piątek, 24 maja 2013

Dialogi na dzień mamy.

Wieczorem wtulone w siebie zasypiamy z Tygryskiem. Nim ogarnął nas sen Madzia wyszeptała:
- Kocham ciebie mamo!
- Ja też ciebie kocham! Śpij!
- Mamo, ale ja ciebie kocham, bo mnie tak dobrze wychowujesz!
- Co proszę?!
- No mamo! Ty mnie bardzo dobrze wychowujesz, dlatego ciebie kocham!
- Naprawdę??
- Tak!
- To śpij kochanie…
 
Kiedyś, nim wtuliłyśmy się w siebie snułyśmy jeszcze plany o naszej przyszłości, marzyłyśmy o naszym domku, który być może w końcu zaczniemy budować…
- I mamo ja będę w nim mieszkała i moje dzieci! Tak dzieci i babcia…
- Chcesz, żeby z nami mieszkała babcia?
- Nie mamo! No przecież ty będziesz babcią!
- Ano tak! Zgadza się! I zaprosisz do tego domku twoją pierwszą mamusię?
- Tak mamo! Zaproszę ją! Pokażę jej jak mieszkam! Ale zawsze będę ciebie kochała! Bo ta mama, która mnie wychowuje jest dla mnie ważniejsza a nie ta, która, mnie oddała! Pokażę jej domek, ale kochać będę tylko ciebie, bo ty jesteś najważniejsza.
- Chciałabym, żeby tak było…
- Tak będzie mamo!
 
Wieczorem po kąpieli wycieram Tygryska. Madzia się do mnie przytuliła i tak wypaliła:
- Mamo! Szkoda, że jesteś taka stara i nie możesz urodzić mi siostrzyczki!
- Uuuuu… Szkoda… Nawet jak byłam młoda to nie mogłam…
- Ale mamo, będziemy się cieszyć z tego, co mamy!
- Tak?? A co mamy!?
- No jak to, co?? Mamy małego BROJA! I możemy z nim pojechać do Turcji albo… Albo do Chin! No właśnie mamo! Dlaczego nie wyjeżdżamy do Chin! Pojedźmy do Chin! Proszę…
 
Rano szykuję Madzi strój na występ w przedszkolnym teatrzyku. Wkurzam się, bo Madzia na ostatnich zajęciach zniszczyła czarną bluzeczkę białym klejem, mimo, iż miała fartuszek ochronny, ale ten gdzieś zaginął! Dyrdam, więc na nią. Ta mnie obserwuje i w końcu ucina tak moje marudzenie:
- Mamo! Ale przecież ty i tak mnie kochasz najmocniej!...
 
Gotuję obiad. Wokół po kuchni pomaga mi Tygrysek. Przyprawia mięsko, podaje wszystko, o co go poproszę. Biega ze swoim białym krzesełkiem tam i tu… W pewnej chwili go złapałam, przytuliłam i zapytałam:
- Dlaczego ja mam takie szczęście, że trafiła mi się taka córeczka, która tak wspaniale mi pomaga??? Dlaczego mi tak pomagasz Madziu??
- Jak to dlaczego?? No mamo! A jak mnie boli brzuszek, gardziołko, główka czy nóżka, to, kto mi pomaga?? Ty! Tylko ty!
 
Nad ranem Tygrysek wyślizgnął się z łóżka…
- Co robisz Madziu??
- Idę „sisi”…
- Już świta… Poradzisz sobie???
- Dam radę!
- To idź i szybko wracaj…
Tygrysek wrócił, zziębnięty wtulił się w kołdrę. Grzałam jego ciałko, głaskałam, ale to nie pomagało dziecku zasnąć. W końcu Tygryskiem zaczęło szarpać i dał się słyszeć tłumiony szloch. Przerażona się podniosłam…
- Madziulek co się stało??? Dlaczego ty płaczesz???
Spojrzały na mnie przepiękne oczy tonące we łzach.
- Mamo! Ja płaczę ze szczęścia! Ja się cieszę, że mam rodzinę! Mam mamę i tatę! I wy najmocniej mnie kochacie!
-Madziu…
Zaczęłam, ale Tygrysek wtulił się we mnie i poprosił:
- Mamo. Ale teraz to ty nie płacz! Przecież jesteśmy wspaniałą rodziną!
- Najwspanialszą!
I naszego szczęścia dopełnił tato, który z pokoju Tygryska usłyszał ruch w sypialni. I cała szczęśliwa rodzina tuliła się do siebie w pierwszych promieniach wschodzącego słońca.
 
Na 20 rocznicę ślubu tato sięgnął na półkę z albumami i wydobył jeden, w którym były zdjęcia z naszej wycieczki do Grecji. Byliśmy młodzi, pogodni. Ze zdjęć patrzą ludzie, pełni wiary w szczęśliwą przyszłość. Tygrys przygląda się rodzicom…
- Mamo! Szkoda, że teraz nie jesteście tacy młodzi!
- No cóż… 20 lat to kawał czasu, choć mija szybko…
- Ale mamo jak mnie urodziłaś to pamiętam, że też byłaś młoda! Miałaś takie długie kręcone włosy…
Zapadła cisza. Nie poprawialiśmy Tygryska, ten jednak się skapował i tak wypalił:
- Aj! Przepraszam, ty mnie nie urodziłaś! Ale i tak, jak mnie brałaś to byłaś młoda i piękna! Miałaś długie włosy… Pamiętam!...
 
Na pokazach gimnastycznych opiekuję się dziewczynkami. Madzia całą zimę chorowała, więc tak naprawdę była tylko kilka razy na ćwiczeniach. Przed występem mobilizuję grupę:
- Dziewczyny starajcie się, aby wam ładnie wyszło i uśmiechajcie się. Nawet jak coś pomylicie, to nic! Uśmiech na paszczę i dalej!
Na to przerwała mi jedna z dziewczynek:
- Proszę panią! My mamy patrzeć na Madzię! Ona najlepiej ćwiczy! Mamy robić to, co ona!
Urosłam! Urosłam ogromnie! Wzruszona powiedziałam:
- To patrzcie na Madzię i uśmiechajcie się do wszystkich a wypadniecie bardzo dobrze!
I dzieci wypadły dobrze!
 
Niedawno, po śniadaniu w niedzielę tak sobie gadamy w kuchni. Tygrysek jeszcze w piżamce z rozwichrzonymi włoskami bryka. Patrzę na niego i mówię:
- Kocham ciebie najmocniej!
- Ja też cię kocham!
- A co byś zrobiła, gdyby mama przestała ciebie kochać???
- Mamo! Ja wciąż bym ciebie kochała!
- Taaak??? Dlaczego??
- BO MIŁOŚĆ ZWYCIĘŻA!

poniedziałek, 20 maja 2013

„Grzeczny Brój”

Czeszę rano Madzię. Madzia ma włosy gęste, lekko kręcone. Takie włosy doskonale nadają się na wszelkiego rodzaju fryzury, ale do rozczesywania są okropne. Szczotkuję je, więc specjalną szczotką, ale to i tak niewiele pomaga. Tygrys jęczy i marudzi. W końcu podczas porannego czesania tak do mnie wypalił:
- MAMO! CZY JA CIEBIE PROSIŁAM O TAKI BÓL???

W czwartek odbieram wcześniej Tygryska z przedszkola, ponieważ mamy zajęcia w teatrze. Jest piękna pogoda. Dzieci bawią się na podwórku. Tygrysek szaleje, płacze, wrzeszczy i krzyczy:
- No tak! Ja się nigdy nie mogę pobawić z Oliwią! Zawsze mnie zabieracie!
- Ale Madziu, cały dzień w przedszkolu byłaś to miałaś okazję się pobawić!
- Ale bawiłam się tylko jeden raz! Nie chcę nigdzie iść! Nie lubię teatru… Nigdzie nie pójdę! Nie ! Nie!
Do tego łzy, smarki, wrzaski i cała oprawa. Ja idę obok Tygryska a ten rzuca się i płacze jeszcze mocniej widząc na horyzoncie widownię. Na ławce obok chodnika siedzi i stoi obok grono staruszków i przyglądają się przedstawieniu. Tygrys gra doskonale. Wrzeszczy i buczy tak głośno, jak potrafi. Jeden z panów tak zaczepił Tygryska:
- Dziewczynko, ale ty pięknie śpiewasz!
Na to wnerwiony Tygrys przyspieszył a z jego piersi się wyrwało jeszcze głośniej:
- UUUUUUU….
Na to panowie zawołali:
- Ooooo! To ty jeszcze ładniej potrafisz śpiewać?!
Ja nie wytrzymałam. Pękłam. Zaczęłam się rechotać. Tygrys zdumiony w końcu przestał wrzeszczeć i zapytał:
- Mamo! Dlaczego się śmiejesz???
- Bo „pięknie” śpiewasz córeczko! Popatrz wszyscy się śmieją!
Tygrys rozejrzał się, ale na szczęście nie czekał na „oklaski”. Po czym spokojnie i z uśmiechem na ustach dotarłyśmy do teatru!

To przedstawienie było obserwowane przez personel z przedszkola. Nazajutrz, jedna z pań nagadała Tygryskowi, że to nieładnie, że niegrzeczna Madzia wczoraj była, że wstyd…
Madzia zdaje z tego relację, którą podsumowała tak:
- I wiesz, co mamo! Mi wcale nie było wstyd! Wcale się nie wstydzę, że tak wczoraj się zachowywałam!
W mojej głowie mała czerwona lampka powiększyła się trzykrotnie. Jeszcze kilka takich wynurzeń a w mojej głowie zacznie mrugać wielki czerwony sygnalizator.

Rano siedzimy już w aucie i powoli wyruszamy z parkingu do przedszkola. Tygrysek pyta z przejęciem:
- Grzeczna jestem mamo???
- Grzeczna! Może być!
- No właśnie! JESZCZE SIĘ DZIEŃ NIE ZACZĄŁ A JA JUŻ JESTEM GRZECZNA!
Parsknęliśmy śmiechem!

Tygrys wraca z przedszkola. Wpada na pomysł, aby wymusić jakąś nagrodę i tak zaczyna:
- Mamo! A ja dziś byłam grzeczna! Bardzo grzeczna! Nie byłam na miejscu wyciszenia ani razu! Naprawdę zero!
- Taaak??? A ile razy pani na ciebie krzyczała???
Tygrys przystanął policzył na palcach i początkowo pokazał trzy, potem pięć a w końcu się wykapował i powiedział:
- Jeden raz! Tylko jeden!
- Madziu… Nie bajerujesz mamy przypadkiem??
- No dobrze! Trzy razy, ale na miejscu wyciszenia byłam tyle razy (pokazuje zamkniętą piąstkę). Zero! Rozumiesz?! To jak? Byłam grzeczna???
- Tak! W miarę byłaś grzeczna!
- To kupisz mi jajko z niespodzianką. Proszę… Plisss…
I tu zaatakował mnie najwspanialszy błysk w oczach i uśmiech tryumfu od ucha do ucha!

Idę do przedszkola po Tygryska. Wchodzę na plac zabaw, prawie wszystkie grupy są na dworze. Szukam Madzi… Nie ma… Nagle drzwi się otwierają, wybiega grupa szósta na dwór. Na czele grupy Tygrys z wielkim wrzaskiem pędzi jak „pershing” do bawiących się dzieci. Biegnie koło mnie, wołam:
- Madziu, Madziu!
Ale moje „Madziu” zagłuszone jest przez głośne „oooo”. Tygrys nie zwraca na nic uwagi i biega po placu jak wilk wypuszczony z klatki, robi kółka, szaleje. Stoję przerażona pośrodku gromadki dzieci. Podeszła do mnie pani, skruszona tak się zaczęła tłumaczyć:
- Bo wie pani… Madzia tak zawsze wybiega! Ona już nie mogła się doczekać, kiedy wyjdziemy na dwór, a krzyczy najgłośniej! 
Wiem, że Tygrys krzyczy najgłośniej, wiem, że biega jak szalony… I to jest chyba oznaka, że mój Brój jest szczęśliwy, szczęśliwy i w końcu zdrowy!

 

środa, 8 maja 2013

Szkoła muzyczna

 Kiedy Tygrysek miał niecałe dwa lata trafiliśmy z nim do Empiku. Tam stał fortepian, właściwie to zakończył się chwilę temu koncert. Wokół instrumentu siedzieli jeszcze słuchacze. Nam jak zwykle Tygrys dał dyla i nim się spostrzegliśmy był już na scenie i wdrapywał się na taboret pianisty. Usiadł niezwykle prosto i zaczął uderzać w klawisze.
Widowisko było piękne. Zjawiskowo ładna dziewusia, prosto siedząca przy klawiaturze wydobywała dźwięki z instrumentu…Moje zaskoczenie przerwała starsza pani, która podeszła do mnie i powiedziała:
- Ta mała nie gra przypadkowo! To nie jest zwykłe bębnienie dziecka po klawiszach. Ona słucha, co się wydobywa z fortepianu. Dziecko ma talent. Nie zmarnujcie tego…

Na spacerze na Rynku jak zwykle grała kapela ze Wschodu. Tygrys we wózku ani myślał o dalszej drodze. Siedział i słuchał muzyki, tak słuchał, że aż zaskoczony przechodzień podszedł do mnie i powiedział:
- Ale ta mała słucha muzyki! To niesamowite!

Podczas tej zimy byliśmy w Hotelu na Skale. Wieczorami urządzane są tam koncerty fortepianowe. Pan grał a Madzia z innymi dziećmi przeszkadzała muzykowi w pracy. Ten ją przywołał z koleżanką i przeegzaminował dzieci z piosenek, jakie znają. Potem grał im na fortepianie a dziewczynki śpiewały. Po skończonym występie pianista nas zagadnął:
- Państwa córcia ma bardzo dobry słuch muzyczny. Powinna chodzić do szkoły muzycznej…
I tu trochę miłych zdań usłyszeliśmy…

Niedawno W ramach chorowania Tygrysa trafiliśmy w sobotę do przychodni. Czekając w kolejce Tygrysek grał sobie na wirtualnej gitarze w telefonie taty. Obserwowała to jedna z mam czekających również do lekarza, po czym uświadomiła tatę:
- Tylko 3% populacji ma doskonały słuch muzyczny, szkoda to zmarnować. Powinniśmy dziecko posłać do szkoły muzycznej… itd…

Kiedyś pytam Tygryska:
- Madziu, co będziesz robić za rok?
- Będę uczyć się grać na skrzypcach!
- Uuuu… A za dwa lata, co będziesz robić??
- Uczyć się grać na skrzypcach!
- A za dziesięć lat, co będziesz robić???
- Mamo! Będę grała na skrzypcach!

Oglądamy film, starą Różową Panterę. W jednej ze scen inspektor Crusoe wyjął skrzypce i zaczął na nich rzępolić, straszliwie rzępolić. Spytałam:
- Madziu i ty też tak będziesz nam rzępolić???
- Nie mamo! Ja będę grała jak tamta dziewczyna! (Vanessa-Mae)

OK.! Tygrysek sam chce iść do szkoły muzycznej. Początkowo marzył o graniu na flecie, ale im bliżej mamy do terminu egzaminu do szkoły tym częściej słyszymy „skrzypce”. Już nawet Tygrys się dowiedział ile takie skrzypce do nauki gry kosztują… Złożyłam dokumenty i czekam. Jeżeli zda egzamin będę miała dodatkowe bieganie po mieście z instrumentem. Jeżeli nie zda będę miała więcej czasu dla siebie. Niemniej jak sobie pomyślę o tym „skrzypieniu” skrzypiec w moim domu, to ciarki mnie przechodzą. Nie mamy nic przeciwko spełnianiu pragnień naszego dziecka, ale dlaczego to akurat muszą być skrzypce???
Uuuuu….

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Dialogi… Dla każdego zawsze coś wesołego!

Ledwo Tygrysek po chorobie poszedł na dwa dni do przedszkola, to wrócił „przeszkolony” w dziedzinie „wampirów”. Tak więc bawimy się w owe wampiry, pijemy krew i jemy mięso…
W pewnej chwili pytam Tygryska:
- A jakimi my jesteśmy wampirami?
- Dobrymi!
Korzystając z okazji pytałam dalej:
- Madziu, a na jakiego człowieka chcesz wyrosnąć?
- Na dobrego, mamo! (Odpowiedział poważnie.)
- A jakim jesteś dzieckiem?
- PSOTNYM!

Rano, nim Tygrysek wstał z łóżka, poddawał się pieszczotkom… Rozkokoszony chętnie nadstawiał pyszczek do całusków.
- Oj, pieszczoszek to ty jesteś! Olbrzymi! Czyj jesteś pieszczoszek?
- Mamy, taty, Nikoli, cioci Gosi, dziadka…
- Nie za dużo tych osób?
- MAMO! ALE BRÓJ TO JESTEM TYLKO WASZ!

Wieczorem, jakoś tak mnie napadło, aby spać z Tygryskiem w jego łóżku. Wykonałyśmy kilka fikołków, nim ułożyłyśmy się w łyżeczkę na jej wąskim łóżku…
- Mamo, ale ja z Kajetanem będę miała takie podwójne, duże, łóżko, no wiesz jakie?
- Tak! Wiem! A kto na nie zarobi??
- Kajetan!
- Acha… A co on będzie takiego robił???
- Mamo! Kajetan będzie produkował zabawki i roboty XL!
- To świetnie!
- A ty kim będziesz???
- Mamo! Zgadnij!
- No nie wiem??? Chyba szefem tej fabryki Kajetana???
- Nie mamo! Zgaduj!
- Nie mam pojęcia! Madziu, kim ty możesz być… No może aktorką!
- Nie mamo!
- Poddaję się!
- Mamo! JA BĘDĘ SPRZEDAWAŁA MIĘSO!
- Co takiego???
- No będę sprzedawała mięso, takie jak wołowina, kurczaki…
W tym momencie nie wytrzymałam, zaczęłam się rechotać!
- Madziu…
- Nie! Wy wszystko mi psujecie! Niszczycie mi moje plany na przyszłość! (Rozżalony Tygrysek wtulił się w poduszkę i był śmiertelnie obrażony.)
- Ależ Madziu! Dobrze! Jak chcesz być panią sprzedającą mięso to muszę ciebie nauczyć liczyć, abyś dobrze sprzedawała!
- Nie! Nie musisz! PRZEZ CIEBIE TERAZ MUSZĘ ZMIENIĆ PLANY!
I rozgniewany Tygrysek powoli zasypiał…

Tygrys uwielbia teatr. Ostatnio ćwiczymy balladę „Pani Twardowska” –  mama jest narratorem, tato panem Twardowskim a Tygrysek Mefistofelesem. Do kolejnej próby Tygrysek przygotował rekwizyty i nim się pokapowaliśmy pojawił się z wymalowaną buzią flamastrami… Gdy opanowaliśmy skoki naszych brzuchów zapytałam:
- Madziu! Dlaczego tak sobie pomazałaś buzię???
- Mamo! NO PRZECIEŻ MUSZĘ MIEĆ JAKIŚ ZNAK, ŻE JESTEM PRAWĄ RĘKĄ BELZEBUBA!
I po próbie włożyłam „PRAWĄ RĘKĘ BELZEBUBA” do wanny i szorowałam, szorowałam mydłem i gąbką. Na szczęście „stygmaty” ustąpiły!

Podczas choroby, Tygrysek wpadł na swój pierwszy pomysł na „biznes”. Przybiegł do mnie ze starym kalendarzem książkowym i zawołał:
- Mamo! Ja będę miała taki biznes! Będę tu malowała portrety i je sprzedawała! Co ty na to??
- Super! To maluj!
- Ciebie już namalowałam!
- O… Pięknie!
- Tu masz mamo takie włosy bo ci wieje wiatr!
- Acha! Brawo! Namaluj teraz tatusia!
- MAMO! JAK MYŚLISZ??? MAM ZROBIĆ Z NIEGO TAKIEGO KAKTUSA???

Siedzimy same w domku. Na kolację przygotowałam grzaneczki z bułeczki z pastą jajeczną. Uwielbiam ciepłe bułeczki z taką pastą. Mniam! Siadłyśmy przy stole naprzeciwko siebie i zajadamy… Po kolejnej dokładce Tygrys zaskoczony zapytał:
- Mamo! Co ty robisz???
- Nic! Zajadam!
- Ile? (powiedział groźnym tonem.)
- Tyle ile mogę!
- MAMO! TY CHCESZ MIEĆ TAKI BRZUCH AŻ TU DO MNIE???
Spojrzałam na nasz spory stół!
- Nie Madziu, Takiego nie chcę mieć!
- To nie jedz więcej! Bo będziesz wyglądała jak gruby hot-dog!

Idziemy do przedszkola. Tygrysek snuje marzenia o domu i o zwierzętach, które będziemy tam hodować…
- Mamo i gąski też będą??
- Tak Madziu!
- To ja chcę trzy!
- Dobrze!
- To niech będą dwa chłopaki i jedna dziewczyna!
- To znaczy będą dwa gęsiory i jedna gąska?
- Tak!
- A dlaczego??
- Bo mamo, te gęsiory będą się biły o tą jedną samicę!
- Acha… Ale to niezbyt wesoło!
- Ale mamo! Będziesz musiała złapać tą gąskę i przytrzymać jej oczy, tak … (Tu Tygrysek demonstrował mi jak mam przytrzymywać zamknięte powieki gąski.) A ja będę jej malować oczy… Na różowo tutaj (powieki) i na czarno tu (palce Tygryska gładziły brewki).
Zaskoczona zatrzymałam się:
- Madziu, dlaczego???
- NO MAMO! JA MUSZĘ JE JAKOŚ ROZPOZNAWAĆ! MUSZĘ WIEDZIEĆ KTÓRA TO DZIEWCZYNA JEST! TAK BĘDĘ WIEDZIAŁA!
Na te słowa parsknęłam śmiechem! Nigdy nie wpadłam w swoim życiu na pomysł aby robić gęsiom makijaż!

Po południu przyglądam się Tygryskowi… Ma takie sino-zielone czoło z widocznym guzem.
- Madziu! Gdzie ty znowu szalałaś! Gdzie nabiłaś sobie takiego guza na czole!
- Ach mamo! To w przedszkolu….
- Jak to w przedszkolu??
- No jak… Bo mamo, chciał MNIE POCAŁOWAĆ FILIP A JA MU UCIEKAŁAM… No wiesz, uciekałam na płot i się walnęłam… No w płot mamo się walnęłam! No nie wiesz jak to jest???

Udało nam się wylicytować na allegro obraz, wieczorem udałam się z Tygryskiem na pocztę. Wracamy z dużą paczką pod pachą. Na przejściu dla pieszych złapało nas światło czerwone, więc popchałam Tygryska przodem aby przyspieszył i zszedł z pasów. Właśnie z za rogu wjeżdżał na krzyżowanie autobus. Madzia stojąc już na chodniku wołała do mnie:
- Mamo szybko! Mamo…
Przyspieszyłam…
- Wiesz co mamo! GDYBY CIEBIE PRZEJECHAŁ TEN AUTOBUS, TO JA WZIĘŁABYM TEN OBRAZ CI WYRWAŁA I SZYBKO POBIEGŁA Z NIM DO DOMU!...

Sprzątamy z Tygryskiem mieszkanie… Madzia ma pozamiatać przedpokój. Robi to na odwal się…  Po jej posprzątaniu, chwytam za szczotę i dokładnie zamiatam. Tygrys spogląda na kupkę śmieci i tak to komentuje:
- NAJWYRAŹNIEJ TO JA BYM CHCIIAŁA ABY U MNIE W DOMU SPRZĄTAŁ MÓJ MĄŻ, BO JA SIĘ TEGO NIGDY NIE NAUCZĘ MAMO!

 

 

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Niedziela…

W połowie marca mieliśmy już trzeci antybiotyk za sobą. Tygrys jak zwykle, choruje. Tym razem coraz ciekawiej. Czy to się wreszcie zakończy?? Przeważnie siedzę całymi dniami w domu, ale to też ma swoje dobre strony! Tygrys to tak określił:

-Z MAMĄ TO JAK Z DZIEĆMI, ALE MAMA JEST ZABAWNIEJSZA OD DZIECI.

Zaczęłam Tygryska uczyć pisać i czytać. Nawet przebrnęłyśmy to sprawnie! Mamy opanowane i ć, i ś i cz i teraz uczymy się ch. Jednak, w tym monotonnym z pozoru okresie mamy wciąż fantastyczne przygody. Chociażby ostatnia niedziela. Była wspaniała! Mimo wciąż niezbyt pięknej pogody jak na tę porę roku przystało w naszym domku nie brakowało śmiechu. Rano, do naszego łóżka przyszedł tato, który wrócił z delegacji. Jakoś mnie naszło na białą pościel, i był to fantastyczny pomysł. Po tylu latach spędzonych w kolorach w bieli bawiliśmy się doskonale! Jednak nie potrafimy w tym kolorze urządzić bitwy na poduszki, ale Tygrysa wytarmosiliśmy jak należy. Oczywiście, pisków, chichów, i przerw „ chcę siusiu” było sporo. W końcu, po kolejnym powrocie z toalety, złapałam Tygrysa i tak przygwoździłam, że nie miał możliwości ruchu, a ja miałam wolną rękę do gilgotek. W tej sytuacji, będąc blisko przegranej Tygrysek przeraźliwie głośno zawył. Razem tatą usiedliśmy z wrażenia. Tygrys wyskoczył z łóżka jak poparzony…
- Madziu, co się stało?

- MAMO! BO JA SIĘ POCZUŁAM TAK, JAKBYŚCIE ZARAZ CHCIELI MNIE ZABIĆ!

Na te słowa szczęki nam opadły i całą trójką wtuleni w siebie śmialiśmy się do rozpuku, po czym ponownie obezwładniliśmy nasze dziecko i wygilaliśmy je za cały tydzień jak należy!

Po tak cudownym poranku, przyszła kolej na mycie się. Czasami ja zabieram się za szorowanie zębów Tygryskowi. Dziecko to raczej gryzie szczoteczkę i zjada pastę, a my mamy przecież dysplazję szkliwa! Tu trzeba szczególnie dbać o zęby! W pewnym momencie zahaczyłam o rosnącą szóstkę. Tygrysem poczuł ból i zawołał:

- NO NIE! TY TO NAWET NIE DBASZ O MOJE ZDROWIE!

Na takie działo, nie mieliśmy żadnej riposty!

Przed obiadem Madzia, jak to się często zdarza, pomaga. Wpadła do kuchni z nałożonym fartuszkiem i zawołała:
- Mamo! Zwiąż mi!
Ja zajęta mieszaniem w garach nie zareagowałam natychmiast, więc Tygrys powtórzył:

- MAMO! PROSZĘ!!! ZAWIĄŻ! OBIECUJĘ, ŻE JUTRO CAŁY DZIEŃ BĘDĘ CHORA!

Stanęliśmy jak wryci i znowu szczęki nam drgały z „przesadnych” wypowiedzi naszego dziecka!
Podczas obiadu, jak zwykle Tygrysek wymuszał karmienie! My spokojnie robiliśmy swoje. Tygrys używał broni coraz cięższego kalibru, w końcu wytoczył takie działo:

- CHOCIAŻ BYŚCIE COŚ DLA MNIE ZROBILI W TYM ŻYCIU!

Na taką amunicję wybuchnęliśmy tylko gromkim śmiechem! Gdy ten pocisk chybił celu, chwytając się ostatniej deski ratunku, Tygrys płaczliwie wypalił tak:

- BO TAK, TO NISZCZYCIE MOJE PIĘKNE ŻYCIE!...

Po kąpieli Wycieram Tygryska i opowiadam mu o kolacji, pytam na co ma ochotę, itd. Tygrys oczywiście nie ma ochoty na kolację. Na moje zachęty odnośnie spożycia kolacji tak wypalił rozłoszczony:

- A OBIAD TO GDZIE BYŁ? NO CO? 

- Jak to gdzie był?
- No właśnie! Były tylko pierogi! A to co jest? No co?? To jest drugie danie!

Wieczorem Tygrys oglądał sobie film. Tato przygotował kolację. Wołamy Tygryska. Oczywiście Madzia nie jest głodna, nie będzie jeść, zje tylko mleko, najlepiej z butelki ze smoczkiem….
- Madziu, idź poproś telewizor niech da ci mleczko! (Zażartowałam.) My damy ci to, co przygotował tato.
Madzia pobiegła do pokoju i zrobiła przedstawienie:
- Telewizorku! Daj mi mleczko ze smoczkiem! Proszę…
Padła na kolana przed monitorem i prosiła o mleczko… Nie wiem, czy złożyła dłonie jak do modlitwy? Nie mniej naburmuszona wróciła do stołu i odpaliła:

- NO OCZYWIŚCIE! MOI RODZICE JAK ZWYKLE MNIE NIE SŁUCHAJĄ!

Siadła do stołu i ze smakiem zjadła przewidzianą dla niej kolację.

piątek, 5 kwietnia 2013

Śnieżne święta…

Tygrysek ma już skończone sześć lat… Dopiero w te święta sobie uświadomiłam, że nigdy nie był zaproszony do babci O. na żadne święta! Nawet nie zaprosiła go moja rodzina na niedzielny obiad… Nigdy nie spotkał się z moją rodziną przy świątecznym stole. Taka jest PRAWDZIWA „miłość” mojej chrześcijańskiej rodziny do dziecka porzuconego… Do ”bękarta” o genach niewiadomego pochodzenia…

Ale nic to, święta jak zwykle spędziliśmy w sposób cudowny! Tak się złożyło, że im bliżej do lata, tym większy śnieg spotykamy na naszych wypadach z domu. Tym razem padło na Karpacz. Ja byłam pewna, że zima odpuści, w końcu ile można?!

Wyruszyliśmy rano w doskonałych humorach. Taka droga dla taty, to bułka z masłem… Ale, wjechaliśmy na autostradę, tato położył cegłówkę na gazie i wszyscy przenieśliśmy się do dalekiej krainy, gdzie mieszkają „inni”, wilkory i Lady Stark i Deneris… Jednym słowem pochłonęła nas „Gra o tron” i o mały figiel nie dojechaliśmy do Zgorzelca! Na szczęście w porę się skapowaliśmy, że jedziemy nie tak jak trzeba i papierowa mapa nas wspomogła.

Zdążyliśmy jednak na święcenie pokarmów! Fantastyczny ksiądz uczył dzieci tańczyć i śpiewać. Mnie nagle zaczęła razić ilość ludzi… Jakoś zapragnęłam ciszy i spokoju. Tygrys natomiast był w swoim żywiole. Próbował dopchać się do księdza, walczył o to, by jego koszyczek był najmocniej pochlapany! Oburzył się, gdy ksiądz go pokropił i podstawił pod kropidło święconkę.

Jak zwykle Gołębiewski na święta przygotowywuje moc atrakcji. Poszliśmy na pieczenie ciasteczek, na robienie ozdobnych jajek wielkanocnych, występ magika, na rodzinne robienie stroików świątecznych… Jajka wielkanocne robiliśmy razem z dosyć nietypową rodziną, którą jeszcze potem wiele razy spotykaliśmy. Poznaliśmy się i… I chylimy czoła przed dziewczyną, piękną i przystojną, która pokochała niepełnosprawnego mężczyznę, dosyć mocno i mają piękną córcię! Ten związek dowodzi o niesamowitej sile miłości! Cieszę się, że ich poznaliśmy!

Poznaliśmy również rodzinę Patrycji! Patrycja starsza od Tygryska o 4 miesiące i mniejsza o głowę. Tato Patrycji łudził się, że Patrycja z natury spokojna nie wykombinuje nic z Madzią.

- Niech pani spokojnie je! Ja obserwuję dziewczynki! Widzę, że wasza ma diabliki w oczach, ja ją już zaobserwowałem! Ale proszę spokojnie jeść, nigdzie stąd nie wyjdą! Tu jest jedno wyjście!

Świetnie - pomyślałam! Byłam pełna podziwu dla pewności jego słów. Nie uśpiły one jednak mojej czujności. Może i Patrycja nie opuści wielkanocnego śniadania, ale Tygrys i owszem. Jeżeli tylko znajdzie wyjście nie obstawione przez obsługę to da drapaka. I znalazł to wyjście! I na szczęście czuwałam i zgarnęłam dziewczynki z powrotem na salę.

Poznaliśmy również Cyganów czy raczej Romów i piękną dziewczynkę Naomi! Mieli jakieś święto rodzinne i Madzia z innymi dziećmi bawiła się w restauracji. Hitem wieczoru był taniec Romów. Jeden pan klaskał w dłonie w rytm muzyki, obok niego tańczyli inni. Tygrysek też. Był zauroczony przystojnym Romem, tańcem i muzyką. Wracając do pokoju wyznał mi w sekrecie:

- Mamo! Szkoda, że nasz tato taki nie jest!

Śmialiśmy się z jego pragnienia, ale takim tańcem można oczarować, nie tylko małe dziewczynki. Z sali posypały się oklaski.

W te święta padał śnieg… Śniegu nasypało po kolana, a zaspy były jeszcze większe. Madzia kocha zimę. Na spacerach nosiła sople lodu i chowała je w śniegu. Brykała po świeżym puchu jak przystało na Tygryska. Jej radość z takiej aury jest do pozazdroszczenia! Udało mi się zrobić jej psikusa! Madzie chciała mieć zdjęcie z dinozaurem. Podeszła do gada i zaczyna pozować a ja do niej wołam:

- Madziu! Uważaj tylko, aby ciebie dinozaur nie ugryzł!

I w tej chwili jak oparzony wyskoczył mi z kadru Tygrys i wpadł w zaspę śmiertelnie przerażony, że zaraz bestia go ugryzie!

Śmialiśmy się potem wszyscy! Ale Tygrysek postanowił zrobić odwet na mamie! W hotelu przyczaił się za rogiem i chciał mamę postraszyć. Jakoś zauważyłam kątem oka Madzię jak zerka zza roku czy już się zbliżam. Wpadłam na genialny pomysł: przyspieszyłam i z głośnym „UUUU” wskoczyłam za róg! Tygrys z przerażenia zapiszczał najgłośniej jak potrafi, aż nam w uszach zadzwoniło! Niemniej udało mi się ponownie Magdulkę zaskoczyć.

Sporo czasu spędziliśmy w Aquaparku. Nasze dziecko kocha pływanie. Toto jej towarzyszył w zabawach. Również „załapał” się na Śmigus Dyngus! Nim weszli do „Tropikany” przywitała ich woda z wiaderek. Ja patrzyłam na ich zabawę przez szybę. Bawili się doskonale! Nawet udało mi się uchwycić moment, gdy Madzia i tato zbliżyli się do mnie i jeden z ratowników otworzył do Madzi ogień z węża! Fantastycznie się dziewusia wygięła!

Ponadto, tata i Madzia wyskoczyli z basenu na śnieg! Brr… Dla mnie taka przygoda jest nie osiągalna! Mam zdjęcie taty w kąpielówkach na śniegu. Ponoć nie czuję się zimna i wskakuje się w śnieg jak w watę! Madzia też była zachwycona z pobytu na śniegu w stroju kąpielowym!

Do osiągnięć Tygryska należy dołączyć i to, że dziewczyna potrafi przepłynąć dwa razy basen sportowy – czyli 50 m. Co prawda jest to styl mieszany, czasami rozpaczliwy, ale czasami w tym stylu można spotkać trzy ruchy pływackie typu żabka i Madzia potrafi też popłynąć kawałeczek żabką krytą. Ja taki basen omijam z daleka… Madzia czuje się w nim prawie jak rybka! Już próbuje wskakiwać do niego bez asekuracji taty. Myślę, że następnym razem będzie płynęła sama.

Tak małemu dziecku te święta kojarzą się wciąż z zajączkiem, jajkami i laniem się wodą. Nie spodziewałam się, że nasza córcia tak się przyłoży do obrzędów wielkanocnych. Przed Lanym Poniedziałkiem przygotowała sobie jajeczko do psikania wodą pod poduszką. Rano obudziłam się pierwsza. Tygrysek spał w swojej ulubionej pozycji – to znaczy głowę miał między nogami! Wstałam, aby zrobić mu zdjęcie. Trzask migawki obudził Madzię. W tym momencie uchwyciłam twarz dziecka, które ma otwarte oczy, ale jeszcze śpi. Po sekundzie Tygrys chwycił za jajko, cichutko podreptał do łazienki po wodę i popsikał śpiącego w najlepsze tatę. Nawet nie jestem pewna, czy po drodze mnie widział??...

Szkoda, że święta trwały tak krótko! Nim zaczęliśmy wypoczywać czas gonił nas do domu. Z samochodu kusiła nas zima, z mięciutką pierzynką z białego puchu i padającym leniwie śnieżkiem. Tym razem nie słuchaliśmy audiobooka. Spokojnie, bez większych wpadek dowieźliśmy śpiącego w najlepsze Tygrysa do domu.

 

 

 

 

piątek, 29 marca 2013

Pieniążki, kto ma ten jedzie do Wieliczki…

Dawno, dawno temu na koloniach śpiewaliśmy:
Pieniążki, kto ma, tej jedzie do Wieliczki
A kto pieniążków nie ma, ten palcem do solniczki!...

Po tylu latach ta kolonijna piosenka kryje w sobie głęboką prawdę! Nawet trzeba by zmienić tekst „pieniążki” na „duże pieniążki”. Ale, zacznijmy od początku!
Ostatnio jestem fanką „gruponów”, tym razem padło na pobyt w Wieliczce. Oferta była zachęcająca i za małe pieniądze. Wieliczka, wiadomo, jedyne takie miejsce na świecie. Plan mieliśmy jak zwykle rozbudowany – dzień dla zdrowia dwa razy, popołudnie w Niepołomicach, popołudnie i wieczór w Krakowie, trasa turystyczna, Solilandia, trasa górnicza i nawet bąkaliśmy o Wawelu…
W czwartek rano o szóstej zadzwonił budzik… Uuuuu…. Jak ja nie lubię wstawać tak wcześnie! Ale ledwo budzik umilkł usłyszałam:
- Świetnie! O właściwej porze usnęłam i o właściwej się obudziłam! Wstajemy!
Obok mnie Tygrysek z radością witał nowy dzień gotowy na przygody! Jego zapał udzielił się wszystkim, szybko zebraliśmy się i bez marudzenia ruszyliśmy w drogę.
W Młynie Solnym powitała nas miła obsługa i od razu ruszyliśmy, aby zdążyć na pierwszy zjazd pod ziemię. I tu się trochę podłamaliśmy. Za dwa zjazdy do sanatorium zapłaciliśmy 900 PLN i za to otrzymaliśmy:
- Burczenie lekarza, który potraktował nas jak intruzów.
- Nikt z obsługi się nam nie przedstawił, nie poinformował, co i jak. A wypadałoby, aby lekarz przedstawił się grupie, poinformował o warunkach panujących w kopalni, przedstawił personel, który niby miał czuwać nad pacjentami.
- Nie wskazano nam sprzętów, nie wprowadzono nas do pomieszczeń, co więcej dostaliśmy na naszą trójkę tylko jeden koc i… I róbta co chceta pod ziemią…
Na szczęście nie jesteśmy ludźmi, którzy sobie nie poradzą, ale chciałoby by się, aby personel tak pracował, żebyśmy chcieli przyjechać do takiego sanatorium a nie załatwiali go tylko z uwagi na to, że nasze dziecko choruje…
Niemniej była to dla nas fantastyczna przygoda. Znaleźliśmy miejsce przy stoliku, kuracjusze nas poinformowali o wszystkim, a ekipa, która „była” w pracy usadziła swoje cztery litery w tzw. dyżurce…
Dla dzieci (i dorosłych też) zorganizowane były zajęcia oddechowe. Prowadziła je bardzo sympatyczna dziewczyna. Potem zajęcia ruchowe a na końcu były biegi na czas wokół jeziorka Wessel. Wszystkie działania miały na celu wspomóc wdychanie zdrowego powietrza. Bardzo dużym błędem jest łączenie kuracjuszy – dzieci i ludzi starszych. Starzy marudzili na dzieci, że głośne, że biegają, że… Ale przecież to normalne, że dzieci w wieku przedszkolnym takie są, one muszą jakoś wyładować swoją energię, a szczególnie jest to uciążliwe, gdy przestrzeń jest ograniczona. Pod koniec pobytu dzieci z nudów walczyły ze sobą, wszystkie. Nie spodobało się to jednej staruszce i zawarczała na dziewczynki, że są „paskudne, wręcz obrzydliwe i nieznośne”... Dziewczynki wróciły do stolików i płakały. Tygrys też. Szkoda, że nie byłam przy tym. Szkoda, że nikt dzieci przed takim atakiem nie obronił. Ale jak wcześniej zauważyłam, personel miał to wszystko „gdzieś”, a dzieci, naprawdę z nudów musiały sobie wymyślać jakieś zabawy!

W trakcie tego pobytu mieliśmy taką przygodę: przyłączyliśmy się do zajęć grupowych, w pewnym momencie wpadł Tygrys i oznajmił, że są dla dzieci inne zajęcia i dzieci oswobodziły się z objęć rodziców i ruszyły za Tygryskiem na inne zajęcia. Zrobił to tak naturalnie i dzieci się do niego przyłączyły bez kapryszenia, że jeden z rodziców orzekł:
- Ona powinna zostać ambasadorem!
Kolejnego dnia zjechaliśmy w godzinach rannych, zmieniła się ekipa, oczywiście „stado owieczek” bez dzień dobry, bez zapoznania się obsługą, zostało zwiezione na dół i tu personel pobiegł w swoją stronę a kuracjusze w swoją. Usiedliśmy przy stoliku. Po chwili podbiegły do nas babcie i kazały opuścić stolik, bo to ich… Uuuu… Ja nie dam się w łatwy sposób przepędzić, więc babcie usiadły przy innym stoliku. W końcu to ma być dla mnie przyjemność, a nie użeranie się z ludźmi. Do „naszego” wywalczonego stolika dosiedli się inni kuracjusze z dziećmi a potem, to siedziały prawie same chłopaki a na środku stołu pojawiła się cała sterta chłopackich zabawek. Bawiłam się z chłopakami w najlepsze! Miałam dosyć pokaźną armię smoków, która walczyła z armią żołnierzy. Mieliśmy czołgi, samoloty i działa! Dobrze, że moje smoki latały wyżej niż samoloty! Tygrys z resztą „bandy” biegał wokół jeziorka.
Spacerując wokół jeziora zwiedziliśmy „Stajnię” i przyłączyliśmy się do zajęć ze śpiewania. Weszliśmy do komory, a pani prowadząca zajęcia nas się zapytała:
- A Madzia ogląda bajeczkę?
- Tak, chyba wszystkie dzieci siedzą przed telewizorem.
- Wiecie państwo, że macie bardzo inteligentną i bystrą córeczkę!
- Taaaak…Dziękujemy!
Odpowiedzieliśmy zaskoczeni. Takie wyróżnienie, przy wszystkich. Duma nad rozpierała! Pani jednak ciągnęła dalej:
- Ona ma piękne oczy i porusza się z taką gracją! Oj będziecie mieli problem z chłopakami!
- Tak, wiemy!
- I co???
- I wybudujemy wysoki płot wokół domu, dom z wieżyczką a tam zainstalujemy CKM i każdą makówkę, która się pojawi nad murem skosimy…
Wszyscy wybuchnęli śmiechem a pani na szczęście nie drążyła tematu dalej. Niemniej my byliśmy podbudowani, że Tygrys został zauważony. I to nie tylko przez obsługę. Chłopaki od razu pokochały Tygrysa. W pewnej chwili dobiegło mnie, jak dzieci krzyczały:
- Magda i chłopaki górą! Magda i chłopaki górą!
Nie bardzo się orientowałam, o co tym razem chodzi, ale Magda w gronie chłopaków dyrygowała, co dalej będą robić. I to robili, ku uciesze dzieci, i ku zgrozie starszych kuracjuszy!
Tym razem nikt nie nagadał Tygryskowi, ale podszedł do naszego stolika smutny chłopczyk i się żalił, że „tamta pani mnie przegoniła, bo się za bardzo wiercę”. Normalnie, starsze pokolenie, chciałoby, aby dzieci dołączyły do posągów z soli! Na szczęście mogłam podzielić się moimi smokami i chłopiec po chwili swoim smokiem pożerał czołg!
Oczywiście w pewnej chwili zrobiło się zamieszanie i wszyscy pośpiesznie opuściliśmy komorę.
W dniu dzisiejszym chcieliśmy pojechać do Krakowa. Ale pobyt kilka godzin pod ziemią tak nas wyczerpał, że padliśmy. Tylko Tygrys szybko się zregenerował, umówił się z Jasiem i bawił się w świetlicy w Młynie Solnym do kolacji.
Kolejnego dnia udajemy się na trasę turystyczną. Ach, pędzimy po korytarzach od komory do komory, ja z ledwością robię jakieś zdjęcia. Warunki są trudne a zdjęcia kiepskie. Tygrysek oczywiście jest w swoim żywiole, pilnuje panią przewodnik, zadaje pytania. Dla mnie takie zwiedzanie jest do bani! W końcu nie chłoniemy kopalni, tylko po niej biegamy jak po hipermarkecie! Tu „pies” tam „kierat”, tam „bałwan solny”, tu Soliludki…
W końcu mamy przerwę w zwiedzaniu, możemy wyjechać na powierzchnię lub udać się jeszcze do muzeum.
W ramach przerwy chcemy coś przekąsić pod ziemią. Uuuu… Są gołąbki. Tygrys pragnie zjeść gołąbki. OK.! Są duże, więc cała rodzina się podzieli jedną porcją. Ale nic z tego, Tygrys wtranżala wszystko, dosłownie końcówka zostaje dla taty. W takim wypadku ja wpadam na pomysł zjedzenia kremówki papieskiej. Droga jak tyfus, ale co tam! Kupuję!
I tu szok! Do pysznej kremówki wyciągają ręce i tato Tygrys! Tato jeszcze pokazuje wczoraj zrobione zdjęcie „oponki” mamy i mnie straszy, że oponka po zjedzeniu kremówki się powiększy! No cóż! Poległam! Oddałam im kremówkę, która zniknęła szybko z talerza! Ale tu Tygrysek przytulił się do mnie i wołał taty:
- Mama ma najpiękniejszą oponkę! Kocham oponkę mamy!
No tak, chciałoby się zjeść kremówkę i chciałoby się nie mieć oponki!
Po posiłku udajemy się do muzeum Żup Krakowskich. Jest świetne. Tylko, dlaczego znowu się spieszymy???
Po zwiedzeniu kopalni udaliśmy się do Kościoła i Zamku Żupnego. Kościół piękny! Bogaty. Nie widzieliśmy zbioru naczyń liturgicznych, bo było już zamknięte. Szkoda, bo monstrancja i inne przedmioty pokazywane na zdjęciach wydają się być ciekawe.
Zamek Żupny ma ciekawą kolekcję solniczek. Niektóre są przepiękne! A my w domu nie mamy żadnej porządnej solniczki! Musimy kupić. Jeszcze w tym zamku oglądamy ciekawą kolekcję amonitów. To chyba jest największa wystawa, jaką widzieliśmy do tej pory. Tygrysowi też się podoba! Szczególnie multimedialna impresja. Naprawdę ma się wrażenie, że amonity tańczą w takt muzyki.
Ledwo wróciliśmy do pokoju, nim my się rozebraliśmy Tygrys w podskokach był już gotowy pobiec do Jasia. Pobiegł… Dzieci się bawiły do późnego wieczora!
W niedzielę ja z Tygrysem wybrałam się na odkrywanie Solilandii a tato zaliczył trasę górniczą. Tym razem szybko zbiegliśmy po schodach, dzieci odkrywały tajemne znaki pozostawione przez Skarbka, poznały Soliludka, znalazły jaja Solonia, jego ogon i głowę, aby w końcu swojej wędrówki spotkać się ze Skarbkiem. Skarbek zaprosił dzieci do swojej komory a tam było przedstawienie. Na tronie zasiadła księżniczka Kinga a dwóch rycerzy szukało soli i wykopało pierścień dla księżniczki. Tak się złożyło, że księżniczką został Tygrysek i dostał pierścień od rycerza. Widziałam radość mojego dziecka! Ależ Madzia się cieszyła! A jej oczy wyszły z orbit, gdy Skarbek pozwolił zachować jej pierścień na zawsze! Ale ma dziewczyna fuksa! Normalnie, Tygrys rzeczywiście urodził się pod szczęśliwą gwiazdą! Oby ta gwiazda mu świeciła do końca jego dni!
Na zakończenie przygody w Solilandii dzieci dostały po krysztale soli. Sól pięknie krystalizuje! Ponoć jest kryształowa komora, ale jest to rezerwat i tylko nieliczni mieli okazję ją widzieć. No cóż, dobrze, że choć tyle zobaczyliśmy. W końcu pod ziemią spędziliśmy prawie 24 godziny! Zakupiliśmy sobie na pamiątkę woreczek kuchennej soli kamiennej za jedyne 16,5 PLN za 2 kilo! Kiedyś taka sól kosztowała grosze i była omijana szerokim łukiem, bo była szara i potem na talerzu skrzypiały pod łyżką grudki minerałów. Teraz taka sól to rarytas! I to, jaki! Normalnie będziemy jej używać tylko na świąteczny stół!
I tak nasza przygoda dobiegała końca. Mając w rękach kupon na zniżkowy obiad udaliśmy się do restauracji. Tam przy jednym stole siedziała grupa Rosjan z dziećmi. Jeden z chłopców „szalał” przy stole i został przez mamę wyprowadzony do holu hotelu, aby nie przeszkadzał pozostałym.
Tygrys też zachowywał się kiepsko… Zjadł zupę, ale nim podano nam drugie danie lokal opuściła nowo poznana koleżanka Olga i Tygrys nie miał nastoju na nic. Co więcej, złota rybka podana na talarkach z uśmiechami zamiast wędrować do paszczy przemieszczała się na talerzu tam i z powrotem. Napięcie rosło, aż w końcu talarek z uśmiechem zawirował nad stołem, uderzył w mamę i wylądował pod stołem! Do młodego Rosjanina dołączył Tygrys. Ale chłopczyk wypłakał się na sofie a Tygrys dla wszystkich zrobił przedstawienie na posadzce. Biała bluzka zamieniła się w szarą. Uuuu… Szkoda, ale wychowanie kosztuje! To tylko ubrania, tak jak uczyła mnie psycholog pani Małgosia nie reagowałam, choć szkoda mi było tej bluzki! W końcu nie była znoszona! Personel hotelu i inni goście mieli przedstawienie, które zakończyło się jak tylko Tygrys zrozumiał, że siedzimy daleko, zajadamy obiad i nie zwracamy uwagi na jego wybryki. Na szczęście żaden ze „skazanych na banicję” nie wpadł na pomysł, aby na złość mamie odmrozić sobie uszy! Bardzo było zimno na dworze i Madzia z chłopcem postanowili się wspólnie pobawić. Obydwoje zamienili swoje łzy szału na piski radości i bawili się przy recepcji.
W pewnej chwili Madzia do nas podeszła i powiedziała, że ma ochotę na jedzenie. Było już zapakowane. Tygrysowi mina zrzedła, ale cóż, przyjął wiadomość na klatę, wypił sok i pobiegł się bawić z Rosjaninem, którego obiad również znikł ze stołu.
Ciekawa jestem, ile razy będziemy jeszcze przerabiać tą lekcję??? Przykazałam tacie, że po drodze do domu nie ma żadnego zatrzymywania się na posiłek. Ledwo rozpakowaliśmy samochód, Madzia poprosiła o obiad. Odgrzałam w kuchence zapakowany obiad i nim się spostrzegłam „złota rybka” zniknęła w czeluściach Tygrysa, talarki z uśmiechami też a po marchewce nie było nawet śladu!
Jeszcze dwa zdania o pogodzie! Jesienią w ramach gruponu chciałam pokazać Tygryskowi zimę, taką prawdziwą. Pod koniec listopada w Tatrach nie było śniegu i pogoda była jak drut!
Tym razem marzyła mi się wiosna, kwitnące forsycje i przebiśniegi… A pokazałam zimę. Mroźną, z opadami śniegu, ze słońcem i soplami. Zimę piękną, tylko, dlaczego zima w tym roku tak się spóźniła???