Dawno, dawno temu na koloniach
śpiewaliśmy:
Pieniążki, kto ma, tej jedzie do
Wieliczki
A kto pieniążków nie ma, ten
palcem do solniczki!...
Po tylu latach ta kolonijna
piosenka kryje w sobie głęboką prawdę! Nawet trzeba by zmienić tekst
„pieniążki” na „duże pieniążki”. Ale, zacznijmy od początku!
Ostatnio jestem
fanką „gruponów”, tym razem padło na pobyt w Wieliczce. Oferta była zachęcająca
i za małe pieniądze. Wieliczka, wiadomo, jedyne takie miejsce na świecie. Plan
mieliśmy jak zwykle rozbudowany – dzień dla zdrowia dwa razy, popołudnie w
Niepołomicach, popołudnie i wieczór w Krakowie, trasa turystyczna, Solilandia,
trasa górnicza i nawet bąkaliśmy o Wawelu…
W czwartek rano
o szóstej zadzwonił budzik… Uuuuu…. Jak ja nie lubię wstawać tak wcześnie! Ale
ledwo budzik umilkł usłyszałam:
- Świetnie! O
właściwej porze usnęłam i o właściwej się obudziłam! Wstajemy!
Obok mnie
Tygrysek z radością witał nowy dzień gotowy na przygody! Jego zapał udzielił
się wszystkim, szybko zebraliśmy się i bez marudzenia ruszyliśmy w drogę.
W Młynie Solnym
powitała nas miła obsługa i od razu ruszyliśmy, aby zdążyć na pierwszy zjazd
pod ziemię. I tu się trochę podłamaliśmy. Za dwa zjazdy do sanatorium
zapłaciliśmy 900 PLN i za to otrzymaliśmy:
- Burczenie
lekarza, który potraktował nas jak intruzów.
- Nikt z
obsługi się nam nie przedstawił, nie poinformował, co i jak. A wypadałoby, aby
lekarz przedstawił się grupie, poinformował o warunkach panujących w kopalni,
przedstawił personel, który niby miał czuwać nad pacjentami.
- Nie wskazano
nam sprzętów, nie wprowadzono nas do pomieszczeń, co więcej dostaliśmy na naszą
trójkę tylko jeden koc i… I róbta co chceta pod ziemią…
Na szczęście
nie jesteśmy ludźmi, którzy sobie nie poradzą, ale chciałoby by się, aby
personel tak pracował, żebyśmy chcieli przyjechać do takiego sanatorium a nie
załatwiali go tylko z uwagi na to, że nasze dziecko choruje…
Niemniej była
to dla nas fantastyczna przygoda. Znaleźliśmy miejsce przy stoliku, kuracjusze
nas poinformowali o wszystkim, a ekipa, która „była” w pracy usadziła swoje
cztery litery w tzw. dyżurce…
Dla dzieci (i
dorosłych też) zorganizowane były zajęcia oddechowe. Prowadziła je bardzo
sympatyczna dziewczyna. Potem zajęcia ruchowe a na końcu były biegi na czas
wokół jeziorka Wessel. Wszystkie działania miały na celu wspomóc wdychanie
zdrowego powietrza. Bardzo dużym błędem jest łączenie kuracjuszy – dzieci i
ludzi starszych. Starzy marudzili na dzieci, że głośne, że biegają, że… Ale
przecież to normalne, że dzieci w wieku przedszkolnym takie są, one muszą jakoś
wyładować swoją energię, a szczególnie jest to uciążliwe, gdy przestrzeń jest
ograniczona. Pod koniec pobytu dzieci z nudów walczyły ze sobą, wszystkie. Nie
spodobało się to jednej staruszce i zawarczała na dziewczynki, że są „paskudne,
wręcz obrzydliwe i nieznośne”... Dziewczynki wróciły do stolików i płakały.
Tygrys też. Szkoda, że nie byłam przy tym. Szkoda, że nikt dzieci przed takim
atakiem nie obronił. Ale jak wcześniej zauważyłam, personel miał to wszystko
„gdzieś”, a dzieci, naprawdę z nudów musiały sobie wymyślać jakieś zabawy!
W trakcie tego
pobytu mieliśmy taką przygodę: przyłączyliśmy się do zajęć grupowych, w pewnym
momencie wpadł Tygrys i oznajmił, że są dla dzieci inne zajęcia i dzieci oswobodziły
się z objęć rodziców i ruszyły za Tygryskiem na inne zajęcia. Zrobił to tak
naturalnie i dzieci się do niego przyłączyły bez kapryszenia, że jeden z
rodziców orzekł:
- Ona powinna
zostać ambasadorem!
Kolejnego dnia
zjechaliśmy w godzinach rannych, zmieniła się ekipa, oczywiście „stado owieczek”
bez dzień dobry, bez zapoznania się obsługą, zostało zwiezione na dół i tu
personel pobiegł w swoją stronę a kuracjusze w swoją. Usiedliśmy przy stoliku.
Po chwili podbiegły do nas babcie i kazały opuścić stolik, bo to ich… Uuuu… Ja
nie dam się w łatwy sposób przepędzić, więc babcie usiadły przy innym stoliku.
W końcu to ma być dla mnie przyjemność, a nie użeranie się z ludźmi. Do „naszego”
wywalczonego stolika dosiedli się inni kuracjusze z dziećmi a potem, to
siedziały prawie same chłopaki a na środku stołu pojawiła się cała sterta
chłopackich zabawek. Bawiłam się z chłopakami w najlepsze! Miałam dosyć pokaźną
armię smoków, która walczyła z armią żołnierzy. Mieliśmy czołgi, samoloty i
działa! Dobrze, że moje smoki latały wyżej niż samoloty! Tygrys z resztą
„bandy” biegał wokół jeziorka.
Spacerując
wokół jeziora zwiedziliśmy „Stajnię” i przyłączyliśmy się do zajęć ze
śpiewania. Weszliśmy do komory, a pani prowadząca zajęcia nas się zapytała:
- A Madzia ogląda
bajeczkę?
- Tak, chyba
wszystkie dzieci siedzą przed telewizorem.
- Wiecie państwo,
że macie bardzo inteligentną i bystrą córeczkę!
-
Taaaak…Dziękujemy!
Odpowiedzieliśmy
zaskoczeni. Takie wyróżnienie, przy wszystkich. Duma nad rozpierała! Pani
jednak ciągnęła dalej:
- Ona ma piękne
oczy i porusza się z taką gracją! Oj będziecie mieli problem z chłopakami!
- Tak, wiemy!
- I co???
- I wybudujemy
wysoki płot wokół domu, dom z wieżyczką a tam zainstalujemy CKM i każdą
makówkę, która się pojawi nad murem skosimy…
Wszyscy
wybuchnęli śmiechem a pani na szczęście nie drążyła tematu dalej. Niemniej my
byliśmy podbudowani, że Tygrys został zauważony. I to nie tylko przez obsługę.
Chłopaki od razu pokochały Tygrysa. W pewnej chwili dobiegło mnie, jak dzieci
krzyczały:
- Magda i
chłopaki górą! Magda i chłopaki górą!
Nie bardzo się orientowałam,
o co tym razem chodzi, ale Magda w gronie chłopaków dyrygowała, co dalej będą
robić. I to robili, ku uciesze dzieci, i ku zgrozie starszych kuracjuszy!
Tym razem nikt
nie nagadał Tygryskowi, ale podszedł do naszego stolika smutny chłopczyk i się
żalił, że „tamta pani mnie przegoniła, bo się za bardzo wiercę”. Normalnie,
starsze pokolenie, chciałoby, aby dzieci dołączyły do posągów z soli! Na
szczęście mogłam podzielić się moimi smokami i chłopiec po chwili swoim smokiem
pożerał czołg!
Oczywiście w
pewnej chwili zrobiło się zamieszanie i wszyscy pośpiesznie opuściliśmy komorę.
W dniu
dzisiejszym chcieliśmy pojechać do Krakowa. Ale pobyt kilka godzin pod ziemią
tak nas wyczerpał, że padliśmy. Tylko Tygrys szybko się zregenerował, umówił
się z Jasiem i bawił się w świetlicy w Młynie Solnym do kolacji.
Kolejnego dnia
udajemy się na trasę turystyczną. Ach, pędzimy po korytarzach od komory do
komory, ja z ledwością robię jakieś zdjęcia. Warunki są trudne a zdjęcia
kiepskie. Tygrysek oczywiście jest w swoim żywiole, pilnuje panią przewodnik,
zadaje pytania. Dla mnie takie zwiedzanie jest do bani! W końcu nie chłoniemy
kopalni, tylko po niej biegamy jak po hipermarkecie! Tu „pies” tam „kierat”, tam
„bałwan solny”, tu Soliludki…
W końcu mamy
przerwę w zwiedzaniu, możemy wyjechać na powierzchnię lub udać się jeszcze do
muzeum.
W ramach
przerwy chcemy coś przekąsić pod ziemią. Uuuu… Są gołąbki. Tygrys pragnie zjeść
gołąbki. OK.! Są duże, więc cała rodzina się podzieli jedną porcją. Ale nic z
tego, Tygrys wtranżala wszystko, dosłownie końcówka zostaje dla taty. W takim
wypadku ja wpadam na pomysł zjedzenia kremówki papieskiej. Droga jak tyfus, ale
co tam! Kupuję!
I tu szok! Do
pysznej kremówki wyciągają ręce i tato Tygrys! Tato jeszcze pokazuje wczoraj
zrobione zdjęcie „oponki” mamy i mnie straszy, że oponka po zjedzeniu kremówki
się powiększy! No cóż! Poległam! Oddałam im kremówkę, która zniknęła szybko z
talerza! Ale tu Tygrysek przytulił się do mnie i wołał taty:
- Mama ma
najpiękniejszą oponkę! Kocham oponkę mamy!
No tak,
chciałoby się zjeść kremówkę i chciałoby się nie mieć oponki!
Po posiłku
udajemy się do muzeum Żup Krakowskich. Jest świetne. Tylko, dlaczego znowu się
spieszymy???
Po zwiedzeniu
kopalni udaliśmy się do Kościoła i Zamku Żupnego. Kościół piękny! Bogaty. Nie
widzieliśmy zbioru naczyń liturgicznych, bo było już zamknięte. Szkoda, bo
monstrancja i inne przedmioty pokazywane na zdjęciach wydają się być ciekawe.
Zamek Żupny ma
ciekawą kolekcję solniczek. Niektóre są przepiękne! A my w domu nie mamy żadnej
porządnej solniczki! Musimy kupić. Jeszcze w tym zamku oglądamy ciekawą
kolekcję amonitów. To chyba jest największa wystawa, jaką widzieliśmy do tej
pory. Tygrysowi też się podoba! Szczególnie multimedialna impresja. Naprawdę ma
się wrażenie, że amonity tańczą w takt muzyki.
Ledwo
wróciliśmy do pokoju, nim my się rozebraliśmy Tygrys w podskokach był już
gotowy pobiec do Jasia. Pobiegł… Dzieci się bawiły do późnego wieczora!
W niedzielę ja
z Tygrysem wybrałam się na odkrywanie Solilandii a tato zaliczył trasę
górniczą. Tym razem szybko zbiegliśmy po schodach, dzieci odkrywały tajemne
znaki pozostawione przez Skarbka, poznały Soliludka, znalazły jaja Solonia,
jego ogon i głowę, aby w końcu swojej wędrówki spotkać się ze Skarbkiem.
Skarbek zaprosił dzieci do swojej komory a tam było przedstawienie. Na tronie
zasiadła księżniczka Kinga a dwóch rycerzy szukało soli i wykopało pierścień
dla księżniczki. Tak się złożyło, że księżniczką został Tygrysek i dostał pierścień
od rycerza. Widziałam radość mojego dziecka! Ależ Madzia się cieszyła! A jej
oczy wyszły z orbit, gdy Skarbek pozwolił zachować jej pierścień na zawsze! Ale
ma dziewczyna fuksa! Normalnie, Tygrys rzeczywiście urodził się pod szczęśliwą
gwiazdą! Oby ta gwiazda mu świeciła do końca jego dni!
Na zakończenie
przygody w Solilandii dzieci dostały po krysztale soli. Sól pięknie
krystalizuje! Ponoć jest kryształowa komora, ale jest to rezerwat i tylko
nieliczni mieli okazję ją widzieć. No cóż, dobrze, że choć tyle zobaczyliśmy. W
końcu pod ziemią spędziliśmy prawie 24 godziny! Zakupiliśmy sobie na pamiątkę
woreczek kuchennej soli kamiennej za jedyne 16,5 PLN za 2 kilo! Kiedyś taka sól
kosztowała grosze i była omijana szerokim łukiem, bo była szara i potem na
talerzu skrzypiały pod łyżką grudki minerałów. Teraz taka sól to rarytas! I to,
jaki! Normalnie będziemy jej używać tylko na świąteczny stół!
I tak nasza
przygoda dobiegała końca. Mając w rękach kupon na zniżkowy obiad udaliśmy się
do restauracji. Tam przy jednym stole siedziała grupa Rosjan z dziećmi. Jeden z
chłopców „szalał” przy stole i został przez mamę wyprowadzony do holu hotelu,
aby nie przeszkadzał pozostałym.
Tygrys też
zachowywał się kiepsko… Zjadł zupę, ale nim podano nam drugie danie lokal
opuściła nowo poznana koleżanka Olga i Tygrys nie miał nastoju na nic. Co
więcej, złota rybka podana na talarkach z uśmiechami zamiast wędrować do
paszczy przemieszczała się na talerzu tam i z powrotem. Napięcie rosło, aż w
końcu talarek z uśmiechem zawirował nad stołem, uderzył w mamę i wylądował pod
stołem! Do młodego Rosjanina dołączył Tygrys. Ale chłopczyk wypłakał się na
sofie a Tygrys dla wszystkich zrobił przedstawienie na posadzce. Biała bluzka
zamieniła się w szarą. Uuuu… Szkoda, ale wychowanie kosztuje! To tylko ubrania,
tak jak uczyła mnie psycholog pani Małgosia nie reagowałam, choć szkoda mi było
tej bluzki! W końcu nie była znoszona! Personel hotelu i inni goście mieli
przedstawienie, które zakończyło się jak tylko Tygrys zrozumiał, że siedzimy daleko,
zajadamy obiad i nie zwracamy uwagi na jego wybryki. Na szczęście żaden ze „skazanych
na banicję” nie wpadł na pomysł, aby na złość mamie odmrozić sobie uszy! Bardzo
było zimno na dworze i Madzia z chłopcem postanowili się wspólnie pobawić.
Obydwoje zamienili swoje łzy szału na piski radości i bawili się przy recepcji.
W pewnej chwili
Madzia do nas podeszła i powiedziała, że ma ochotę na jedzenie. Było już
zapakowane. Tygrysowi mina zrzedła, ale cóż, przyjął wiadomość na klatę, wypił
sok i pobiegł się bawić z Rosjaninem, którego obiad również znikł ze stołu.
Ciekawa jestem,
ile razy będziemy jeszcze przerabiać tą lekcję??? Przykazałam tacie, że po
drodze do domu nie ma żadnego zatrzymywania się na posiłek. Ledwo
rozpakowaliśmy samochód, Madzia poprosiła o obiad. Odgrzałam w kuchence
zapakowany obiad i nim się spostrzegłam „złota rybka” zniknęła w czeluściach
Tygrysa, talarki z uśmiechami też a po marchewce nie było nawet śladu!
Jeszcze dwa zdania
o pogodzie! Jesienią w ramach gruponu chciałam pokazać Tygryskowi zimę, taką
prawdziwą. Pod koniec listopada w Tatrach nie było śniegu i pogoda była jak
drut!
Tym razem
marzyła mi się wiosna, kwitnące forsycje i przebiśniegi… A pokazałam zimę.
Mroźną, z opadami śniegu, ze słońcem i soplami. Zimę piękną, tylko, dlaczego
zima w tym roku tak się spóźniła???