się dziecku. Tygrys jednak zachowywał się wzorowo, miał obiecane podejście do innej jaskini, pod warunkiem, że będzie grzeczny. Jedynie Marudził:
- Mamo! Czaruj mamo, żeby była Emilka! Przecież jesteś czarownicą! Zaczaruj, aby oni tu byli!
Za dobre sprawowanie Tato z Tygrysem wybrali się do Mylnej, ja miałam na nich czekać w dolinie. Trasa miała być krótka, zaledwie 15 minut – tak się przynajmniej wydawało. Niemniej po 20 minutach to na szlaku zamiast Tygryska z tatą pojawiła się Emilka z rodzicami! Chcieli iść do schroniska, ale jak nas spotkali to postanowili, że dalszą cześć dnia spędzą z nami. 
Czekaliśmy razem… Trochę to trwało! Jak przystało na „Mylną”  Tato z Tygryskiem zabłądzili w jaskini, tym razem dziecko zachowywało się wzorowo, pomagało tacie odnaleźć drogę i wspólnymi siłami dotarli do czekającej na nich niespodzianki. Emilka i Madzia były wprost wniebowzięte! Otwarły swoje paple i cały czas gadały! Tym razem ich wielka sympatia do siebie nawzajem przebiegała dosyć burzliwie! Kłóciły się nawet o kolor światła latarki! Mieliśmy w sumie trzy latarki, one cały czas krążyły między dziewuszkami, my dorośli wymienialiśmy się doświadczeniami, ciastem, jedzeniem i czasami pękaliśmy ze śmiechu, gdy nagle podbiegała do nas mała gwiazda i ze łzami w oczach komunikowała:
- A jej latarka świeci żółtym światłem! Ja nie chce tej, ta jest za jasna!
Po zakończeniu wędrówki, dziewczyny nie potrafiły się rozdzielić, jedna za drugą długo płakała…
Kolejny, ostatni dzień minął nam na zakupach. Późnym popołudniem ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Na dworze padał już deszcz, w górach sypał śnieg…

Tak się jakoś składa, że podczas świąt spotykamy się w gronie przyjaciół i „chwalimy” się wakacjami, dziećmi, całym minionym rokiem. Cieszymy się wzajemnie z tego, co nam się udało osiągnąć! My opowiadaliśmy o Tatrach, zresztą, wszyscy zebrani to miłośnicy Tatr. Wszyscy kochamy Tatry. Dyskusja była wspaniała, bo nasza tegoroczna relacja była na świeżo! Dzieci nam podrosły. Miniony rok obfitował w wiele przygód. Przy suto zastawionym stole udzielono mi porad odnośnie kształcenia Tygryska, co ma opanować a co mu należy darować. Jak zwykle byłam pod wrażeniem zdolności kulinarnych Beatki, niesamowitej gracji Kasi, która w pięknej czarnej sukience z koronki poruszała się niczym królowa, bawiliśmy się modliszką Bartka… Byłam pod wrażeniem oczytania dorastających kawalerów… I w ogóle, zastanawiałam się, jak moi znajomi mają na wakacjach czas na przeczytanie tylu książek??? Normalnie, nawet potrafią określić czy dany Nobel należy się słusznie, czy też autor ma lepsze i gorsze pozycje.
Muszę kupić sobie taki „kindle” i dostanę od nich pozycje godne uwagi, może w przyszłym roku nadgonię zaległości, zresztą będę miała tylko najlepsze pozycje do czytania!
Ale był też i smutny akcent. Mamę Konrada choroba przygniata mocno do ziemi, myślę, że to ostatni raz ją widziałam. Takie mam wrażenie…
I… I kolejny rok nam minął, a my tylko spotkaliśmy się w tym gronie jak zwykle na kolacji w drugi dzień świąt. Co my robimy, że czas umyka a my nie mamy czasu na większą ilość spotkań?? Dobrze, że chociaż są te święta, że możemy na chwilę się zatrzymać i wymienić doświadczeniami z bliskimi!  Dobrze, że mamy takich bliskich!

wtorek, 20 listopada 2012

Białystok

„O dziecko walczyliśmy z mężem przez 16 lat. Przeszliśmy kilka prób zapłodnienia metodą in vitro. Żadna się nie powiodła. Dziś cieszymy się naszą ukochaną córunią Madzią. Jest adoptowana - powiedziała wzruszona **, mama 6-letniej Magdy, która przyjechała wczoraj z córką z Wrocławia.
Jej śliczna córeczka jest jedną z bohaterek niezwykłego kalendarza. Jego pomysłodawcą jest Stowarzyszenie na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji Nasz Bocian. Na kartkach kalendarza jest 46 dzieci, które urodziły się w Polsce dzięki metodzie in vitro i dzieci adopcyjne. …”
To początek jednego z artykułów, które opisują obchody 25 lecia In-vitro w Polsce.
No tak...
Emocje opadły, można napisać jak było…
Ania przysłała e-maila, tym razem na dobry adres, ja się zgodziłam… Potem tata upolował autem dzika, potem Tygrysek zachorował na zapalenie ucha środkowego, potem ja na zapalenie zatok…. We czwartek po dopuszczeniu auta do drogi wczesnym rankiem wybraliśmy się na wyprawę do Białegostoku. Tak, dla nas to była wyprawa. Ledwo przejechaliśmy kilka kilometrów nasze auto zaczęło „trzeszczeć”… Potem było gorzej! Panowie sprawdzając samochód niedokładnie go poskładali i koło tarło najpierw o nadkole a potem o zbiornik płynu do spryskiwaczy. Prowizorycznie naprawialiśmy pojazd… Koszmar. Ja byłam zdruzgotana, chciałam zawrócić!!! Ja chora, Tygrys chory i auto powiązane sznurkiem??? Bałam się skrętów w lewo. Pamiętam pana jak wystraszył się naszego wehikułu, gdy obok niego zazgrzytaliśmy wjeżdżając na rondo….
Mimo kiepskiego startu, szczęście szczęśliwie dojechaliśmy na miejsce! Białystok okazał się miastem ciekawym. Uderzyły mnie kościoły górujące nad sąsiednimi zabudowaniami. Ciekawa jestem, co kryją w środku???
Tygrysek dobrze zniósł podróż, mimo, że kolejny dzień był na antybiotyku. I to dzięki Tygryskowi od razu podczas obiadu poznaliśmy Monikę! To on podszedł do obcej kobiety trzymającej dziecko na ręku i zagadał! To on podszedł do stołu Magdy i jej rodziny podczas kolacji i do nich też zagadał! To dzięki mojemu dziecku poznałam wspaniałe mamy: Monikę i Magdalenę! Z Moniką i Ignasiem wybraliśmy się do Aquaparku. Chory Tygrysek tylko raz przepłynął 25 basen sportowy… Nawet chyba jakieś 3 metry od końca zaliczył jeden odpoczynek??
Ale nie o kiepskiej kondycji miałam napisać… Nie… To miało być o kalendarzu! O konferencji! O wspaniałych ludziach, jakich poznałam. W operze czy może filharmonii zorganizowana była konferencja o haśle przewodnim „In vitro znaczy szczęście”. Znalazłam się tam, aby wraz z Tygryskiem promować kalendarz Naszego Bociana, piękny, wspaniały kalendarz. I dopiero tam, podczas konferencji prasowej zdałam sobie sprawę, czym ten kalendarz jest! Olśniło mnie! Tam jest pokazane tylko 46 dzieci! Tylko około 50 dzieci zgłoszono do kalendarza! TYLKO!!!!!! Zdałam sobie sprawę jak bardzo się ludzie boją ujawniać prawdę o swojej rodzinie! Taki kalendarz powinien być „przeładowany” dzieciaczkami! Oglądałam go potem wiele razy i wciąż wydaje mi się taki pustawy. Jest piękny, wspaniale wydany, zdjęcia są super, dzieci wspaniałe, ale mimo wszystko jest tych dzieci skromna ilość! Na około 5 tyś dzieci urodzonych dzięki In-vitro (rocznie) i na około 3 tysięcy zawiązywanych adopcji rocznie – to rzeczywiście - 46 – to skromna liczba. Jaka musi być presja nietolerancyjnego społeczeństwa, że ludzie się boją prawdy! Myślę, że sporo par nie przyznaje się nawet swoim najbliższym, że ich dziecko poczęte jest dzięki takim metodom! Pewnie jest też i duży odsetek rodzin adopcyjnych, które tają przed światem a nawet dzieckiem fakt przysposobienia. Nurtuje mnie problem, jaki odsetek rodzin dotkniętych niepłodnością żyje w strachu i kłamstwie??? Współczuję im, ich wewnętrzne relacje napiętnowane kłamstwem są kruche i nawarstwiają problemy. Ci ludzie żyją w potwornym strachu – „czy się przypadkiem nie wyda?”. A jak się wyda, to, co inni powiedzą??? Co będzie??
Uuuuu…. Dobrze, że przynajmniej ja mam ten problem poza sobą! Ale ja również się obawiam, ile razy wpadnie w moje ramiona Tygrysek zraniony faktem, że jest adoptowany.
W Białymstoku przeprowadzono z Tygryskiem wywiad. Madzia pięknie odpowiadała. W końcu padło pytanie o rodzeństwo…. Madzia spojrzała na mnie, potem na panią. Zawahała się poczym wypaliła:
- No wie pani, ja mam siostrę i brata. Moja pierwsza mamusia urodziła najpierw moją siostrę i brata a na końcu mnie. I mnie oddała! I wychowuje mnie druga mamusia! I ja mam już siostrę i brata tylko ich nie znam!
I w tym momencie pani redaktor odeszła od Tygryska, zaszklonymi oczami spojrzała na moją wzruszoną twarz i powiedziała:
- Ja powinnam być już twarda, ale ja nie mogę! Pani córcia jest wspaniała! Nie mogę….
I wywiad się skończył, wszyscy się wzruszyli jak należy! Tygrysek tak to pięknie wyznał, tak spokojnie, tak spontanicznie, tak pięknie, że łzy same cisnęły się na policzki.
Uch, kochany Tygrys! Co tam! Najukochańszy!
Na spotkaniu w Białymstoku brakowało mi wspólnego zatrzymania się zaproszonych rodzin, np. podczas kolacji i pogadania, takiego spontanicznego wyrzucenia swoich emocji. Razem, przy wszystkich. Owszem pogadało się z tym i tamtym, ale to było mało! To był tak naładowany emocjami wyjazd, że dobrze, że chociaż na koniec wymieniłyśmy się e-mailami, telefonami, bo… No właśnie, bo potrzebujemy ze sobą pogadać, okazja była, ale cóż….Do następnego razu!
I najważniejsze! Brakowało mi udziału „tatów”! Tak, bo można odnieść wrażenie, że sprawa rodziny dotyczy tylko kobiet! Sprawa chęci posiadania „małej istotki ludzkiej” nie tylko dotyczy dziewczyn! W nasze sprawy powinnyśmy bardziej angażować tatusiów! W końcu dziecko ma i mamę i tatę! Innej opcji nie ma!
Jestem wdzięczna mojemu Tygryskowi, że się pojawił w naszej rodzinie! To dzięki niemu zabliźniają się rany niepłodności. To on powoduje, że nie odpuszczamy, że oprócz codziennego zjadania chleba chce nam się coś więcej! To dzięki niemu wiem, że warto, warto walczyć o dziecko do końca! Do menopauzy!

wtorek, 16 października 2012

Kinder...

Zagłosuj na Madzię...
Może znajdzie się w pierwszej 100???

http://przyjacielekinderniespodzianki.pl/movies/show/4790

Najlepiej rób to codziennie do 14 listopada.

poniedziałek, 15 października 2012

Garść dialogów

Są dni, że jest tego sporo. Po tym jak Tygrysek coś palnie śmiejemy się jeszcze parę dni, potem pojawia się nowy dialog i kolejny, i kolejny… I nagle nie pamiętamy tych z poprzedniego tygodnia czy nawet dnia. Czasami na „świeżo” zanotuję szybko na karteczce, czasami wydaje mi się, że będę to czy tamto pamiętała do końca życia. Prawda jest jednak inna, to, co niezanotowane na trwale ucieka. Pamięć zawodzi, fiszki lądują w koszu. Oto kila dialogów, które udało się uratować od zapomnienia. Szkoda, że tak mało i może te „najlepsze” już przepadły…

Wieczorem przytulamy się z Tygryskiem przed zaśnięciem. Leżymy sobie w łóżku. Rozmawiamy o nas…
- Madziuniu, ty mamy jesteś! Tak??
- Tak mamuniu…
- I masz oczka takie same jak mama…
- Tak mamuniu… (Z rozkoszą odpowiada Tygrysek.)
- I włosy masz takie jak mama…
- Taaakk..
- I ciałko masz takie jak mama…
- Tak mamuniu…
- I pipcię masz taką jak mama…
Na to Tygrys obruszył się.
- No nie mamo! Pipę to ja mam inną! Na pewno!

Jako mama „wmawiam” Madzi, że to czy tamto ma po mamie.
- Madziu, włosy masz takie jak mama.
- Tak…
- I oczy masz takie same jak mama…
- Tak!
- No widzisz, to ty mamy jesteś!
Na to wnerwiony Tygrysek zdejmuje rajstopy.
- Mamo, zobacz na moje nogi!
- Nooo…
- I widzisz, jakie są??? OWŁOSIONE!
- No tak!
- To ja to mam po tacie! I taty jestem!

Wracamy z zajęć teatralnych. Pogoda jest dziwaczna. Wokół nas sporo zadowolonych z pogody przechodniów. W ciepły wieczór powoli brniemy przez Rynek…
- Mamuniu! Chodź zobaczymy czy nie ma jakiegoś przedstawienia?? (Na Rynku).
- Nie! Nie ma! Madziu jeszcze jest zimno.
- Jak to nie ma? Bo co?? Aktorzy się WYKOŃCZYLI?

Pewnego razu zadumany Tygrysek tak wypalił:
- Mamo, ja nie wiem, co mam zrobić, gdy Maksio powie, że mnie kocha??
- Dlaczego?
- Bo Kajetan już dawno mi oświadczył, że weźmiemy ślub, będziemy mieszkać w zamku i latać na smoku!

Rozbieramy się do kąpieli. Tygrysek zauważył, że obok wanny wykruszył się kawałek fugi.
- Mamo, co to jest?
- Nic takiego! To tylko kawałek fugi się wykruszył.
Na to Tygrysek z rozpaczą w głosie:
- O kurcze! I tak zniszczy się nam cały ten domek? Tak mamo?? Tak?
- Może aż cały to nie…
- Dlatego musimy sobie zbudować nowy domek?? Zbudujemy nowy domek?? Tak?
- Tak Madziu. Zbudujemy sobie nowy domek.
- I wszystko stąd zabierzemy?
- Tak.
- Ty wiesz, jaki nowy samochód będziemy musieli kupić??
- Po co?
- No mamo! Czy ty nie widzisz, jakie wielkie to łóżko mamy?? Jak ty chcesz go przewieźć naszym autem??

Jedziemy do przedszkola. Tygrys tak zagaił:
- A w przedszkolu ktoś zasmarkał podłogę!!
- Madziu, a ty też???
- Nie mamo! Tym razem nie padło na mnie.

W przedszkolu zorganizowano dzieciom wycieczkę do wojskowych koszar. Pogoda dopisała. Jak zwykle tyle się dowiedziałam od córci:
- Madziu, jak było na wycieczce??
- Fajnie!
- Ale opowiedz mi, co ci się najbardziej podobało??
- NIC!

Rano w sobotę brykamy z Tygryskiem w łóżku. W końcu postanowiłam iść do taty, aby z nim szykować śniadanie…
- Mamo! Nie możesz iść do taty!
- Dlaczego??
- Bo mamo! Ty już jesteś po ślubie! A dziewczyny na randki chodzą przed ślubem! Ty już nie możesz!
- Co proszę???
- Mamo! Czy ty nie rozumiesz?! Dziewczyny przed ślubem chodzą na randki, aby się ZADOWOLIĆ! A po ślubie już nie mogą!

Tato odprowadzał Tygryska na zajęcia z gimnastyki estetycznej. Tygrysek wyjawiał podczas drogi swoje pragnienia, w końcu wyjawił:
- Tato a kupisz mi norniczkę??
- Norniczkę?! (Zaskoczony tato zastanawiał się skąd znane jest Madzi takie zwierzątko? Może z przedszkola?)
- Tak! Please! Please! Kup mi tato. One są takie słodziutkie!
Rozbawiony tato tak wypalił:
- To, co córciu, one są z cukru zrobione??
Na to wkurzony Tygrys tak wycedził:
- NIE! Z MIĘSA! I z futra!

Wracamy po pracy i przedszkolu do domu. Mam jeszcze do kupienia parę drobiazgów w sklepie obok domu. Postanowiłam wysiąść na skrzyżowaniu, aby zaoszczędzić czas i pobiec do sklepu. Na mój pomysł tato wypalił:
- Tylko uważaj, aby ciebie ktoś nie przejechał!
- Dobrze!
- Nie wychodź mamo! (Zawołał z tyłu zrozpaczony Tygrys.) Lepiej niech tato wyjdzie!
Zaczęliśmy się śmiać! Moje akcje stoją wysoko! Lepiej niech tatę przejedzie samochód!
Tygrys jednak nie rozumiał naszej reakcji i wizja przejechania mamy przez samochód była dla niego dosyć traumatyczna. Ledwo wróciłam z zakupami do domu dopytywał się:
- I co? Nic ciebie nie przejechało mamo???
- Nic…

Tygrysek coś przeskrobał na zajęciach w MDK. Pani coś bąknęła, że Madzia wlała komuś, ale powiedziała, że jest już OK., a Madzia milczała… Aż w końcu wypaliła:
- Bo biło się dwóch chłopców. I JA CHCIAŁAM DO NICH DOŁĄCZYĆ! Powiedziałam koleżance, ale ona nie chciała. I jak ten jeden prawie pobił tego ciemnego to ja pobiegłam, wyciągnęłam rączkę, obróciłam się i karate znalazło się na szyi… I potem nie mogłam walczyć już więcej, bo pani przyszła….
- Madzia! To ty biłaś się z chłopcami???
- Nooo… A bo co?

Na zajęcia szykuję Tygryskowi jakąś przegryzkę, ale przeważnie Madzia żebrze o „cudzesy”. Trochę mnie to wkurza, bo w woreczku ma i jogurcik, i soczek i sereczki owocki suszone w pudełeczku i owoce świeże. Szykuję, daję mu prowiant a Madzia się opycha, wręcz żebrze o byle, jakiego paluszka… Ostatnio po zajęciach rozpakowuję plecaczek i wkurzona wołam Tygryska:
- Madziu, co mama mówiła??
- Że mam zjeść to, co mi dałaś!
- No właśnie, brakuje tylko soczku!
Otworzyłam pudełko z winogronami i nim zdążyłam coś powiedzieć Tygrys przejął inicjatywę:
- Mamo! Widzisz tu takie jedno małe czerwone winogrono??? Widzisz?? Nie widzisz! Prawda! BO JA WŁAŚNIE JE ZJADŁAM!
I nim zdążyłam coś wypalić, Tygrys pędził do swojego pokoju!

wtorek, 2 października 2012

Niecodzienny dzień Tygryska…

Spodobała mi się idea ukazania dzieci ludzi borykających się z niepłodnością. I co z tego, że są to dzieci z In-vitro czy z adopcji. Przecież to są przede wszystkim takie same dzieci, no może troszeczkę inne, bo wywalczone… Bo musieliśmy przejść niejedną dolinę rozpaczy… Bo nie raz poduszki mokre od łez nie miały czasu, aby wyschnąć. Ale są! I wcale nie mają rogów czy jakiś innych odrostów! Są! Są takie same jak reszta populacji. I najważniejsze dla nas, że SĄ!!!
Troszkę poza plecami zgłosiłam Tygryska do sesji. Nikomu w domu się nie przyznałam. Nie dotarł do mnie e-mail, więc uważałam, że Madzia się nie zakwalifikowała. Wracając z przedszkola powiedziałam Tygryskowi:
- Wiesz Madzia, mama wysłała twoje zgłoszenie do kalendarza, ale się nie dostałaś… Miałyśmy jechać do Warszawy, ale w takim razie pojedziemy, kiedy indziej… Jak będzie ładna pogoda…. (I tu wyjaśniła Tygryskowi całą sytuację.)
- Mamo! To napisz im, że ich wcale już nie lubię! I nigdy! Przenigdy tam nie pojadę…
I tu nastąpiła pierwsza spontaniczna reakcja Tygryska… Łzy jak grochy płynęły z oczu małej dziewczynki… Po wyładowaniu złości Tygrys zaproponował:
- Mamo, a może napiszesz do nich, że ja bardzo chcę??? Napisz! Proszę….
I dobrze, że napisałam… Bo przez brak przepływu informacji nie przeżylibyśmy WSPANIAŁEJ PRZYGODY!!!
 Wyprawa do Warszawy musiała być połączona z pracą taty. Na szczęście tato tak poukładał sobie harmonogram, że miałyśmy kupę atrakcji. W piątek wyruszyliśmy do Łodzi, zostałyśmy porzucone w galerii „północ”. Małyśmy czas na pochodzenie sobie po sklepach… Takie na spokojnie, babskie łażenie po galerii… Tato w tym czasie pracował… W sobotę spędzałyśmy czas u dziadków, tato wyskrobał dla nas popołudnie i pojechaliśmy do lasu i po rybę. Ale niedziela… W niedzielę tato spędził czas z rodziną! I w niedzielę był dzień pełen przygód!
Zatrzymaliśmy się w Warszawie, w mieszkanku, które kupiliśmy kiedyś przed laty, aby móc spokojnie w Warszawie robić in-vitro.  W tym mieszkanku przeżyłam sporo cudownych chwil. W ciąży byłam żarłokiem i śpiochem… Niestety, nic nam się do końca nie udało… Mieszkanie stało puste kilka lat… Myślałam, aby go sprzedać… Ale gdy Tygrysek wkroczył w nie i ze swoją radością zaczął krzątać się po kątach, płoszył gołębie, i zbierał wszystkie kurze na swoje ubrania, postanowiłam go zatrzymać… Mimo wszystko, pozytywna energia zatrzymana w tych ścianach wciąż tkwi. A teraz, wkroczył w to Tygrys i swoim szczebiotem wzbogaca aurę tego miejsca…
W niedzielę rano tato obudził nas wcześnie! Popędzał nas, abyśmy zdążyli o czasie dojechać do strefy zamkniętej. Musiałam umyć Tygryskowi głowę, bo umyłam mu w domu szamponem z glinką i włosy były trochę posklejane… No może trochę bardziej…. Miało być dobrze, a wyszło jak zwykle….
W ostatniej chwili przejechaliśmy obok barierek i znaku zakazu wjazdu. Parę minut po dziewiątej ulica była zamknięta. Po nas już nie wpuszczano aut. Udało nam się znaleźć miejsce docelowe, zostawiliśmy samochód i poszliśmy zwiedzać okolicę. Wszystko pozamykane. Na dworze było słonecznie, ale mnie było zimno. Około godziny 10 pod studiem stała już spora grupka Bocianowiczów i czekała na klucze! Trochę z tym maratonem w Warszawie był dla nas nie fart! Tygrysek nie mógł się doczekać Dawida i Jakuba!
- Mamo! Zadzwoń! Gdzie oni są???
Zadzwoniłam… Oj… Oni „zwiedzali Warszawę”… Tu zamknięte… tam barierki… Ja nie znam Stolicy, ale jedna z Bocianowych dziewczyn przejęła telefon i pomogła dotrzeć zgubom na miejsce. Poznałam Niacynię… Tylko, ona jest z Kłodzka a nie spod Wrocławia… Jak??? Tyle czasu kojarzyłam ją z jakimś osiedlem pod Wrocławiem, byłam wręcz pewna, że mieszka w Kamieńcu Wrocławskim…
Dzieci przypadły sobie do gustu. Poszliśmy na kawę do pobliskiej kafejki. Tam pogadaliśmy, dzieci były nawet spokojne, mimo, że panowało lekkie zamieszanie. Tygrys kipiał radością, że ma takich fajnych chłopaków przy sobie. Ja znam swoje dziecko. Wiem, że był przeszczęśliwy, że poznał w końcu takich wspaniałych chłopców. Cieszyło mnie to, bo to dawało szansę, na udaną sesję zdjęciową! Dawid był spokojny i cichy, ale Jakub… No… Jakub i Tygrys razem, do dom przewrócony do góry nogami i nerwy w strzępach! Na szczęście panował nad tym Dawid…
Przed dwunastą pojawiliśmy się przed studiem. Nie sposób opisać atmosfery… My byliśmy trochę stremowani, jakoś nikogo nie znaliśmy. Tu panowała jednak przyjazna atmosfera. Coś nas łączyło z tymi ludźmi… Przecież to samo przeszliśmy! Poznaliśmy piekło niepłodności! Mamy to już za sobą, mamy swoje pociechy, mamy słoje słoneczka najwspanialsze na świecie! Ta atmosfera radości, że w końcu osiągnęliśmy swój cel unosiła się w powietrzu. Pan o ciekawej fryzurze biegał, co kilka chwil i próbował złapać w obiektywie ten tryumf zwycięstwa nad niepłodnością. Ochoczo fotografował nasze pociechy, próbował złapać nasze emocje w kadrze… Emocje… Tego było sporo!
Dla dzieci ładna dziewczyna dobierała stroje. Tak się złożyło, że dla Tygryska sukienka była za mała! Co gorzej była w jego ulubionym kolorze! Tygrys jak oparzony wyleciał na schody i jak to ma w zwyczaju, postanowił, że nigdy, ale to nigdy, przenigdy nie zejdzie i już żadnych zdjęć nie będzie. Przymierzyłam mu tą sukienkę. No niestety, guziki się nie zapinały. Jak Tygrysek wypłakał odpowiednią ilość łez z „szafy” Tygryska pani fotograf wybrała sukienkę, w której chciała widzieć dziewczynkę na planie z chłopcami. Jakoś udało mi się przekonać Tygryska, że w tej sukience będzie najlepiej…
- Mamo, ale to moja sukienka! Ja chciałam w tamtej!
- Dobrze, tamtą znajdziemy w sklepie i kupimy… (Obiecywał tatuś – a tak w ogóle, to po wyjściu ze studia Tygrysek już nie marzył o tamtej sukience!)
Sam moment ubierania i czesania dziecka tu dzież makijaż robiony przez specjalistów napawa rodziców swojego rodzaju dumą. I takiego odczucia doświadczyłam. Oto mogłam popatrzyć jak dwója fryzjerów sadza moje dziecko na krzesełku i zabiera się za jego włosy. To byli profesjonaliści! Tygrys zachowywał się tak, jakby codziennie był tak obsługiwany! Chwycił książkę i spokojnie ją oglądał, a w tym czasie jej włosami zajmowali się styliści. Patrzyłam osłupiała! A domu, jak czeszę Tygryska to jest jeden jęk, marudzenie i czasami nieuczesany Tygrysek wychodzi do przedszkola, bo sobie nie da szczotki przyłożyć do włosów.
Nie wspomnę o pani nakładającej puder na buzię. A o pani, która sprawnie prasowała sukienkę… Łoł! Czułam się wyróżniona, oto moje porzucone dziecko przez mamę biologiczną dostępuje zaszczytu wystąpienia wśród wybrańców losu w takim fantastycznym przedsięwzięciu. Łezka kręciła i się w oku. Duma wyłaziła mi chyba uszami….
W pewnym momencie zamieszanie się skończyło, dziewczyna i dwóch chłopców stało na planie, gotowi na przygodę z prawdziwym, profesjonalnym fotografem. Rodziców poproszono o opuszczenie planu zdjęciowego. Nasza ciekawość była jednak ogromna! Bloo pozwoliła nam uchylić drzwi i przez szparkę mogliśmy od czasu do czasu podejrzeć nasze pociechy. Wiadomości a planu przynosił nam również mąż Bloo (chyba) i twierdził, że cała trójka się wspaniale bawi.
W pewnym momencie sesję przerwano. Zerknęłam do środka. Tygrysek w objęciach pani fotograf płakał…
- Co tym razem?? – Pomyślałam i podeszłam do córci.
- Madziu, co się stało???
- Mamo! Bo ja nie mam rodzeństwa! Mamo! Bo ja chcę rodzeństwo!
Uuuu…. Co może na to powiedzieć kobieta, która nie jest w stanie urodzić dzidziolka, kobieta, która zrobiła wszystko, aby dać Tygryskowi rodzeństwo. Jak wytłumaczyć dziecku, że to nie takie proste… Jak ukoić tę rozpacz…
Przeraziłam się, że to koniec zdjęć. Przytuliłam Tygryska… Dziecko płakało! Ale czasami takie pozwolenie wypłakać się w mankiet oczyszcza emocje, szloch powoli zamierał. Problem został, ale dziewczynka znowu stanęła na nogi i mogliśmy kontynuować sesję. Poprawiono fryzurę, makijaż i do dzieła.
Udało się! Teraz zjada mnie ciekawość jak wyszły te zdjęcia????
Po sesji pozbieraliśmy się, pożegnaliśmy Bocianowych znajomych i udaliśmy się do Łazienek na karmienie wiewiórek. Oczywiście z małymi przygodami podjechaliśmy w okolice Belwederu i jakimś cudem nam i Niacynii udało się zaparkować auta.
Tu dzieci zaczęły swoje brykanie! Łoł! Jakub i Tygrys od razu zaczęli biegać po parku! Nim się zorientowaliśmy wspinali się na płot… To innym razem chcieli zbiegać z górki na pazurki. Dawid stonowany, spokojny. A te dwa Broje nawet nie potrafiły nerwowo wytrzymać, aby wiewiórka do nich podeszła i wzięła z ręki orzeszka. Madzia i Jakub gonili po parku, nawet gonili wiewiórki, które chciały zakopać trzymanego orzecha.
Dzieci bawiły się wprost przecudownie! Szkoda, że Niacynia musiała wracać do domu. Chyba Tygrysek z rozpaczy nawet nie pożegnał się z chłopcami! Jeszcze chwilę po ich odejściu płakał, ale już miał nowy plan! Chciał popływać gondolą. Jakoś nie mieliśmy na to ochoty, ale Tygrysek zrobił kolejne przedstawienie. Na oczach gapiów objął mnie za nogi i płakał i wrzeszczał:
- Mamo! Nie rób mi tego! Błagam! Przyrzekam, że będę grzeczna i będę cicho jak makiem zasiał! Mamo! Błagam! Mamo…
Ileż może trwać takie widowisko??? Uległam. Tygrys w doskonałym humorze wrócił z przejażdżki.
Zadowoleni ruszyliśmy dalej, ale po kilku krokach Tygryskowi się wyrwało:
- Ale ja was oszukałam! Wcale nie będę cicho i nie będę grzeczna…
I Tygrys wrócił do brojenia! Wymusił swoim wdziękiem na starszej pani, aby ta przywołała pawia i Tygrysek karmił pawia liściami, które pani przyniosła. Na odchodnym dostał Tygrysek kwiatuszka, które pani robiła z jesiennych liści. Oczywiście orzechów dla wiewiórek miał pełne kieszenie. Jakoś ludzie czują się zobowiązani dawać Tygryskowi to czy tamto. W końcu wiewiórki jadły Tygryskowi orzeszki z ręki.
Na obiad udało nam się trafić do „blue kaktus”. Szalenie się z tego ucieszyłam. Jedzenie nam smakowało, obsługa była miła i wyrozumiała dla małego Szaleńca, który jakimś cudem zdobył balon do grania i poznawał nowe koleżanki i organizował zabawę i odbijanie balonika.
Późnym popołudniem wracaliśmy do auta. Tygrysek chciał nakarmić pawia. Wyczekał nerwowo aż ptak do dziecka podszedł, ale jak był blisko, rączka z orzeszkiem się zamknęła i oszukany ptak z niesmakiem się oddalił i nie było siły, aby podszedł do Madzi jeszcze raz.
I to była bardzo pouczająca przygoda. Tygrysek ją zapamięta, bo ja tłumaczyłam mu, że tak jak ten paw, nie dam się Madzi oszukiwać. W końcu zwierze nie może być mądrzejsze od rodziców. I z kolejnym wymuszaniem nie musieliśmy długo czekać.
Wieczór spędziliśmy na Starówce. Chłonęliśmy Warszawę ochoczo. Mocno się zmieniła na plus!  Pod Kolumną Zygmunta przyglądaliśmy się przedstawieniu a na Placu Zamkowym było sporo sprzedawców, którzy oferowali takie świecące zabaweczki, które się strzelało do góry. Oczywiście Tygrysek przygotował kolejne przedstawienie:
Objął mnie w pół, płakał i prosił:
- Mamo! Proszę! Nie rób mi tego! Błagam! Obiecuję, że będę już grzeczna, tylko kup mi taką zabaweczkę! Mamuniu! Błagam! Proszę!
- Madziu?? Pamiętasz pawia?? Ja jestem teraz taka mądra jak paw! Była łódka, zabawki nie będzie!  
I nie było! Ale Tygrys to Tygrys. Pobiegł do sprzedawców, zaprzyjaźnił się z nimi, postrzelał zabawką do góry i wrócił szczęśliwy ze świecącą piłeczką i ciasteczkiem w dłoni!
Uuuu….  Cały Tygrys, cały on…
Nasze zwiedzanie zakończyliśmy pod grobem Nieznanego Żołnierza. Tam niezmordowany Tygrys szalał na Placu Defilad. Rzucał piłeczkę, ta się świeciła a za nią pędził Tygrys. Obserwowali to dwaj Japończycy, któremu Tygrysek przypadł do gustu. Pokazywali mu kciuki do góry i się przyjaźnie uśmiechali, nawet zdjęli maski z twarzy aby coś do Tygryska zagadać. Ten tylko spojrzał na nich zawadiacko, rzucił piłeczkę daleko i nim błysnął flesz aparatu na planie Tygrysa nie było!
Późnym wieczorem dotarliśmy spokojnie do mieszkanka. Po całym wspaniałym dniu dziecko popiło sporo wody, tej bocianowej Muszynianki i padło! A my gapy, nie wysikaliśmy przed snem  Madziulki i w nocy przytrafiła nam się niespodzianka. Na szczęście nie cała zawartość pęcherza wylądowała na kanapie.
Uf…
Tak, więc 30 września 2012 roku w naszej rodzinie wspominać będziemy długo. Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego, dziękuję!