poniedziałek, 20 lipca 2015
czwartek, 2 lipca 2015
Pojawiła się „pani”
Wyjechaliśmy z tatą na drugi koniec świata. Tygrys został
sam z dziadeczkiem. Dziadeczek dwoił się i troił, aby wszystkie zajęcia dziecka
były zaliczone. O dziwo, nasze dziecko, które kocha być poza domem, które nie
potrafi usiedzieć na miejscu, które nie ma czasu z nami porozmawiać będąc na
obozie – tęskniło. W miarę upływu dni Madzia tęskniła coraz mocniej… Rano
budziła się o 6 brała telefon i dzwoniła. Szczebiotała, paplała, chciała tylko
usłyszeć nasz głos. W końcu pojawił się pomysł zwierzątka. Prawie pewni
byliśmy, że w domu z nami zamieszkał już jakiś królik, chomik czy świnka
morska… Zastanawialiśmy się, jak taki zaangażowany w różne poczynania Tygrys
będzie się opiekował zwierzątkiem?? Przecież nie ma na to czasu!
Mój szósty zmysł podpowiadał, że po powrocie stęsknione
dziecko po wytuleniu się z mamą odpuści temat żywej przytulanki.
Wróciliśmy po południu… Wiemy, że przy zmianie stref
czasowych można nie spać ponad 30 godzin. Po obiedzie było:
- Mamo przytulić…
Włączyłyśmy sobie bajkę, usiadłam na kanapie, padałam ze
zmęczenia, ale dziecko potrzebowało tylko mnie. Skakało po kolanach, sadowiło
się, całowało, przytulało, poddawało się pieszczotom. Prawie nic nie mówiłyśmy…
W pewnej chwili przytuliło się do piersi…
- Mamo! Ja tak bym chciała napić się mleczka z tych
cycusiów!
- Madziu, wiesz, że nigdy mama nie miała mleczka w tych
cacusiach!
- To, po co ci one?
- No… No, bo tak zbudowane są kobiety! Mają piersi i już!
Tygrys nie dawał za wygraną, wiercił się, pieścił,
przytulał… W końcu wypalił:
- Wiem mamuś! Wiem! Bo mnie urodziła „INNA PANI”. A ja tak
chciałabym, żebyś to była ty! Wtedy miałabym takie mleczko!
Obudziłam się z letargu na słowo „PANI”. Zawsze była mama!
Przerobiłam kilka poglądów Tygrysa na mamę, która go urodziła, ale „PANI” nigdy
nie było!
- Madziu! Dlaczego „PANI”?
- Mamo! Bo „PANI”. Ja znam tylko ciebie! A tamtej mamy nie
znam! Ona jest mi obca! Zawsze ze mną ty byłaś! A tamta?? To, co?? Nie ma jej! Jesteś
tylko ty i ciebie znam! I kto mnie wychowuje? Kto mi pomaga? No? Ty! I tylko
Ty!...
Zmęczona po podróży nie podjęłam dyskusji. Tygrys się
nacieszał mamą a mama Tygrysem. Zastanawiam się, czy dziecko kiedyś zacznie
nawet pałać nienawiścią do mamy, która go urodziła i zostawiła? Na razie nie
ingeruję w myślenie o mamie biologicznej, ale chciałabym, aby dziecko nie miało
takich uczuć względem mamy, która dała mu życie. Nie mając możliwości czy chęci
wychowywania dziecka oddała je na wychowanie innym rodzicom. Przecież
wszystkiego nie wiemy i być może nigdy nie poznamy pobudek, którymi się kierowała.
Nie mniej, taka szkoda, że pojawiła się „PANI”… Zawsze
wolałam, aby to była jednak „MAMA”. Ale skoro dziecko wybrało tak, to na razie
niech tak będzie.
środa, 11 marca 2015
Między dzieckiem a panienką…
Siedzimy same z Madzią w kuchni i jemy śniadanie. W radiu
właśnie o takiej porze usilnie reklamują „braweran”. Tygrysek zrobił minę pełną
dezaprobaty i wycedził:
- Znowu ten seks!
- Seks? – Zapytałam zaskoczona. – Czy ty wiesz w ogóle, co
to jest seks?
- Tak!
- Tak? To powiedz!
- Seks to jest jak kobieta i chłopak idą do łóżka!
- Acha… I co oni tam robią? Śpią?
- Nie! Oni się tam całują a potem tak pieszczotują…
- Uuuu…
Kiedyś, niedawno w łazience pomagam Tygryskowi się umyć… Tym
razem dziecko rozważało problemy dorosłych ludzi. Gdy przemyślał sprawę to tak
wypalił:
- Mamo! Wiesz… Jak chłop się ożeni i potem spotka ładniejszą
dziewczynę i z nią się ożeni to musi siedzieć cicho! Dopiero jak ta pierwsza
będzie umierała to wtedy można jej będzie powiedzieć o tej drugiej, bo wtedy go
już nie DORWIE!
Wracamy ze szkoły… Tygrys szczebiocze, w końcu padło
pytanie:
- Czy ty wiesz mamo, co chłopaki mają tu gdzie my mamy
pipę??
(Ostatnio wiodący temat – pomyślałam!)
- Co mają?
- Klejnoty!
- Co?
- No wiesz, klejnoty i siusiaka!
- Acha… (Zamilkłam, aby zakończyć drążenie tematu na ulicy.)
- A ty wiesz jak chłopaki sikają?!
- Yyyy..
- No wiesz! Na stojąco!
- Tak…
- I wiesz, że trzymają tego siusiaka w ręku!
- Yyyy… Tak...
- I to właśnie napawa mnie obrzydzeniem! Ble…
Przed wyjazdem dziecka na zieloną szkołę zaczęliśmy sobie
przeglądać albumy ze zdjęciami. Akurat wpadł nam w ręce album z naszego wesela.
Dumnie pokazywałam nasze oblicza sprzed ponad 20 lat Tygryskowi. Tygrysek się zachwycał
młodym wyglądem rodziców…
- To wy??
- Tak! Ponad 20 lat temu… Tu tata wnosi mamę po schodach na
górę, to babcia, to dziadek, to… I co podobamy ci się?
- Tak! Ładni jesteście! Tylko chyba trochę za bardzo CHUDZI!
Tato szykuje kolację. Madzia siedzi wyjątkowo cicho przy
stole, chyba myślami jest daleko, nie angażuje się w otaczająca ją
rzeczywistość. Z jej niemalże osłupienia wyrwał ją tata:
- Madziu, może mi pomożesz??
- No przecież pomagam! Nie widzisz, jaka cała siedzę CICHA?!
Jesteśmy w kościele… Dzieci jak zwykle z księdzem omawiają
dzisiejsze czytania. W końcu padło pytanie z poprzednich katechez i tylko łapka
Tygryska powiewała nad głowami innych dzieci. Co więcej padła właściwa
odpowiedź! Zdumiona w domku chwalę dziecko:
- Cieszę się, że pamiętałaś o tym Mojżeszu! Tylko ty
zapamiętałaś właściwie ostatnią katechezę! Brawo! Jestem z ciebie dumna!.. Ale,
ale… Ty byłaś w ostatnią niedziele w kościele?
- No pewnie!
- Z tatą?
- Tak z tatą i nawet z TOBĄ!
Uuuu… A ja gapa zapomniałam nawet, że w ostatnią niedzielę
razem byliśmy…
Ostatnimi czasy nasze rozmowy stają się coraz poważniejsze.
Tygrys skądś czerpie wiedzę, pamięć ma doskonałą, sporo rzeczy pamięta i
trafnie potrafi temat ująć. Ja zaganiana, nie biorę sobie pewnych rzeczy do
głowy, a tu się okazuje, że muszę być czujna. Nie tylko czujna, ale i
opanowana. Na razie tematy seksu przemilczam, czekam, aż Tygrys pochwali się
zdobytą wiedzą, wytrzymuję nerwowo, aby się nie śmiać i powoli przygotowuję się
do podniesienia i tego tematu. Nie potrafię określić, kiedy przyjdzie właściwa
pora na prowadzenie tego typu rozmów. Na razie, tak myślę, zacznę prostować
rewelacje, z którymi do mnie przychodzi. Powoli, w miarę zrozumienia tematu.
Ponadto, ostatnimi czasy Tygrysek sporo ze mną rozmawia,
dzieli się swoimi spostrzeżeniami, opisuje różne sytuacje i prosi o moją
opinię. Są to wspaniałe chwile. Staję na wysokości zadania, nie śmieję się z
problemów prawie dziewięcioletniej dziewczyny. Czasami są to banalne sprawy,
czasami poważne. Trochę szkoda, że dzieci tak szybko rosną! Dopiero niedawno kąpałam
Tygryska w malutkiej wanience, przewijałam a tu już jestem na progu
wprowadzania „panienki” w tematy damsko męskie. I mimo mojego wieku nie jestem
na takie rozmowy gotowa! Chciałabym jeszcze pomieć w domu dziewczynkę w
ciemnymi warkoczykami, ale niestety… Powoli wyrasta panienka, i to panienka z
całą gamą „panienkowych” tematów i problemów.
środa, 11 lutego 2015
Pierwsza randka…
Ledwo Tygrysek poszedł do szkoły po feriach, już pierwszego
dnia cały w skowronkach zakomunikował:
- Mamo! Umówiłam się z Frankiem na randkę!
- Na co??? (Zapytałam zaskoczona.)
- Nooo… Na randkę! A co nie można???
Na szczęście spieszyłyśmy się po szkole do opery, więc
zawołałam:
- Dobrze, porozmawiamy w domu!
Podczas zajęć Tygryska miałam czas ochłonąć, przemyśleć sprawę
i w duchu się „wychachać”. Tato odebrał Tygrysa z zajęć, został poinformowany
jak należy o zamiarach córki.
Wieczorem Tygrysek na komputerze napisał list do ukochanego,
zrobił kopertę, pomalował kwiatuszki…
- Mamo! A serduszka mogę??
- Nie… Madziu, może tym razem nie!
Kolejnego dnia tato Franka zadzwonił, chwilę się pośmialiśmy
z naszych dzieci…
- Mogę zaproponować kino w czwartek.
- W czwartek odpada. Madzia ma zajęcia. Najlepiej w weekend
niech idą!
- Dobrze!
….
Ostatecznie do spotkania doszło w niedzielę! Dzieciaki
umówiły się na „Pingwiny z Madagaskaru”. Tygrysek marząc o tym spotkaniu nie
życzył sobie naszego towarzystwa. Mieliśmy dylemat, czy zawieźć pannę do kina,
czy to wypada… W ogóle musieliśmy przełknąć wiek Tygryska i tą „randkę”. Nie
wiedzieliśmy czy śmiać się czy płakać? Tygrysek się wyszykował, wyglądał
promiennie. Gdy tato Franka zadzwonił, że już są, to jego uśmiech był bezcenny!
Bez pytania wziął moją czapkę, uśmiechnął się do mnie na pożegnanie i z tatą
zjechał na dół do samca… Samiec stanął na wysokości zadania, przygotował dla
samicy piękne, czerwone pluszowe serduszko i czerwone tulipany. Wręczył pannie
i udali się do kina. Panna przygotowała soczki „liony” i zakupiła popcorn i
colę! Samiec postawił bilety – no może, tato samca.
Wieczorem dzieci na chwilę wpadły do nas na górę, tato samca
wypił kawę, samiec połknął ciastka. W trzy minuty dzieci zbudowały sobie bazę
pod biurkiem z kontenerów i pluszaków, głośno, radośnie przy tym szczebiocząc.
Ich szczęście nie trwało długo. Niebawem tato Franka wyznaczył odwrót i w domu
znowu zapanowała cisza…
Od niedzieli Tygrysek śpi z czerwonym serduszkiem i z
tygryskiem Roxi.
Gdy pytam:
- Madziu, czy jesteś zakochana we Franku???
- Wcale!!! – odpowiada zaskoczona dziewczyna.
czwartek, 5 lutego 2015
Tato Marysi…
Gdy zaczęłyśmy uczęszczać do Studium Tańca i Baletu przy
operze, Tygrysek niezbyt chętnie przyjęty był w grupie. Oto pojawiła się
młodsza dziewusia, która, nie dość, że nie miała za sobą trzech lat dygania
przy drążku, to jeszcze postanowiła, że dotrzyma kroku „starym wyjadaczkom”.
Początki dla Madzi nie były łatwe. Błąkająca się po kątach, spychana zawsze do
tyłu nie miała koleżanek. Jedynie zdobyła akceptację Magdy z VI klasy i Marysi…
Z Marysią tak się polubiły, że nawet ode mnie dostawały burę za gadanie na
lekcjach. Dziewczęta nic sobie z tego jednak nie robiły, polubiły się i
nawiązała się między nimi przyjaźń. Ta przyjaźń zaowocowała kontaktami dzieci i
rodziców.
Kiedyś, późną wiosną zeszłego roku, a może to było już lato,
gościliśmy Marysię na naszej działce. Paliliśmy ognisko, piekliśmy kiełbaski,
trochę pracowaliśmy w ogrodzie, dziewczyny biegały po krzakach, drzewach – to
tu, to tam… W pewnym momencie na moich kolanach wylądował Tygrys a na taty
Marysia. Byłam zdumiona, że Madzia na to nie zareagowała. Do tej pory nikt nie
miał prawa zbliżyć się do jego taty! Zawsze było ostrzeżenie dla „intruza”:
- To moja mama! To mój tata!
Marysia, jako jedyne dziecko zostało dopuszczone do naszych
kolan, naszych pieszczot do naszej uwagi. Nawet jak dziewczyny się droczyły
między sobą, np. o pluszami, to zawsze na równych prawach mogły korzystać z
naszego wsparcia. Mam wspaniałe zdjęcie, jak śpią obie dziewczynki ze stosem
pluszaków w łóżku! W wielkim łóżku, odwrócone do siebie pupami, trzymają w objęciach
tyle pluszaków, ile udało im się wydrzeć przeciwniczce!
Pech chciał, że tato Marysi zachorował. Bardzo mocno
zachorował!
Jesienią zaczęliśmy przygotowania do I Komunii… Tygrysek,
jako osoba wybitnie ufająca Bogu zanosiła wszelakie modlitwy, aby tato Marysi
wyzdrowiał. Nigdy nie widziała taty Marysi, ale każdy różaniec odmawiała w Jego
intencji. Przed nabożeństwem biegła do księdza i prosiła o modlitwę za tatę
Marysi.
Stan zdrowia taty Marysi niestety się pogarszał, niemniej
Madzia pokładała nadzieję w Bogu, że w końcu zdarzy się cud.
Na feriach zachorowałam na zapalenie korzonków. Dziecko
widząc moje cierpienie, postanowiło:
- Teraz będę modlić się za mamę! Mama wyzdrowieje, to pomoże
mi modlić się za tatę Marysi…
Kilka dni po tym postanowieniu tato Marysi umarł… Czekaliśmy
w obawie na powrót dziecka z obozu. Jak zakomunikować Tygryskowi, że jego
gorące modlitwy nie przyniosły spodziewanych rezultatów? Pełna obaw szykowałam
się do rozmowy. W końcu zaczęłam:
- Madziu… Wiesz… Tato Marysi umarł.
- Nie mamo! Jak to umarł?
- Umarł… Każdy musi umrzeć…
Tygrys spojrzał. Rozpłakał się. Czekałam aż się wypłacze.
Wtulone we mnie dziecko wychlipało:
- Mamo! Bo wiesz… Marysia dla mnie to tak jest jak siostra!
To tak jakby umarł mój wujek!
Mamo! Jak Marysia teraz strasznie cierpi! Mamo…
Pozwoliłam się Tygrysowi wypłakać… Tygrys przyjął do
wiadomości smutną informację. Wykrzyczał ją, wypłakał, przetrawił. Myślałam, że
mamy temat zakończony, ale myliłam się. Dwa dni po pogrzebie Madzia wróciła do
tematu:
- Mamo, a co będzie jak teraz umrze mama Marysi?? Co???
- Madzia, nie mów takich rzeczy! Musi żyć mama Marysi!
- Ale jak umrze to, co my zrobimy?? Co?? Nie wiesz??
- Madziu…
- Mamo ja wiem!
- Taaaak???
- Mamo, musimy ją przygarnąć! Będziecie musieli ją przygarnąć
tak jak mnie! I ona będzie się tak samo nazywać! I będzie miała dalej rodziców!
- Magdusiu, przygarnąć ją możemy, jeżeliby była taka
konieczność, ale nazwiska jej nie możemy zmienić.
- Dobrze!
- I kogo byś ty jeszcze chciała przygarnąć do naszej rodziny??
- Wszystkich, którym umrą rodzice!
- Wszystkich?? Z twojej klasy też??
- Tak!
- Nawet broja Tomka?
- Nawet! A co?
- Uuuu… Ale byście broili!
- Mamo nie wszyscy! Najbardziej byłabyś zadowolona z Piotrka
i Igora! No i ze mnie oczywiście, bo byłabym grzeczna!
…
Do taty Marysi jeszcze będziemy wracać. Na pogrzebie
usłyszałam tyle dobrych rzeczy o tym ciekawym człowieku, który miał niesamowity
życiorys. Widziałam Go w życiu tylko przez moment, ale zawsze będę Go widzieć w
pięknych oczach Marysi, w jej uśmiechu. Miejmy nadzieję, że już niebawem ten
piękny uśmiech zagości na twarzy „tak jakby siostry” Tygryska…
Za wspaniałego człowieka [*]
Za tatę Marysi [*]
wtorek, 27 stycznia 2015
„DEKORACJE” i zęby…
Wychodzimy w hotelu na zajęcia techniczne dla dzieci.
Poprosiłam Madzię, aby ubrała sobie sukieneczkę… Taką jedną z ostatnich, taką
dziewczęcą. Tygrys się wkurzył! Zaczął wrzeszczeć:
- Mamo! Jak ja w tym wyglądam! Ta sukienka mnie pogrubia!
- Cooo? – Zapytałam zaskoczona.
- Nie pójdę w niej! Ta sukienka jest dla mnie za gruba! Jak
ja wyglądam?!
Tym razem to ja się wkurzyłam, wyszłam pokoju i ruszyłam w
stronę windy, aby dotrzeć na zajęcia. Za mną maszerował jęczący Tygrys. Aby
uciąć utyskiwanie dziecka wycedziłam:
- Zapytam pierwszą napotkaną osobę, czy rzeczywiście tak
tragicznie wyglądasz w tej sukience.
Tygrys nieco się uspokoił. Wskoczyłyśmy do windy, w której
była jedna elegancka pani… Winda ruszyła…
- Proszę pani, czy mogę zadać pani jedno pytanie?
Pan zdziwiona spojrzała na mnie i z pewnym oporem
powiedziała:
- Tak… Proszę…
- Proszę odpowiedzieć, czy rzeczywiście moja córcia wygląda
okropnie w tej sukience?? Cały czas mi marudzi, że ta sukienka ją pogrubia i
wygląda grubo! Naprawdę, wygląda niekorzystnie?
Pani słysząc moje pytania odetchnęła z ulgą! Na jej twarzy pojawił
się uśmiech, bezcenny! Spojrzała na Madzię, na jej zapłakaną buźkę i wesoło
odpowiedziała:
- Ta sukienka jest śliczna! Taka dziewczęca! Ty jesteś
malutką dziewczynką i wyglądasz w niej prześlicznie! I gdzie ty jesteś gruba??
Gradowe chmury trochę wyblakły w oczach Tygrysa…
- Ale…- Zaczął Tygrysek.
- Ale ja to znam! – Przerwała nieznajoma. – Też mam córcię i
też to przerabiałam! Jesteś ładna i szczupła i takie sukienki ci pasują!
Skończyła się jazda windą. W doskonałym humorze Tygrys
zjawił się na zajęciach technicznych i obie, doskonale współpracując
stworzyłyśmy robota – piękną pannę młodą!
Za dwa dni dzieci miały mini-disco. Idąc na obiad Madzia
przeżywała sukienkę, jaką ubierze.
- Możesz ubrać tą, co wczoraj!
- Nie nigdy! Po co inne dzieci mają szeptać, że grubo
wyglądam!
- Ale Madziu, nie wyglądasz grubo!
- Nie! Wyglądam! Nie pójdę w tej sukience!
- Szkoda, bo jest ładna! Myślę jednak, że ją ubierzesz!
- Nie! Nigdy! To moje disco! Rozumiesz!
Poddałam się…
Rano spieszymy się na śniadanie. Tygrysek lekko rozczesał
włosy i zadowolony wybiera się na śniadanie w rozpuszczonych włosach. Nie jest
to dobre, bo obecnie ma już takie półdługie włosy i końcówki wpadają do
jedzenia na talerzu. Przytrzymałam dziecko w łazience przy lustrze, rozczesałam
włosy, związałam koński ogon, po czy zrobiłam z tyłu kok… Tygrys spojrzał w
lustro i zaczął jęczeć:
- No nie! Co ty mi zrobiłaś?! Jak ja wyglądam! Nie chcę mieć
takiego koka!
- Madziu wyglądasz ładnie! Nie możesz mieć rozpuszczonych
włosów przy stole!
- Ale ja chcę mieć rozpuszczone włosy!
- Wpadają do talerza!
- Ale jak ja wyglądam….
Kolejnego dnia Tygrysek się pyta, co ma ubrać…
- Madziu… Weź te rajtuzki, majtki, podkoszulkę… (Podaję
dziecku ubrania.)Spódniczkę szarą i tą pomarańczową bluzeczkę.
- Co?! Nie chcę tej bluzeczki!
- Śliczna jest!
- Ale ona nie pasuje do spódnicy!
- A coś ty! Do szarej?? Pasuje! Tak ją ożywia!
- Ale ONA MNIE NIE DEKORUJE!
Na ten argument ręce mi opadły! Bluzeczka jest śliczna!
Stonowany kolor pomarańczowy popadający w łososiowy z aplikacją kwiatuszka…
Naprawdę twarzowa bluzka!
No ale cóż! Tygrys ma swój gust i nie da sobie nic powiedzieć!
Sam chce sobie dobierać stroje, dodatki, kolory! Fajnie! Tylko zapomina o
jednej rzeczy! Co z tego, że się pięknie „udekoruje”, skoro na buziuni w
uśmiechu szczerzą się żółte zęby?
Walczę z szorowaniem zębów, tłumaczę, że choćby nawet
najpiękniejsze stroje, to żółte zęby przekreślają wszelkie „dekoracje”. Co
więcej! Jest gorzej! Bo piękna dziewczyna, udekorowana, gdy otworzy paszczę z
żółtymi zębami, to nie wygląda zbyt elegancko!
Do Tygrysa to jeszcze nie dociera! Dąży do wyszarpania z
szafy najbardziej odpowiadających mu strojów a w łazience zęby traktuje po
łepkach i zadowolony! Czasami wpadam do łazienki i szoruję mu zęby! Zakupiliśmy
już klepsydrę do szorowania, przećwiczyliśmy elektryczne szczoteczki, prośby,
mówienia, błagania… I nic! Tygrys traktuje zęby po macoszemu! Co jeszcze mam
zrobić, aby do dziecka dotarło, że te zęby muszą mu wystarczyć na długo??
wtorek, 20 stycznia 2015
Pani czy inna mama?
Tak często mamy adopcyjne mówią o mamach biologicznych
swoich dzieci „pani”. Nigdy nie powiedziałam do Tygryska, że urodziła go inna
„pani”… Zawsze była to „mama”. Zawsze jest to mama, która dała życie Tygryskowi
i która nie podjęła się wyzwania, jakie rzuciło jej życie – nie podjęła trudu
wychowania kolejnego dziecka. Nie wnikam, „dlaczego”. Cieszę się, że Tygrysek
do nas trafił, ma rodzinę i jest OK.
Niedawno opowiedziałam Tygryskowi o tym, że niektóre mamy
adopcyjne mówią swoim dzieciom, że urodziła je „pani” a nie „mama”, „inna
mama”. Było to wieczorem, właśnie dziecko po kąpieli się wycierało, gdy
usłyszało mój opis problemu. Przerwało ubieranie się i zapytało:
- Jak „pani”? Przecież urodziła mnie inna mama! Nie pani!
Mamo! „Pani” to brzmi tak obco! To tak jakby mnie urodziła jakaś złodziejka! To
tak jakby urodził mnie jakiś bandyta! Może jakiś policjant! Nie pani! MAMA!
- Ale niektórzy mówią dziecku „pani” zamiast „mama”.
- Mamo! Gdy ja słyszę, że urodziła mnie inna mama, pierwsza
mama… No wiesz… To wtedy myślę sobie, szkoda, że nie ta druga! Ale i tak jest
dobrze! Mam dwie mamy! Jedna mnie urodziła a druga mnie wychowuje! I kocham
ciebie najmocniej! I ty jesteś moją kochaną mamą! I nigdy mi nie powiesz, że
urodziła mnie jakaś PANI?
- Nie nigdy! Madziu, urodziła ciebie mama, która nie podjęła
wyzwania wychowania ciebie. Dała ci życie, ale nie była w stanie ciebie
wychować…
Dla Tygrysa nie ma opcji, że dzieci rodzą „panie”. Dziecko zawsze
rodzi mama. Był moment, że Tygrys wyznawał zasadę, że jedna mama rodzi a druga
wychowuje. Był zdziwiony, że są takie mamy, które rodzą i wychowują. Teraz już
jest świadomy, że naturalnym jest fakt, że mama rodzi wychowuje dziecko. Ale
niektóre dzieci mają to szczęście, że jedna mama je rodzi a druga wychowuje!
Mama może mnie nie urodziła, ale za to mnie wychowuje! I
jest z nią bardzo fajnie!
I BARDZO JĄ KOCHAM!!!!!!
(Ostatnie trzy zdania napisał Tygrysek)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
