środa, 8 maja 2013

Szkoła muzyczna

 Kiedy Tygrysek miał niecałe dwa lata trafiliśmy z nim do Empiku. Tam stał fortepian, właściwie to zakończył się chwilę temu koncert. Wokół instrumentu siedzieli jeszcze słuchacze. Nam jak zwykle Tygrys dał dyla i nim się spostrzegliśmy był już na scenie i wdrapywał się na taboret pianisty. Usiadł niezwykle prosto i zaczął uderzać w klawisze.
Widowisko było piękne. Zjawiskowo ładna dziewusia, prosto siedząca przy klawiaturze wydobywała dźwięki z instrumentu…Moje zaskoczenie przerwała starsza pani, która podeszła do mnie i powiedziała:
- Ta mała nie gra przypadkowo! To nie jest zwykłe bębnienie dziecka po klawiszach. Ona słucha, co się wydobywa z fortepianu. Dziecko ma talent. Nie zmarnujcie tego…

Na spacerze na Rynku jak zwykle grała kapela ze Wschodu. Tygrys we wózku ani myślał o dalszej drodze. Siedział i słuchał muzyki, tak słuchał, że aż zaskoczony przechodzień podszedł do mnie i powiedział:
- Ale ta mała słucha muzyki! To niesamowite!

Podczas tej zimy byliśmy w Hotelu na Skale. Wieczorami urządzane są tam koncerty fortepianowe. Pan grał a Madzia z innymi dziećmi przeszkadzała muzykowi w pracy. Ten ją przywołał z koleżanką i przeegzaminował dzieci z piosenek, jakie znają. Potem grał im na fortepianie a dziewczynki śpiewały. Po skończonym występie pianista nas zagadnął:
- Państwa córcia ma bardzo dobry słuch muzyczny. Powinna chodzić do szkoły muzycznej…
I tu trochę miłych zdań usłyszeliśmy…

Niedawno W ramach chorowania Tygrysa trafiliśmy w sobotę do przychodni. Czekając w kolejce Tygrysek grał sobie na wirtualnej gitarze w telefonie taty. Obserwowała to jedna z mam czekających również do lekarza, po czym uświadomiła tatę:
- Tylko 3% populacji ma doskonały słuch muzyczny, szkoda to zmarnować. Powinniśmy dziecko posłać do szkoły muzycznej… itd…

Kiedyś pytam Tygryska:
- Madziu, co będziesz robić za rok?
- Będę uczyć się grać na skrzypcach!
- Uuuu… A za dwa lata, co będziesz robić??
- Uczyć się grać na skrzypcach!
- A za dziesięć lat, co będziesz robić???
- Mamo! Będę grała na skrzypcach!

Oglądamy film, starą Różową Panterę. W jednej ze scen inspektor Crusoe wyjął skrzypce i zaczął na nich rzępolić, straszliwie rzępolić. Spytałam:
- Madziu i ty też tak będziesz nam rzępolić???
- Nie mamo! Ja będę grała jak tamta dziewczyna! (Vanessa-Mae)

OK.! Tygrysek sam chce iść do szkoły muzycznej. Początkowo marzył o graniu na flecie, ale im bliżej mamy do terminu egzaminu do szkoły tym częściej słyszymy „skrzypce”. Już nawet Tygrys się dowiedział ile takie skrzypce do nauki gry kosztują… Złożyłam dokumenty i czekam. Jeżeli zda egzamin będę miała dodatkowe bieganie po mieście z instrumentem. Jeżeli nie zda będę miała więcej czasu dla siebie. Niemniej jak sobie pomyślę o tym „skrzypieniu” skrzypiec w moim domu, to ciarki mnie przechodzą. Nie mamy nic przeciwko spełnianiu pragnień naszego dziecka, ale dlaczego to akurat muszą być skrzypce???
Uuuuu….

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Dialogi… Dla każdego zawsze coś wesołego!

Ledwo Tygrysek po chorobie poszedł na dwa dni do przedszkola, to wrócił „przeszkolony” w dziedzinie „wampirów”. Tak więc bawimy się w owe wampiry, pijemy krew i jemy mięso…
W pewnej chwili pytam Tygryska:
- A jakimi my jesteśmy wampirami?
- Dobrymi!
Korzystając z okazji pytałam dalej:
- Madziu, a na jakiego człowieka chcesz wyrosnąć?
- Na dobrego, mamo! (Odpowiedział poważnie.)
- A jakim jesteś dzieckiem?
- PSOTNYM!

Rano, nim Tygrysek wstał z łóżka, poddawał się pieszczotkom… Rozkokoszony chętnie nadstawiał pyszczek do całusków.
- Oj, pieszczoszek to ty jesteś! Olbrzymi! Czyj jesteś pieszczoszek?
- Mamy, taty, Nikoli, cioci Gosi, dziadka…
- Nie za dużo tych osób?
- MAMO! ALE BRÓJ TO JESTEM TYLKO WASZ!

Wieczorem, jakoś tak mnie napadło, aby spać z Tygryskiem w jego łóżku. Wykonałyśmy kilka fikołków, nim ułożyłyśmy się w łyżeczkę na jej wąskim łóżku…
- Mamo, ale ja z Kajetanem będę miała takie podwójne, duże, łóżko, no wiesz jakie?
- Tak! Wiem! A kto na nie zarobi??
- Kajetan!
- Acha… A co on będzie takiego robił???
- Mamo! Kajetan będzie produkował zabawki i roboty XL!
- To świetnie!
- A ty kim będziesz???
- Mamo! Zgadnij!
- No nie wiem??? Chyba szefem tej fabryki Kajetana???
- Nie mamo! Zgaduj!
- Nie mam pojęcia! Madziu, kim ty możesz być… No może aktorką!
- Nie mamo!
- Poddaję się!
- Mamo! JA BĘDĘ SPRZEDAWAŁA MIĘSO!
- Co takiego???
- No będę sprzedawała mięso, takie jak wołowina, kurczaki…
W tym momencie nie wytrzymałam, zaczęłam się rechotać!
- Madziu…
- Nie! Wy wszystko mi psujecie! Niszczycie mi moje plany na przyszłość! (Rozżalony Tygrysek wtulił się w poduszkę i był śmiertelnie obrażony.)
- Ależ Madziu! Dobrze! Jak chcesz być panią sprzedającą mięso to muszę ciebie nauczyć liczyć, abyś dobrze sprzedawała!
- Nie! Nie musisz! PRZEZ CIEBIE TERAZ MUSZĘ ZMIENIĆ PLANY!
I rozgniewany Tygrysek powoli zasypiał…

Tygrys uwielbia teatr. Ostatnio ćwiczymy balladę „Pani Twardowska” –  mama jest narratorem, tato panem Twardowskim a Tygrysek Mefistofelesem. Do kolejnej próby Tygrysek przygotował rekwizyty i nim się pokapowaliśmy pojawił się z wymalowaną buzią flamastrami… Gdy opanowaliśmy skoki naszych brzuchów zapytałam:
- Madziu! Dlaczego tak sobie pomazałaś buzię???
- Mamo! NO PRZECIEŻ MUSZĘ MIEĆ JAKIŚ ZNAK, ŻE JESTEM PRAWĄ RĘKĄ BELZEBUBA!
I po próbie włożyłam „PRAWĄ RĘKĘ BELZEBUBA” do wanny i szorowałam, szorowałam mydłem i gąbką. Na szczęście „stygmaty” ustąpiły!

Podczas choroby, Tygrysek wpadł na swój pierwszy pomysł na „biznes”. Przybiegł do mnie ze starym kalendarzem książkowym i zawołał:
- Mamo! Ja będę miała taki biznes! Będę tu malowała portrety i je sprzedawała! Co ty na to??
- Super! To maluj!
- Ciebie już namalowałam!
- O… Pięknie!
- Tu masz mamo takie włosy bo ci wieje wiatr!
- Acha! Brawo! Namaluj teraz tatusia!
- MAMO! JAK MYŚLISZ??? MAM ZROBIĆ Z NIEGO TAKIEGO KAKTUSA???

Siedzimy same w domku. Na kolację przygotowałam grzaneczki z bułeczki z pastą jajeczną. Uwielbiam ciepłe bułeczki z taką pastą. Mniam! Siadłyśmy przy stole naprzeciwko siebie i zajadamy… Po kolejnej dokładce Tygrys zaskoczony zapytał:
- Mamo! Co ty robisz???
- Nic! Zajadam!
- Ile? (powiedział groźnym tonem.)
- Tyle ile mogę!
- MAMO! TY CHCESZ MIEĆ TAKI BRZUCH AŻ TU DO MNIE???
Spojrzałam na nasz spory stół!
- Nie Madziu, Takiego nie chcę mieć!
- To nie jedz więcej! Bo będziesz wyglądała jak gruby hot-dog!

Idziemy do przedszkola. Tygrysek snuje marzenia o domu i o zwierzętach, które będziemy tam hodować…
- Mamo i gąski też będą??
- Tak Madziu!
- To ja chcę trzy!
- Dobrze!
- To niech będą dwa chłopaki i jedna dziewczyna!
- To znaczy będą dwa gęsiory i jedna gąska?
- Tak!
- A dlaczego??
- Bo mamo, te gęsiory będą się biły o tą jedną samicę!
- Acha… Ale to niezbyt wesoło!
- Ale mamo! Będziesz musiała złapać tą gąskę i przytrzymać jej oczy, tak … (Tu Tygrysek demonstrował mi jak mam przytrzymywać zamknięte powieki gąski.) A ja będę jej malować oczy… Na różowo tutaj (powieki) i na czarno tu (palce Tygryska gładziły brewki).
Zaskoczona zatrzymałam się:
- Madziu, dlaczego???
- NO MAMO! JA MUSZĘ JE JAKOŚ ROZPOZNAWAĆ! MUSZĘ WIEDZIEĆ KTÓRA TO DZIEWCZYNA JEST! TAK BĘDĘ WIEDZIAŁA!
Na te słowa parsknęłam śmiechem! Nigdy nie wpadłam w swoim życiu na pomysł aby robić gęsiom makijaż!

Po południu przyglądam się Tygryskowi… Ma takie sino-zielone czoło z widocznym guzem.
- Madziu! Gdzie ty znowu szalałaś! Gdzie nabiłaś sobie takiego guza na czole!
- Ach mamo! To w przedszkolu….
- Jak to w przedszkolu??
- No jak… Bo mamo, chciał MNIE POCAŁOWAĆ FILIP A JA MU UCIEKAŁAM… No wiesz, uciekałam na płot i się walnęłam… No w płot mamo się walnęłam! No nie wiesz jak to jest???

Udało nam się wylicytować na allegro obraz, wieczorem udałam się z Tygryskiem na pocztę. Wracamy z dużą paczką pod pachą. Na przejściu dla pieszych złapało nas światło czerwone, więc popchałam Tygryska przodem aby przyspieszył i zszedł z pasów. Właśnie z za rogu wjeżdżał na krzyżowanie autobus. Madzia stojąc już na chodniku wołała do mnie:
- Mamo szybko! Mamo…
Przyspieszyłam…
- Wiesz co mamo! GDYBY CIEBIE PRZEJECHAŁ TEN AUTOBUS, TO JA WZIĘŁABYM TEN OBRAZ CI WYRWAŁA I SZYBKO POBIEGŁA Z NIM DO DOMU!...

Sprzątamy z Tygryskiem mieszkanie… Madzia ma pozamiatać przedpokój. Robi to na odwal się…  Po jej posprzątaniu, chwytam za szczotę i dokładnie zamiatam. Tygrys spogląda na kupkę śmieci i tak to komentuje:
- NAJWYRAŹNIEJ TO JA BYM CHCIIAŁA ABY U MNIE W DOMU SPRZĄTAŁ MÓJ MĄŻ, BO JA SIĘ TEGO NIGDY NIE NAUCZĘ MAMO!

 

 

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Niedziela…

W połowie marca mieliśmy już trzeci antybiotyk za sobą. Tygrys jak zwykle, choruje. Tym razem coraz ciekawiej. Czy to się wreszcie zakończy?? Przeważnie siedzę całymi dniami w domu, ale to też ma swoje dobre strony! Tygrys to tak określił:

-Z MAMĄ TO JAK Z DZIEĆMI, ALE MAMA JEST ZABAWNIEJSZA OD DZIECI.

Zaczęłam Tygryska uczyć pisać i czytać. Nawet przebrnęłyśmy to sprawnie! Mamy opanowane i ć, i ś i cz i teraz uczymy się ch. Jednak, w tym monotonnym z pozoru okresie mamy wciąż fantastyczne przygody. Chociażby ostatnia niedziela. Była wspaniała! Mimo wciąż niezbyt pięknej pogody jak na tę porę roku przystało w naszym domku nie brakowało śmiechu. Rano, do naszego łóżka przyszedł tato, który wrócił z delegacji. Jakoś mnie naszło na białą pościel, i był to fantastyczny pomysł. Po tylu latach spędzonych w kolorach w bieli bawiliśmy się doskonale! Jednak nie potrafimy w tym kolorze urządzić bitwy na poduszki, ale Tygrysa wytarmosiliśmy jak należy. Oczywiście, pisków, chichów, i przerw „ chcę siusiu” było sporo. W końcu, po kolejnym powrocie z toalety, złapałam Tygrysa i tak przygwoździłam, że nie miał możliwości ruchu, a ja miałam wolną rękę do gilgotek. W tej sytuacji, będąc blisko przegranej Tygrysek przeraźliwie głośno zawył. Razem tatą usiedliśmy z wrażenia. Tygrys wyskoczył z łóżka jak poparzony…
- Madziu, co się stało?

- MAMO! BO JA SIĘ POCZUŁAM TAK, JAKBYŚCIE ZARAZ CHCIELI MNIE ZABIĆ!

Na te słowa szczęki nam opadły i całą trójką wtuleni w siebie śmialiśmy się do rozpuku, po czym ponownie obezwładniliśmy nasze dziecko i wygilaliśmy je za cały tydzień jak należy!

Po tak cudownym poranku, przyszła kolej na mycie się. Czasami ja zabieram się za szorowanie zębów Tygryskowi. Dziecko to raczej gryzie szczoteczkę i zjada pastę, a my mamy przecież dysplazję szkliwa! Tu trzeba szczególnie dbać o zęby! W pewnym momencie zahaczyłam o rosnącą szóstkę. Tygrysem poczuł ból i zawołał:

- NO NIE! TY TO NAWET NIE DBASZ O MOJE ZDROWIE!

Na takie działo, nie mieliśmy żadnej riposty!

Przed obiadem Madzia, jak to się często zdarza, pomaga. Wpadła do kuchni z nałożonym fartuszkiem i zawołała:
- Mamo! Zwiąż mi!
Ja zajęta mieszaniem w garach nie zareagowałam natychmiast, więc Tygrys powtórzył:

- MAMO! PROSZĘ!!! ZAWIĄŻ! OBIECUJĘ, ŻE JUTRO CAŁY DZIEŃ BĘDĘ CHORA!

Stanęliśmy jak wryci i znowu szczęki nam drgały z „przesadnych” wypowiedzi naszego dziecka!
Podczas obiadu, jak zwykle Tygrysek wymuszał karmienie! My spokojnie robiliśmy swoje. Tygrys używał broni coraz cięższego kalibru, w końcu wytoczył takie działo:

- CHOCIAŻ BYŚCIE COŚ DLA MNIE ZROBILI W TYM ŻYCIU!

Na taką amunicję wybuchnęliśmy tylko gromkim śmiechem! Gdy ten pocisk chybił celu, chwytając się ostatniej deski ratunku, Tygrys płaczliwie wypalił tak:

- BO TAK, TO NISZCZYCIE MOJE PIĘKNE ŻYCIE!...

Po kąpieli Wycieram Tygryska i opowiadam mu o kolacji, pytam na co ma ochotę, itd. Tygrys oczywiście nie ma ochoty na kolację. Na moje zachęty odnośnie spożycia kolacji tak wypalił rozłoszczony:

- A OBIAD TO GDZIE BYŁ? NO CO? 

- Jak to gdzie był?
- No właśnie! Były tylko pierogi! A to co jest? No co?? To jest drugie danie!

Wieczorem Tygrys oglądał sobie film. Tato przygotował kolację. Wołamy Tygryska. Oczywiście Madzia nie jest głodna, nie będzie jeść, zje tylko mleko, najlepiej z butelki ze smoczkiem….
- Madziu, idź poproś telewizor niech da ci mleczko! (Zażartowałam.) My damy ci to, co przygotował tato.
Madzia pobiegła do pokoju i zrobiła przedstawienie:
- Telewizorku! Daj mi mleczko ze smoczkiem! Proszę…
Padła na kolana przed monitorem i prosiła o mleczko… Nie wiem, czy złożyła dłonie jak do modlitwy? Nie mniej naburmuszona wróciła do stołu i odpaliła:

- NO OCZYWIŚCIE! MOI RODZICE JAK ZWYKLE MNIE NIE SŁUCHAJĄ!

Siadła do stołu i ze smakiem zjadła przewidzianą dla niej kolację.

piątek, 5 kwietnia 2013

Śnieżne święta…

Tygrysek ma już skończone sześć lat… Dopiero w te święta sobie uświadomiłam, że nigdy nie był zaproszony do babci O. na żadne święta! Nawet nie zaprosiła go moja rodzina na niedzielny obiad… Nigdy nie spotkał się z moją rodziną przy świątecznym stole. Taka jest PRAWDZIWA „miłość” mojej chrześcijańskiej rodziny do dziecka porzuconego… Do ”bękarta” o genach niewiadomego pochodzenia…

Ale nic to, święta jak zwykle spędziliśmy w sposób cudowny! Tak się złożyło, że im bliżej do lata, tym większy śnieg spotykamy na naszych wypadach z domu. Tym razem padło na Karpacz. Ja byłam pewna, że zima odpuści, w końcu ile można?!

Wyruszyliśmy rano w doskonałych humorach. Taka droga dla taty, to bułka z masłem… Ale, wjechaliśmy na autostradę, tato położył cegłówkę na gazie i wszyscy przenieśliśmy się do dalekiej krainy, gdzie mieszkają „inni”, wilkory i Lady Stark i Deneris… Jednym słowem pochłonęła nas „Gra o tron” i o mały figiel nie dojechaliśmy do Zgorzelca! Na szczęście w porę się skapowaliśmy, że jedziemy nie tak jak trzeba i papierowa mapa nas wspomogła.

Zdążyliśmy jednak na święcenie pokarmów! Fantastyczny ksiądz uczył dzieci tańczyć i śpiewać. Mnie nagle zaczęła razić ilość ludzi… Jakoś zapragnęłam ciszy i spokoju. Tygrys natomiast był w swoim żywiole. Próbował dopchać się do księdza, walczył o to, by jego koszyczek był najmocniej pochlapany! Oburzył się, gdy ksiądz go pokropił i podstawił pod kropidło święconkę.

Jak zwykle Gołębiewski na święta przygotowywuje moc atrakcji. Poszliśmy na pieczenie ciasteczek, na robienie ozdobnych jajek wielkanocnych, występ magika, na rodzinne robienie stroików świątecznych… Jajka wielkanocne robiliśmy razem z dosyć nietypową rodziną, którą jeszcze potem wiele razy spotykaliśmy. Poznaliśmy się i… I chylimy czoła przed dziewczyną, piękną i przystojną, która pokochała niepełnosprawnego mężczyznę, dosyć mocno i mają piękną córcię! Ten związek dowodzi o niesamowitej sile miłości! Cieszę się, że ich poznaliśmy!

Poznaliśmy również rodzinę Patrycji! Patrycja starsza od Tygryska o 4 miesiące i mniejsza o głowę. Tato Patrycji łudził się, że Patrycja z natury spokojna nie wykombinuje nic z Madzią.

- Niech pani spokojnie je! Ja obserwuję dziewczynki! Widzę, że wasza ma diabliki w oczach, ja ją już zaobserwowałem! Ale proszę spokojnie jeść, nigdzie stąd nie wyjdą! Tu jest jedno wyjście!

Świetnie - pomyślałam! Byłam pełna podziwu dla pewności jego słów. Nie uśpiły one jednak mojej czujności. Może i Patrycja nie opuści wielkanocnego śniadania, ale Tygrys i owszem. Jeżeli tylko znajdzie wyjście nie obstawione przez obsługę to da drapaka. I znalazł to wyjście! I na szczęście czuwałam i zgarnęłam dziewczynki z powrotem na salę.

Poznaliśmy również Cyganów czy raczej Romów i piękną dziewczynkę Naomi! Mieli jakieś święto rodzinne i Madzia z innymi dziećmi bawiła się w restauracji. Hitem wieczoru był taniec Romów. Jeden pan klaskał w dłonie w rytm muzyki, obok niego tańczyli inni. Tygrysek też. Był zauroczony przystojnym Romem, tańcem i muzyką. Wracając do pokoju wyznał mi w sekrecie:

- Mamo! Szkoda, że nasz tato taki nie jest!

Śmialiśmy się z jego pragnienia, ale takim tańcem można oczarować, nie tylko małe dziewczynki. Z sali posypały się oklaski.

W te święta padał śnieg… Śniegu nasypało po kolana, a zaspy były jeszcze większe. Madzia kocha zimę. Na spacerach nosiła sople lodu i chowała je w śniegu. Brykała po świeżym puchu jak przystało na Tygryska. Jej radość z takiej aury jest do pozazdroszczenia! Udało mi się zrobić jej psikusa! Madzie chciała mieć zdjęcie z dinozaurem. Podeszła do gada i zaczyna pozować a ja do niej wołam:

- Madziu! Uważaj tylko, aby ciebie dinozaur nie ugryzł!

I w tej chwili jak oparzony wyskoczył mi z kadru Tygrys i wpadł w zaspę śmiertelnie przerażony, że zaraz bestia go ugryzie!

Śmialiśmy się potem wszyscy! Ale Tygrysek postanowił zrobić odwet na mamie! W hotelu przyczaił się za rogiem i chciał mamę postraszyć. Jakoś zauważyłam kątem oka Madzię jak zerka zza roku czy już się zbliżam. Wpadłam na genialny pomysł: przyspieszyłam i z głośnym „UUUU” wskoczyłam za róg! Tygrys z przerażenia zapiszczał najgłośniej jak potrafi, aż nam w uszach zadzwoniło! Niemniej udało mi się ponownie Magdulkę zaskoczyć.

Sporo czasu spędziliśmy w Aquaparku. Nasze dziecko kocha pływanie. Toto jej towarzyszył w zabawach. Również „załapał” się na Śmigus Dyngus! Nim weszli do „Tropikany” przywitała ich woda z wiaderek. Ja patrzyłam na ich zabawę przez szybę. Bawili się doskonale! Nawet udało mi się uchwycić moment, gdy Madzia i tato zbliżyli się do mnie i jeden z ratowników otworzył do Madzi ogień z węża! Fantastycznie się dziewusia wygięła!

Ponadto, tata i Madzia wyskoczyli z basenu na śnieg! Brr… Dla mnie taka przygoda jest nie osiągalna! Mam zdjęcie taty w kąpielówkach na śniegu. Ponoć nie czuję się zimna i wskakuje się w śnieg jak w watę! Madzia też była zachwycona z pobytu na śniegu w stroju kąpielowym!

Do osiągnięć Tygryska należy dołączyć i to, że dziewczyna potrafi przepłynąć dwa razy basen sportowy – czyli 50 m. Co prawda jest to styl mieszany, czasami rozpaczliwy, ale czasami w tym stylu można spotkać trzy ruchy pływackie typu żabka i Madzia potrafi też popłynąć kawałeczek żabką krytą. Ja taki basen omijam z daleka… Madzia czuje się w nim prawie jak rybka! Już próbuje wskakiwać do niego bez asekuracji taty. Myślę, że następnym razem będzie płynęła sama.

Tak małemu dziecku te święta kojarzą się wciąż z zajączkiem, jajkami i laniem się wodą. Nie spodziewałam się, że nasza córcia tak się przyłoży do obrzędów wielkanocnych. Przed Lanym Poniedziałkiem przygotowała sobie jajeczko do psikania wodą pod poduszką. Rano obudziłam się pierwsza. Tygrysek spał w swojej ulubionej pozycji – to znaczy głowę miał między nogami! Wstałam, aby zrobić mu zdjęcie. Trzask migawki obudził Madzię. W tym momencie uchwyciłam twarz dziecka, które ma otwarte oczy, ale jeszcze śpi. Po sekundzie Tygrys chwycił za jajko, cichutko podreptał do łazienki po wodę i popsikał śpiącego w najlepsze tatę. Nawet nie jestem pewna, czy po drodze mnie widział??...

Szkoda, że święta trwały tak krótko! Nim zaczęliśmy wypoczywać czas gonił nas do domu. Z samochodu kusiła nas zima, z mięciutką pierzynką z białego puchu i padającym leniwie śnieżkiem. Tym razem nie słuchaliśmy audiobooka. Spokojnie, bez większych wpadek dowieźliśmy śpiącego w najlepsze Tygrysa do domu.

 

 

 

 

piątek, 29 marca 2013

Pieniążki, kto ma ten jedzie do Wieliczki…

Dawno, dawno temu na koloniach śpiewaliśmy:
Pieniążki, kto ma, tej jedzie do Wieliczki
A kto pieniążków nie ma, ten palcem do solniczki!...

Po tylu latach ta kolonijna piosenka kryje w sobie głęboką prawdę! Nawet trzeba by zmienić tekst „pieniążki” na „duże pieniążki”. Ale, zacznijmy od początku!
Ostatnio jestem fanką „gruponów”, tym razem padło na pobyt w Wieliczce. Oferta była zachęcająca i za małe pieniądze. Wieliczka, wiadomo, jedyne takie miejsce na świecie. Plan mieliśmy jak zwykle rozbudowany – dzień dla zdrowia dwa razy, popołudnie w Niepołomicach, popołudnie i wieczór w Krakowie, trasa turystyczna, Solilandia, trasa górnicza i nawet bąkaliśmy o Wawelu…
W czwartek rano o szóstej zadzwonił budzik… Uuuuu…. Jak ja nie lubię wstawać tak wcześnie! Ale ledwo budzik umilkł usłyszałam:
- Świetnie! O właściwej porze usnęłam i o właściwej się obudziłam! Wstajemy!
Obok mnie Tygrysek z radością witał nowy dzień gotowy na przygody! Jego zapał udzielił się wszystkim, szybko zebraliśmy się i bez marudzenia ruszyliśmy w drogę.
W Młynie Solnym powitała nas miła obsługa i od razu ruszyliśmy, aby zdążyć na pierwszy zjazd pod ziemię. I tu się trochę podłamaliśmy. Za dwa zjazdy do sanatorium zapłaciliśmy 900 PLN i za to otrzymaliśmy:
- Burczenie lekarza, który potraktował nas jak intruzów.
- Nikt z obsługi się nam nie przedstawił, nie poinformował, co i jak. A wypadałoby, aby lekarz przedstawił się grupie, poinformował o warunkach panujących w kopalni, przedstawił personel, który niby miał czuwać nad pacjentami.
- Nie wskazano nam sprzętów, nie wprowadzono nas do pomieszczeń, co więcej dostaliśmy na naszą trójkę tylko jeden koc i… I róbta co chceta pod ziemią…
Na szczęście nie jesteśmy ludźmi, którzy sobie nie poradzą, ale chciałoby by się, aby personel tak pracował, żebyśmy chcieli przyjechać do takiego sanatorium a nie załatwiali go tylko z uwagi na to, że nasze dziecko choruje…
Niemniej była to dla nas fantastyczna przygoda. Znaleźliśmy miejsce przy stoliku, kuracjusze nas poinformowali o wszystkim, a ekipa, która „była” w pracy usadziła swoje cztery litery w tzw. dyżurce…
Dla dzieci (i dorosłych też) zorganizowane były zajęcia oddechowe. Prowadziła je bardzo sympatyczna dziewczyna. Potem zajęcia ruchowe a na końcu były biegi na czas wokół jeziorka Wessel. Wszystkie działania miały na celu wspomóc wdychanie zdrowego powietrza. Bardzo dużym błędem jest łączenie kuracjuszy – dzieci i ludzi starszych. Starzy marudzili na dzieci, że głośne, że biegają, że… Ale przecież to normalne, że dzieci w wieku przedszkolnym takie są, one muszą jakoś wyładować swoją energię, a szczególnie jest to uciążliwe, gdy przestrzeń jest ograniczona. Pod koniec pobytu dzieci z nudów walczyły ze sobą, wszystkie. Nie spodobało się to jednej staruszce i zawarczała na dziewczynki, że są „paskudne, wręcz obrzydliwe i nieznośne”... Dziewczynki wróciły do stolików i płakały. Tygrys też. Szkoda, że nie byłam przy tym. Szkoda, że nikt dzieci przed takim atakiem nie obronił. Ale jak wcześniej zauważyłam, personel miał to wszystko „gdzieś”, a dzieci, naprawdę z nudów musiały sobie wymyślać jakieś zabawy!

W trakcie tego pobytu mieliśmy taką przygodę: przyłączyliśmy się do zajęć grupowych, w pewnym momencie wpadł Tygrys i oznajmił, że są dla dzieci inne zajęcia i dzieci oswobodziły się z objęć rodziców i ruszyły za Tygryskiem na inne zajęcia. Zrobił to tak naturalnie i dzieci się do niego przyłączyły bez kapryszenia, że jeden z rodziców orzekł:
- Ona powinna zostać ambasadorem!
Kolejnego dnia zjechaliśmy w godzinach rannych, zmieniła się ekipa, oczywiście „stado owieczek” bez dzień dobry, bez zapoznania się obsługą, zostało zwiezione na dół i tu personel pobiegł w swoją stronę a kuracjusze w swoją. Usiedliśmy przy stoliku. Po chwili podbiegły do nas babcie i kazały opuścić stolik, bo to ich… Uuuu… Ja nie dam się w łatwy sposób przepędzić, więc babcie usiadły przy innym stoliku. W końcu to ma być dla mnie przyjemność, a nie użeranie się z ludźmi. Do „naszego” wywalczonego stolika dosiedli się inni kuracjusze z dziećmi a potem, to siedziały prawie same chłopaki a na środku stołu pojawiła się cała sterta chłopackich zabawek. Bawiłam się z chłopakami w najlepsze! Miałam dosyć pokaźną armię smoków, która walczyła z armią żołnierzy. Mieliśmy czołgi, samoloty i działa! Dobrze, że moje smoki latały wyżej niż samoloty! Tygrys z resztą „bandy” biegał wokół jeziorka.
Spacerując wokół jeziora zwiedziliśmy „Stajnię” i przyłączyliśmy się do zajęć ze śpiewania. Weszliśmy do komory, a pani prowadząca zajęcia nas się zapytała:
- A Madzia ogląda bajeczkę?
- Tak, chyba wszystkie dzieci siedzą przed telewizorem.
- Wiecie państwo, że macie bardzo inteligentną i bystrą córeczkę!
- Taaaak…Dziękujemy!
Odpowiedzieliśmy zaskoczeni. Takie wyróżnienie, przy wszystkich. Duma nad rozpierała! Pani jednak ciągnęła dalej:
- Ona ma piękne oczy i porusza się z taką gracją! Oj będziecie mieli problem z chłopakami!
- Tak, wiemy!
- I co???
- I wybudujemy wysoki płot wokół domu, dom z wieżyczką a tam zainstalujemy CKM i każdą makówkę, która się pojawi nad murem skosimy…
Wszyscy wybuchnęli śmiechem a pani na szczęście nie drążyła tematu dalej. Niemniej my byliśmy podbudowani, że Tygrys został zauważony. I to nie tylko przez obsługę. Chłopaki od razu pokochały Tygrysa. W pewnej chwili dobiegło mnie, jak dzieci krzyczały:
- Magda i chłopaki górą! Magda i chłopaki górą!
Nie bardzo się orientowałam, o co tym razem chodzi, ale Magda w gronie chłopaków dyrygowała, co dalej będą robić. I to robili, ku uciesze dzieci, i ku zgrozie starszych kuracjuszy!
Tym razem nikt nie nagadał Tygryskowi, ale podszedł do naszego stolika smutny chłopczyk i się żalił, że „tamta pani mnie przegoniła, bo się za bardzo wiercę”. Normalnie, starsze pokolenie, chciałoby, aby dzieci dołączyły do posągów z soli! Na szczęście mogłam podzielić się moimi smokami i chłopiec po chwili swoim smokiem pożerał czołg!
Oczywiście w pewnej chwili zrobiło się zamieszanie i wszyscy pośpiesznie opuściliśmy komorę.
W dniu dzisiejszym chcieliśmy pojechać do Krakowa. Ale pobyt kilka godzin pod ziemią tak nas wyczerpał, że padliśmy. Tylko Tygrys szybko się zregenerował, umówił się z Jasiem i bawił się w świetlicy w Młynie Solnym do kolacji.
Kolejnego dnia udajemy się na trasę turystyczną. Ach, pędzimy po korytarzach od komory do komory, ja z ledwością robię jakieś zdjęcia. Warunki są trudne a zdjęcia kiepskie. Tygrysek oczywiście jest w swoim żywiole, pilnuje panią przewodnik, zadaje pytania. Dla mnie takie zwiedzanie jest do bani! W końcu nie chłoniemy kopalni, tylko po niej biegamy jak po hipermarkecie! Tu „pies” tam „kierat”, tam „bałwan solny”, tu Soliludki…
W końcu mamy przerwę w zwiedzaniu, możemy wyjechać na powierzchnię lub udać się jeszcze do muzeum.
W ramach przerwy chcemy coś przekąsić pod ziemią. Uuuu… Są gołąbki. Tygrys pragnie zjeść gołąbki. OK.! Są duże, więc cała rodzina się podzieli jedną porcją. Ale nic z tego, Tygrys wtranżala wszystko, dosłownie końcówka zostaje dla taty. W takim wypadku ja wpadam na pomysł zjedzenia kremówki papieskiej. Droga jak tyfus, ale co tam! Kupuję!
I tu szok! Do pysznej kremówki wyciągają ręce i tato Tygrys! Tato jeszcze pokazuje wczoraj zrobione zdjęcie „oponki” mamy i mnie straszy, że oponka po zjedzeniu kremówki się powiększy! No cóż! Poległam! Oddałam im kremówkę, która zniknęła szybko z talerza! Ale tu Tygrysek przytulił się do mnie i wołał taty:
- Mama ma najpiękniejszą oponkę! Kocham oponkę mamy!
No tak, chciałoby się zjeść kremówkę i chciałoby się nie mieć oponki!
Po posiłku udajemy się do muzeum Żup Krakowskich. Jest świetne. Tylko, dlaczego znowu się spieszymy???
Po zwiedzeniu kopalni udaliśmy się do Kościoła i Zamku Żupnego. Kościół piękny! Bogaty. Nie widzieliśmy zbioru naczyń liturgicznych, bo było już zamknięte. Szkoda, bo monstrancja i inne przedmioty pokazywane na zdjęciach wydają się być ciekawe.
Zamek Żupny ma ciekawą kolekcję solniczek. Niektóre są przepiękne! A my w domu nie mamy żadnej porządnej solniczki! Musimy kupić. Jeszcze w tym zamku oglądamy ciekawą kolekcję amonitów. To chyba jest największa wystawa, jaką widzieliśmy do tej pory. Tygrysowi też się podoba! Szczególnie multimedialna impresja. Naprawdę ma się wrażenie, że amonity tańczą w takt muzyki.
Ledwo wróciliśmy do pokoju, nim my się rozebraliśmy Tygrys w podskokach był już gotowy pobiec do Jasia. Pobiegł… Dzieci się bawiły do późnego wieczora!
W niedzielę ja z Tygrysem wybrałam się na odkrywanie Solilandii a tato zaliczył trasę górniczą. Tym razem szybko zbiegliśmy po schodach, dzieci odkrywały tajemne znaki pozostawione przez Skarbka, poznały Soliludka, znalazły jaja Solonia, jego ogon i głowę, aby w końcu swojej wędrówki spotkać się ze Skarbkiem. Skarbek zaprosił dzieci do swojej komory a tam było przedstawienie. Na tronie zasiadła księżniczka Kinga a dwóch rycerzy szukało soli i wykopało pierścień dla księżniczki. Tak się złożyło, że księżniczką został Tygrysek i dostał pierścień od rycerza. Widziałam radość mojego dziecka! Ależ Madzia się cieszyła! A jej oczy wyszły z orbit, gdy Skarbek pozwolił zachować jej pierścień na zawsze! Ale ma dziewczyna fuksa! Normalnie, Tygrys rzeczywiście urodził się pod szczęśliwą gwiazdą! Oby ta gwiazda mu świeciła do końca jego dni!
Na zakończenie przygody w Solilandii dzieci dostały po krysztale soli. Sól pięknie krystalizuje! Ponoć jest kryształowa komora, ale jest to rezerwat i tylko nieliczni mieli okazję ją widzieć. No cóż, dobrze, że choć tyle zobaczyliśmy. W końcu pod ziemią spędziliśmy prawie 24 godziny! Zakupiliśmy sobie na pamiątkę woreczek kuchennej soli kamiennej za jedyne 16,5 PLN za 2 kilo! Kiedyś taka sól kosztowała grosze i była omijana szerokim łukiem, bo była szara i potem na talerzu skrzypiały pod łyżką grudki minerałów. Teraz taka sól to rarytas! I to, jaki! Normalnie będziemy jej używać tylko na świąteczny stół!
I tak nasza przygoda dobiegała końca. Mając w rękach kupon na zniżkowy obiad udaliśmy się do restauracji. Tam przy jednym stole siedziała grupa Rosjan z dziećmi. Jeden z chłopców „szalał” przy stole i został przez mamę wyprowadzony do holu hotelu, aby nie przeszkadzał pozostałym.
Tygrys też zachowywał się kiepsko… Zjadł zupę, ale nim podano nam drugie danie lokal opuściła nowo poznana koleżanka Olga i Tygrys nie miał nastoju na nic. Co więcej, złota rybka podana na talarkach z uśmiechami zamiast wędrować do paszczy przemieszczała się na talerzu tam i z powrotem. Napięcie rosło, aż w końcu talarek z uśmiechem zawirował nad stołem, uderzył w mamę i wylądował pod stołem! Do młodego Rosjanina dołączył Tygrys. Ale chłopczyk wypłakał się na sofie a Tygrys dla wszystkich zrobił przedstawienie na posadzce. Biała bluzka zamieniła się w szarą. Uuuu… Szkoda, ale wychowanie kosztuje! To tylko ubrania, tak jak uczyła mnie psycholog pani Małgosia nie reagowałam, choć szkoda mi było tej bluzki! W końcu nie była znoszona! Personel hotelu i inni goście mieli przedstawienie, które zakończyło się jak tylko Tygrys zrozumiał, że siedzimy daleko, zajadamy obiad i nie zwracamy uwagi na jego wybryki. Na szczęście żaden ze „skazanych na banicję” nie wpadł na pomysł, aby na złość mamie odmrozić sobie uszy! Bardzo było zimno na dworze i Madzia z chłopcem postanowili się wspólnie pobawić. Obydwoje zamienili swoje łzy szału na piski radości i bawili się przy recepcji.
W pewnej chwili Madzia do nas podeszła i powiedziała, że ma ochotę na jedzenie. Było już zapakowane. Tygrysowi mina zrzedła, ale cóż, przyjął wiadomość na klatę, wypił sok i pobiegł się bawić z Rosjaninem, którego obiad również znikł ze stołu.
Ciekawa jestem, ile razy będziemy jeszcze przerabiać tą lekcję??? Przykazałam tacie, że po drodze do domu nie ma żadnego zatrzymywania się na posiłek. Ledwo rozpakowaliśmy samochód, Madzia poprosiła o obiad. Odgrzałam w kuchence zapakowany obiad i nim się spostrzegłam „złota rybka” zniknęła w czeluściach Tygrysa, talarki z uśmiechami też a po marchewce nie było nawet śladu!
Jeszcze dwa zdania o pogodzie! Jesienią w ramach gruponu chciałam pokazać Tygryskowi zimę, taką prawdziwą. Pod koniec listopada w Tatrach nie było śniegu i pogoda była jak drut!
Tym razem marzyła mi się wiosna, kwitnące forsycje i przebiśniegi… A pokazałam zimę. Mroźną, z opadami śniegu, ze słońcem i soplami. Zimę piękną, tylko, dlaczego zima w tym roku tak się spóźniła???

 

czwartek, 14 marca 2013

Mała „spryciula”

Często sprzątając kuchnię wymiatałam z różnych zakamarków a to podrobiony na kawałki żółty serek, a to przeżute i wyplute resztki mięska, a to nitki makaronu ukryte między zabawkami. Zżymałam się z tym, sprzątałam, słuchałam wyjaśnień Tygryska, że to są „zapasiki myszki zgromadzone na zimę”. Tłumaczyłam, mówiłam, że tak nie wolno, prosiłam, itp. W końcu po lekturze książki „Uparte dzieci…” przeszłam od „gadania” do „działania” i to od razu w wielkim stylu.
Tygrysek mimo skończonych sześciu lat wciąż domaga się karmienia. Normalnie potrafi pół godziny siedzieć i otwierać buzię i czekać, aż ktoś litościwy będzie pakował do paszczy jedzenie. Na tatę to działa, ja mam w tym czasie czas, aby zająć się na spokojnie pracami w kuchni. Jest to ta upragniona chwila spokoju, w której Tygrys na pewno nic nie zbroi!
Ostatnio siedząc z Madzią w domu ”ćwiczyłam ją z samodzielnego jedzenia”. Miałam czas! Tygrys nie miał wyboru! Musiał zjadać sam. Trochę mi szkoda, bo „Bestia” inteligentna jest, ale z uporem maniaka wciąż testuje moje zachowanie i pierwsze pół godziny posiłku spędza nad talerzem, otwiera buzię i prosi, aby go nakarmić! Potem zjada zimny posiłek. Ne wiem, czy nie smakuje jej ciepłe danie???  Niemniej drugie danie potrafi trwać czasami 2 godziny! Tak było dziś z drugim daniem! Na obiad ugotowałam ziemniaczki, udka z kurczaka duszone w cebulce oraz kiszone ogóreczki. Do tego kompot z jabłek, ananasa i limonki. Dla mnie pychota! Dla Tygrysa raczej nie! Od razu zgłosił zastrzeżenie, że skórka na kurczaczku nie jest chrupiąca... Nic, na spokojnie przeżyłam marudzenie dziecka i po skończonym obiedzie poszłam do sypialni poczytać książkę… W końcu po około godzinie doczekałam się wiekopomnej chwili – Tygrys zjadł! Nawet odstawił swój talerz na blat koło zlewu. Po chwili wstałam i udałam się do kuchni, aby dokończyć sprzątanie. Na talerzu Tygrysa leżały porozrzucane ziemniaki, kiszone ogórki były wyjedzone, co do joty. Zastanowił mnie brak kości po kurczaku! Na talerzu nie było nawet śladu po mięsie! To dało mi do myślenia. Zajrzałam do garnka, przejrzałam „skrytki myszki”, zajrzałam do kosza na śmieci i nie znalazłam! W tym momencie zawołałam Tygryska:
- Madziu, co się stało z mięskiem???
- Zjadłam!
- Wszystko zjadłaś???
- Tak mamo! Wszystko zjadłam!
- No dobrze, a gdzie jest kość z twojej nóżki???
- W koszu!
- W koszu?? To proszę wyjmij mi ją i pokaż.
Tygrysek wyjął moją kosteczkę i podał mi ją z szelmowskim uśmiechem na ustach.
- Zobacz mamo jak zjadłam!
- Madziu! To moja kosteczka! Pokaż mi twoją!
Przyparty do muru Tygrys wygrzebał zawinięte w papierowy ręcznik swoje mięsko. Czekał ze spuszczoną głową na moją reakcję. Ja na spokojnie, odwinęłam mięsko z ręcznika, dałam do ręki Tygryskowi i poleciłam, że ma to zjeść.
Tygrys zrobił wielkie oczy! Z zaskoczeniem sięgającym zenitu z rozpaczą w głosie zapytał:
- Mamo! Ty każesz mi jeść to mięso ze śmietnika???
- Tak Madziu! Zjesz to mięsko ze śmietnika.
Tygrys próbował ze mną negocjować, lecz ja nie podejmowałam dyskusji. Posadziłam dziecko przy stole i jak gdyby nigdy nic zajęłam się porządkowaniem garów w kuchni. Widziałam, jak pierwszy kęs zakłuł Tygrysa w zęby, ale ponieważ z mojej strony nie było żadnej reakcji Tygrys na spokojnie obgryzł całą kosteczkę. Na koniec jeszcze udało mi się oderwać troszkę kęsków i podałam je dziecku. Po skończonym posiłku, tak odpaliłam do wciąż zaskoczonego Tygryska:
- I tak oto Madziu, mamy już przećwiczone jedzenie mięska ze śmietnika! Mam nadzieję, że było to pierwszy i ostatni raz i już nigdy nam się to nie powtórzy. Co ty na to??
- Tak mamo!
- To dobrze! Teraz możesz iść się pobawić.
Tygrys poszedł się bawić, a ja mam nadzieję, że moja nowa lektura pomoże mi wciągnąć moje dziecko do współpracy ze mną. Myślę, że mój taniec z Tygryskiem na szkle powoli przerodzi się we wspaniałą współpracę, mimo, iż wciąż Tygrys testuje granice…

sobota, 29 grudnia 2012

Tatry

W tym roku mieliśmy problem z pojechaniem na wakacje. Tato cały czas zajęty, w rozjazdach… Nawet nad morzem pracował, ledwie wieczorami towarzyszył nam na basenie. Postanowiłam wykupić grupon i postawić moją rodzinę przed faktem dokonanym. Tym razem padło na Tatry. Tato bez pracy, laptop w plecaku, telefon poza zasięgiem…
Rezerwując termin na koniec listopada miałam cichą nadzieję, że będzie już śnieg. Chciałam pokazać Tygryskowi zimę z prawdziwego zdarzenia, marzyłam o sankach i zjazdach z górki na pazurki. Aura sprawiła nam jednak niespodziankę. Dała nam kilka dni w Tatrach z fantastyczną pogodą, bez dzikiego tłumu na suchych szlakach. Do tego doliczmy hotel przy Krupówkach, w samym środku, a w nim wyśmienitą kuchnię. Wzięłam nawet menu i żartowałam z obsługą, że raz w tygodniu DHL-em będziemy zamawiać obiad. Wszystko cokolwiek podano do stołu było nie dość, że fantazyjnie ułożone, z barwnymi dekoracjami to dodatkowo przepyszne! Mniam!
Po drodze do Zakopanego odwiedziliśmy naszych znajomych, którzy mają córcię rok młodszą od Tygryska. Dziewczyny doskonale się bawiły a my… My padliśmy! Kiedyś to potrafiliśmy przegadać całą noc siedząc przy kominku, tym razem pooglądaliśmy zdjęcia, potem film… Kominek się palił, my przysypialiśmy, dziewczyny przestawiały obok pokój do góry nogami. Nawet z najwyższej półki wydobyły ubrania, wymalowały sobie buzie i bawiły się w modelki…
Po śniadaniu ruszyliśmy dalej. Zakopianka, jak Zakopianka. Brak drugiego pasa na szczęście nie dał się nam we znaki. Nawigacja zaprowadziła nas na środek Krupówek, nawet tam wjechaliśmy autem ku uciesze tubylców, którzy wskazali nam hotel i wytłumaczyli jak do niego dojechać. Hotel nas mile zaskoczył, kuchnia każdego dnia drażniła podniebienie… A oponki rosną!
Pierwszego dnia „zwiedzaliśmy” Krupówki. Dosłownie! Włóczyliśmy się między straganami, między stertami oscypków, skór, kapci i chińszczyzny wszelakiej. Każdy zachwalał swój towar, a my tylko oglądaliśmy!
Wieczorem Tygrys szalał na basenie, ja w bąbelkach, tato w saunie. Kolacja…
Po obfitym śniadaniu udaliśmy się do Muzeum Tatrzańskiego. Tym razem mieliśmy fuksa, dziś zwiedzanie za darmo. Ale „chamstwo i góralska muzyka” już pokazały nam swoje oblicze. Znudzona pani zatopiona w gazecie z ociąganiem udzielała zdawkowych odpowiedzi na nasze pytania dotyczące eksponatów. W końcu to ona po to tu jest, aby się nami zajmować a nie rozwiązywać krzyżówki!
Po muzeum udajemy się na Gubałówkę. W kolejce Tygrys zaprzyjaźnia się ze zbójnikiem! Rozmawiamy i opowiadamy o naszym mieście. Rozbójnik opowiada o mentalności tubylców… Potem za darmo Tygrysek ma sesję fotograficzną z harnasiem, inni żądają 5 PLN za zdjęcie z owieczką i z innym jakimś koszmarkiem wykonanym ze sztucznego futerka. Koszmar!!! Rozbójnik wygląda dobrze, ale reszta koszmarków z napisem ZAKOPANE 2012 jest kiczowata! Po miłym pożegnaniu my udajemy się na spacer, harnaś służy swoją osobą innym turystom a słońce oświetla nam szczyty tatr. Pogoda jest nader dla nas łaskawa. Przed zjazdem na dół Tygrysek jeszcze raz spotyka się z rozbójnikiem, pokazuje mu kamienie, jakie znalazł na ścieżce, robimy ponownie zdjęcia i idziemy pojeździć na saneczkach. Jakoś udaje się przekonać Madzię, że może zjeżdżać tylko z nami. Z tatą zjeżdżało mu się chyba lepiej, bo ze mną była cały czas walka o drążek!
- Mamo! Ty źle to robisz! Do przodu! Szybciej! Nie hamuj! Tato wie jak to trzeba robić…
Dziś marzył się nam pstrąg. Zjadamy obiad na mieście, taki sobie jak za te pieniądze i postanawiamy, że nic więcej poza naszym hotelem nie jemy! Szkoda żołądka i kasy!
Po basenie udajemy się na kolację. Znowu delicje! Dla Tygryska kucharz przygotował spaghetti z klopsikami z cielęciny! Pychota! Tygryskowi tak to smakowało, że dziewczyna pobiegła do kuchni do kucharza, aby osobiście mu podziękować za tak pyszne jedzenie. O dziwo, mała dziewusia dociera do szefa kuchni i od tej pory ma u niego fory, niemniej zamiast próbować różnych pyszności postanawia do końca pobytu jeść tylko pierogi z jagodami…
Kolejny dzień wita nas wspaniałą pogodą. Postanawiamy pojechać na Kasprowy Wierch. Szczęście nam dopisuje! Wyjeżdżamy na szczyt a tam słoneczko oświetla nam szczyty. Robimy zdjęcia niczym do albumu. Tygrys skacze po szlaku jak kozica. W zasadzie nieopodal szlaku siedzi w trawie stado kozic, nic sobie z garstki turystów nie robi. Madzia cieszy się z tych „Kuźnic”, ochoczo nam towarzyszy w spacerze po grani, pięknie pozuje do zdjęć, ale w pewnym momencie postanawiamy zejść szlakiem do Doliny Gąsienicowej, aby ponownie wdrapać się na Kasprowy i zjechać kolejką do Kuźnic. Pech chciał, że w momencie, w którym negocjowaliśmy zejście w dół z naszą turystką na Przełęczy Liliowej, minęła nas grupa zapaleńców, która obrała sobie za cel Świnicę… Żadne argumenty nie docierały do Madzi, że my tam nie możemy iść… Zapłakany Tygrysek argumentował:
- Przecież dobre mam buty! Mam buty „kozakowe” i dam radę tam wejść…
Objuczony kamieniami Tygrysek w końcu dał za wygraną i zaczął za nami schodzić w dół. Nijak nie dał sobie wyperswadować, że kamienie niesione na rękach to nie jest najlepszy pomysł. Na szczęście, gdy któryś raz z kolei naręcze kamieni rozsypało się po szlaku, zrezygnowany Tygrys odpuścił, dwa najładniejsze (spore!) zapakował z tatą do plecaka i raźno ruszył w dół. Niestety pogoda zaczęła się załamywać. Szybko za słońca trafiliśmy w chmurę i nasze ponowne wdrapywanie na szczyt nie było już takie sielankowe. Ja wyziewałam, dosłownie, wyziewałam ducha. Co jakiś czas Tygrys się zatrzymywał i wołał do mnie z góry:
- Mamo! Wyzionęłaś już ducha?? Już mamo???...
Aby przyspieszyć nasz marsz tato wziął na barana Madzię i jakoś we mgle dotarliśmy do kolejki, aby ostatnim zjazdem zjechać na dół.
W hotelu w windzie spotkaliśmy sympatycznych ludzi, którzy mieli pięknego syna. Od razu z mamą chłopca chciałyśmy zeswatać nasze dzieci. Na to Tygrysek się obruszył:
- Nie! Ja nie mogę! Ja kocham Kajetana! Tylko za Kajetana wyjdę za mąż!
Tak, więc zięć jak marzenie przemknął mi koło nosa! Próbowałyśmy z mamą urodziwego chłopca jeszcze kilka razy namówić Madzię, aby chociaż pobawiła się z kawalerem na basenie, ale wierny Kajetanowi Tygrysek nawet o tym nie chciał słyszeć…  
Kolejnego dnia udało się nam pokazać Tygryskowi Morskie Oko. Naszym skrzypiącym autem pojechaliśmy na Łysą Polanę, tam po opłaceniu parkingu wsiedliśmy (o zgrozo!) na wóz ciągnięty przez konie. Nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś moja rodzina będzie korzystała z tego typu „atrakcji”.
W sposób maksymalnie leniwy dotarliśmy do schroniska. Spokojnie wypiliśmy herbatę, zjedliśmy kanapki i postanowiliśmy obejść staw dookoła. Jak zwykle Tygrysek był w swoim żywiole. Dokazywał i szalał! Były nawet momenty, że o mały figiel nie wykąpał się w akwenie!  W pewnym momencie tato postanowił wdrapać się nad Czarny Staw a ja z Madzią miałam spokojnie dotrzeć do schroniska i tam na niego miałyśmy czekać! Ale, jak tylko tato zniknął za krzakiem, zrozpaczony Tygrysek pobiegł za nim i zalany łzami wrzeszczał, że on też tam chce iść… I poszedł!
Ja na rozwidleniu szlaków czekałam, mijali mnie turyści i:
- I co zrezygnowała pani z podejścia?? Ta mała w różowej czapeczce nieźle sobie radzi…
- Da radę wdrapać się na sam szczyt??
- Oczywiście! Da radę!
Inni:
- Wspaniale pozuje tacie do zdjęć! I buzia wcale jej się nie zamyka!
Albo:
- Mają jeszcze 10 minut do końca, wejdą!
Lub:
- Już wracają!
I było to dla mnie bardzo miłe czekanie. Z każdym przechodniem porozmawiałam! Normalnie, tak jakbym miała wypisane na czole, że ta papla w różowej czapeczce to moja Papla! Jako ostatni na szlak wyruszyło małżeństwo z trzyletnią paplą niesioną w nosidełku i potem jak się okazało, ta mała Papla z rodzicami towarzyszyła nam w drodze powrotnej. Poznaliśmy się i wspólnie po ciemku w nikłym świetle latarek sunęliśmy do parkingu. 3, 5 letnia Emilka i ponad 6 letnia Madzia dosłownie nie dopuszczały nas do głosu. Podzieliliśmy się resztkami jedzenia i doskonałych humorach, szczęśliwie dotarliśmy do naszych samochodów.
Następnego dnia wstajemy jak zwykle rano, ale tym razem z lekkim ociąganiem. W końcu to niemożliwe, aby przywitał nas kolejny bezdeszczowy dzień. To koniec listopada i taka pogoda???  Za oknem słonce walczy z chmurami, wieje halny, jest ciepło, tak ciepło, że mamy nadzieję, iż uda nam się zobaczyć jedną z dolin w Tatrach. Tym razem wyruszamy do Doliny Kościeliskiej. Ledwo opuszczamy samochód a tu obok stoi „baca” i żąda za parking, nie ma żadnych negocjacji. Kilka kroków dalej zatrzymujemy się przy bryczce, Tygrys pragnie pojechać koniem do doliny. W dolinie jest prosta trasa, więc chcielibyśmy zaoszczędzić kasę, ale Madzia bardzo pragnie przejechać się konikiem. Trudno, udaje nam się wynegocjować 140 PLN za kurs i wsiadamy do bryczki. Koszmarnie dużo, ale zwiedzanie kosztuje. Oskubani z kasy, w ciasnej bryczce odbywamy wątpliwą przyjemność przejażdżki w głąb doliny.
Po opuszczeniu pojazdu możemy rozprostować nogi i pozwiedzać dolinę. Odbijamy w bok do Wąwozu Kraków. Tygrys jest w swoim żywiole. Skacze jak kozica po kamieniach, wspina się na skały, w końcu ucieka na drabinę.
- Madziu, stop! Wracaj! – Nie działa.
Za Madzią wspina się tato. Przy pomocy łańcuchów docierają do Smoczej Jamy. Tato zrzucił plecak pędząc za dzieckiem a teraz musi się wrócić po latarki, bo Madzia koniecznie chce wejść do jaskini. Sytuacja zrobiła się dramatyczna, ja stoję na dole, tato twierdzi, że muszą z Madzią przejść przez jaskinię i podążyć szlakiem jednokierunkowym dalej na polanę i z powrotem do doliny. Po negocjacjach postanawiamy, że Madzia stoi na skale przy jaskini, tato wraca się po latarki, oni idą przy pomocy łańcuchów dalej a ja doliną wychodzę im naprzeciw. Tato po chwili zawrócił. Madzia miała przykazane, że nie wolno się jej poruszyć, tym bardziej ani iść do przodu ani schodzić w dół. Tylko tato miał się opuścić, zabrać plecak i wrócić do Madzi. Jednak Madzia postanowiła pokazać światu, że i ona potrafi samodzielnie zejść przy pomocy łańcuchów ze skały. Widząc to wkurzyłam się!
- Tato! Wracaj! Madzia za tobą idzie!
Tacie udało się wdrapać powrotem do Madzi nim ta zleciała po skale w dół, po czym powoli i bezpiecznie sprowadził niesubordynowane dziecko do wąwozu. We mnie się gotowało. Ledwo Madzia stanęła na ziemi wypaliłam:
- Madziu, co miałaś obić?!
- Czekać na tatę…
- Więc dlaczego nie czekałaś! Dlaczego sama schodziłaś ze skały??
- Mamo! Bo ja się bałam smoka! Usłyszałam takie jego posapywanie i chciałam uciec!
- Madziu, czy ty widziałaś kiedyś smoka??
- Tak w książkach!
- W bajkach!
- Mamo! Ale tam był smok! Naprawdę!
- Madziu! Nie wymyślaj! Nie wolno w górach tak się zachowywać. Uciekłaś na szlak, wspięłaś się do jaskini i nie poczekałaś na tatę! Nic się nie słuchasz! To nie jest szlak dla dzieci! Tu jest stromo! To…
- Mamo, czy ty chcesz mi powiedzieć, że ja się do tego nie nadaję!?
Szczęka mi opadła! Jak wytłumaczyć Tygrysowi, że dorośli giną w Tatrach, doświadczeni ludzie za malutki błąd płacą życiem a co dopiero taki Tygrys, nawet nie posiadający odpowiedniego obuwia, nonszalancko zachowujący się na szlaku.
Po burzy Tygrysek przyrzekł, że teraz będzie się słuchał i będzie już grzeczny. OK.! Poszliśmy dalej. W schronisku na Ornaku wypiliśmy herbatkę, zjedliśmy kanapki i ruszyliśmy z powrotem. Taka monotonna droga nudziła się dziecku. Tygrys jednak zachowywał się wzorowo, miał obiecane podejście do innej jaskini, pod warunkiem, że będzie grzeczny. Jedynie Marudził:
- Mamo! Czaruj mamo, żeby była Emilka! Przecież jesteś czarownicą! Zaczaruj, aby oni tu byli!
Za dobre sprawowanie Tato z Tygrysem wybrali się do Mylnej, ja miałam na nich czekać w dolinie. Trasa miała być krótka, zaledwie 15 minut – tak się przynajmniej wydawało. Niemniej po 20 minutach to na szlaku zamiast Tygryska z tatą pojawiła się Emilka z rodzicami! Chcieli iść do schroniska, ale jak nas spotkali to postanowili, że dalszą cześć dnia spędzą z nami. 
Czekaliśmy razem… Trochę to trwało! Jak przystało na „Mylną”  Tato z Tygryskiem zabłądzili w jaskini, tym razem dziecko zachowywało się wzorowo, pomagało tacie odnaleźć drogę i wspólnymi siłami dotarli do czekającej na nich niespodzianki. Emilka i Madzia były wprost wniebowzięte! Otwarły swoje paple i cały czas gadały! Tym razem ich wielka sympatia do siebie nawzajem przebiegała dosyć burzliwie! Kłóciły się nawet o kolor światła latarki! Mieliśmy w sumie trzy latarki, one cały czas krążyły między dziewuszkami, my dorośli wymienialiśmy się doświadczeniami, ciastem, jedzeniem i czasami pękaliśmy ze śmiechu, gdy nagle podbiegała do nas mała gwiazda i ze łzami w oczach komunikowała:
- A jej latarka świeci żółtym światłem! Ja nie chce tej, ta jest za jasna!
Po zakończeniu wędrówki, dziewczyny nie potrafiły się rozdzielić, jedna za drugą długo płakała…
Kolejny, ostatni dzień minął nam na zakupach. Późnym popołudniem ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Na dworze padał już deszcz, w górach sypał śnieg…

Tak się jakoś składa, że podczas świąt spotykamy się w gronie przyjaciół i „chwalimy” się wakacjami, dziećmi, całym minionym rokiem. Cieszymy się wzajemnie z tego, co nam się udało osiągnąć! My opowiadaliśmy o Tatrach, zresztą, wszyscy zebrani to miłośnicy Tatr. Wszyscy kochamy Tatry. Dyskusja była wspaniała, bo nasza tegoroczna relacja była na świeżo! Dzieci nam podrosły. Miniony rok obfitował w wiele przygód. Przy suto zastawionym stole udzielono mi porad odnośnie kształcenia Tygryska, co ma opanować a co mu należy darować. Jak zwykle byłam pod wrażeniem zdolności kulinarnych Beatki, niesamowitej gracji Kasi, która w pięknej czarnej sukience z koronki poruszała się niczym królowa, bawiliśmy się modliszką Bartka… Byłam pod wrażeniem oczytania dorastających kawalerów… I w ogóle, zastanawiałam się, jak moi znajomi mają na wakacjach czas na przeczytanie tylu książek??? Normalnie, nawet potrafią określić czy dany Nobel należy się słusznie, czy też autor ma lepsze i gorsze pozycje.
Muszę kupić sobie taki „kindle” i dostanę od nich pozycje godne uwagi, może w przyszłym roku nadgonię zaległości, zresztą będę miała tylko najlepsze pozycje do czytania!
Ale był też i smutny akcent. Mamę Konrada choroba przygniata mocno do ziemi, myślę, że to ostatni raz ją widziałam. Takie mam wrażenie…
I… I kolejny rok nam minął, a my tylko spotkaliśmy się w tym gronie jak zwykle na kolacji w drugi dzień świąt. Co my robimy, że czas umyka a my nie mamy czasu na większą ilość spotkań?? Dobrze, że chociaż są te święta, że możemy na chwilę się zatrzymać i wymienić doświadczeniami z bliskimi!  Dobrze, że mamy takich bliskich!